Reklama

Reklama

Śledztwo ws. śmierci Ewy Tylman. Rodzina: Nie ma wszystkich nagrań

Zdaniem ojca i brata Ewy Tylman, którzy w procesie Adama Z. są oskarżycielami posiłkowymi, w aktach sprawy nie ma wszystkich nagrań z monitoringu. Brat kobiety, który widział część nagrań jeszcze w trakcie poszukiwań, zaznaczył, że brakuje pełnego nagrania z hotelu.

W czwartek poznański sąd okręgowy kontynuował proces Adama Z. oskarżonego o zabójstwo Ewy Tylman. Według prokuratury, mężczyzna zepchnął Ewę Tylman ze skarpy, a potem nieprzytomną wrzucił do wody. Do tego zdarzenia miało dojść 23 listopada 2015 r. Adamowi Z. za zabójstwo z zamiarem ewentualnym grozi kara do 25 lat więzienia lub dożywocie. Podczas rozprawy w lutym br. sąd uprzedził jednak strony o możliwości zmiany kwalifikacji czynu na nieudzielenie pomocy - za co grozi kara do 3 lat więzienia. Od tego czasu Adam Z. pozostaje na wolności.

Reklama

W czwartek zeznania składał m.in. były dyrektor poznańskiego hotelu znajdującego się w okolicach mostu Rocha - Jacek B. Jak mówił, policjanci sami zabezpieczyli w hotelu wszystkie zapisy z monitoringu, z ok. 16-18 kamer, jakie były zamontowane na obiekcie. Dodał też, że wcześniej "zapis z monitoringu oglądałem, wydaje mi się, w obecności brata Ewy Tylman. (...) Pracownicy (byłego detektywa Krzysztofa) Rutkowskiego często wypytywali mnie o te zapisy z monitoringu, ale ja z nimi ich nie oglądałem. Nie pamiętam też, ile razy oglądałem ten zapis, ale wydaje mi się, że tylko raz" - powiedział.

Jak dodał, nie oglądał tych zapisów z nikim innym niż z Piotrem Tylmanem - "na pewno nie oglądałem ich z Robertem Rewińskim (dziennikarz śledczy i współpracownik Krzysztofa Rutkowskiego zaangażowany w poszukiwania Ewy Tylman - PAP), którego widziałem, jak wychodził z sali rozpraw. Żadni pracownicy hotelu bez mojej zgody i wiedzy nie powinni też nikomu udostępniać tych nagrań" - powiedział. We wcześniejszych zeznaniach, przytoczonych w czwartek sądzie, Jacek B. powiedział, że jednak widział te nagrania z jednym z pracowników Rutkowskiego.

"Zbyt wiele do stracenia"

Według brata i ojca Ewy Tylman, mężczyzna miał im najpierw zaproponować pomoc, przekazał prywatny numer telefonu, ale po kilku dniach miał stwierdzić, że może z nimi rozmawiać "tylko o hotelarstwie", i że "bardzo przeprasza, ale ma zbyt wiele do stracenia". Świadek stwierdził w sądzie, że pamięta to spotkanie, ale nie pamięta, co dokładnie wtedy powiedział.

Tłumaczył też, że zarówno Piotr, jak i Andrzej Tylmanowie "wiele razy do mnie dzwonili, o różnych porach dnia i w nocy; chciałem już przestać się z nimi kontaktować, bo moim zdaniem te rozmowy do niczego nie prowadziły. Powiedziałem wtedy, według mnie w miły sposób, że nie chcę się już z nimi kontaktować. Nie wiem, jak pan Piotr tę rozmowę ze mną odebrał" - powiedział. Następnie dodał, że możliwe, że były to też telefony od innych osób, ale związane z tą sprawą. "Było ich naprawdę dużo i byłem już tym po prostu zmęczony" - powiedział.

Zdaniem rodziny Ewy Tylman, Jacek B. to kluczowy świadek. Mimo to, jego zeznania w sądzie niewiele wniosły do sprawy, ponieważ mężczyzna w dużej części zasłaniał się niepamięcią. Jego czwartkowe zeznania różniły się też w niektórych aspektach od zeznań, które składał wcześniej.

Ojciec i brat kobiety powiedzieli też po rozprawie, że nie wszystkie nagrania z hotelowego monitoringu, na których są zarejestrowani Ewa Tylman i Adam Z., znajdują się w aktach.

"Osoba dyrektora hotelu jest zastanawiająca, bo on niestety nie jest do końca wiarygodny; udaje, że nie pamięta, a my dokładnie wiemy, że tak było, że oglądali z Piotrem monitoring, którego nie ma w aktach sprawy" - powiedział Andrzej Tylman. Jak dodał, niewykluczone, że wraz z pełnomocnikami będą składali wniosek o ponowne przesłuchanie Jacka B.

Nagranie, którego nie ma w aktach

Jak tłumaczył, na fragmencie z monitoringu, którego nie ma w aktach "jest Ewa z Adamem Z., którzy stoją po lewej stronie, przy moście". Według Tylmana, ten fragment co prawda nie zaprzeczałby zabójstwu jego córki, ale mógłby wskazywać na inną wersję zdarzeń niż ta, którą przyjęła prokuratura. Jak dodał, jego syn Piotr już wcześniej informował, że tego fragmentu brakuje.

Rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Poznaniu, prok. Magdalena Mazur-Prus powiedziała mediom, że "jeżeli chodzi o monitoring zabezpieczony w hotelu, to tak jak dzisiaj zeznawał świadek, został on zabezpieczony, zostały zabezpieczone dyski twarde i te dyski zostały przekazane jako dowody rzeczowe w sprawie; można sprawdzić co się na nich znajduje. Co więcej, jeżeli taka będzie wola rodziny, mogą również złożyć wniosek o to, żeby biegły orzekł, czy ktokolwiek przy tych dyskach manipulował" - powiedziała.

"Jest dla mnie w ogóle nie do pomyślenia, żeby prokurator miał tu jakiekolwiek złe intencje, żeby manipulować w nagraniach. Chodziło przecież o to, żeby ustalić rzeczywisty przebieg wydarzeń, prokuratorowi od samego początku na tym zależało" - dodała.

Zeznania składał w czwartek także Robert Rewiński. Jak mówił, do Poznania przyjechał kilka dni po zaginięciu Tylman, "aby opisywać i pomagać rodzinie w poszukiwaniach". Uczestniczył też w spotkaniu Krzysztofa Rutkowskiego i Piotra Tylmana z oskarżonym i jego panią pełnomocnik.

Jak mówił, podczas spotkania zwrócili się do Adama Z., aby podał mu telefon, by wyznaczyć trasę, jaką pokonał mężczyzna tamtej nocy. "Oskarżony przekazał telefon, a Piotr Tylman szybko otworzył aplikację która odtworzyła tę trasę. Zdziwiłem się, że zrobił to tak szybko, ja takich umiejętności do dziś nie mam. Okazało się, że zapis trasy nie rozpoczyna się od Starego Miasta, a od ul. Mostowej. Pojawiło się naturalne pytanie, dlaczego jest tam tylko ten fragment. Piotr Tylman, który zna się na tych kwestiach, powiedział, że ten fragment jest albo wycięty, albo nie wie, dlaczego go nie ma" - powiedział.

Jak dodał, "z tego zapisu wynikało, że oskarżony przemieścił się z ul. Mostowej na północ do parku Łukasiewicza, a następnie wrócił się tę sama trasę. (...) Ostatni zapis był jednak po drugiej stronie mostu Rocha. (... ) To, co mówił oskarżony podczas spotkania, pokrywało się z tą trasą w telefonie. Mówił, że wielu rzeczy nie pamięta, ale jego mowa ciała wskazywała na coś innego" - mówił Rewiński.

"Szukaliśmy żywej Ewy"

Opowiadał także o działaniach poszukiwawczych po zaginięciu Tylman i zbieraniu materiałów, w tym nagrań z monitoringów. "Szukaliśmy żywej Ewy Tylman, wiedzieliśmy, że nasze działania mogą uratować jej życie" - powiedział i dodał, że materiały zgromadzone w tej sprawie w części były później prezentowane na konferencji prasowej Krzysztofa Rutkowskiego. "Na jednym ze zdjęć z monitoringu widać było, że oskarżony ma przerażoną twarz" - podkreślił.

W trakcie składania zeznań świadek zaznaczył też, że "wbrew obiegowym informacjom medialnym, w tej sprawie jest świadek, który może wiedzieć, co się stało z Ewą Tylman. To tzw. czarna postać".

"To osoba, która pojawia się na ekranie monitoringu uzyskanego ze sklepu komputerowego i była postrzegana jako kobieta; wskazywano, że ma wysokie obcasy, a sposób poruszania się wskazuję na chód kobiecy". Dodał jednak, że z czasopisma dowiedział się później, że to mógł być jednak mężczyzna. "Zapis monitoringu pokazywał także, że Adam Z. i Ewa Tylman podążają za tą osobą, na przystanku widzimy trzy osoby" - wskazał.

Jak tłumaczył, chciał dotrzeć także do innych zapisów z monitoringu, m.in. z pobliskiego hotelu. Początkowo jednak odmówiono mu pokazania tych nagrań. "W grudniu ubłagałem jednak szefa hotelu, żeby pokazał mi te zapisy. (...) Widziałem zapis z jednej kamery. To, co było istotne, to widać było, jak trzy osoby idą w kierunku parku Łukasiewicza i wyraźnie odznacza się tam +czarna postać+. Zwracaliśmy uwagę, że te osoby nie idą na most. (...) Kiedy po kilku minutach oskarżony wraca już sam, energicznym krokiem, już nie zataczając się, to szef hotelu krzyknął: on nie wraca znad rzeki, tylko z parku" - mówił świadek.

"Mając te informacje, pozostało pytanie, gdzie poszła, gdzie zniknęła ta +czarna postać+. Ja dowiedziałem się, że ta osoba poszła w stronę tzw. Kontenerów (...) Ale te monitoringi też widziałem i tam nikogo nie zarejestrowano" - dodał.

Świadek mówił też, że w trakcie poszukiwań od informatora dowiedział się o Dominiku W., który miał mieć "obsesję na punkcie Ewy Tylman". Według Rewińskiego, nie można wykluczyć, że tą "czarną postacią" mógłby być właśnie Dominik W.

Teorię tę obalił jednak w sądzie Marcin K. To jego właśnie zarejestrowały kamery monitoringu. Jak mówił, rzeczywiście miał wtedy długi ciemny płaszcz i mijał parę. W dniu, w którym zginęła kobieta, Marcin K. minął Ewę Tylman i Adama Z., co zostało zarejestrowane na kamerach monitoringu. Jak dodał, "kiedy to nagranie znalazło się w mediach i zobaczyłem tam siebie, postanowiłem zgłosić się na policję, ale nie wydaje mi się, bym cokolwiek wniósł do tej sprawy" - powiedział.

"Uznałem te dwie osoby idące drugą stroną ul. Mostowej za bardzo pijane. Po przejściu przez pasy stwierdziłem, że najlepiej będzie minąć je jak najszybciej, bo nie lubię przebywać w towarzystwie osób pijanych. W pewnym momencie oskarżony coś powiedział, wydawało mi się, że w formie żartu. Potem skręciłem w ul. Za Groblą. To wszystko" - dodał.

Kolejna rozprawa odbędzie się 13 grudnia.

Anna Jowsa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy