Telefony, które ratują życie

Może mi pan nie uwierzy, ale spotkałem na ulicy człowieka, który podszedł do mnie i powiedział: "To ja jestem tym, który stał pod pętlą i był gotowy skończyć z sobą. Jednak po rozmowie z panem odsunąłem od siebie myśli samobójcze...".

Taki telefon to bardzo wątła linia ludzkiego dialogu - uważa Jan Arczewski, który prowadzi w Lublinie telefon zaufania od 16 lat. - Taki telefon jest jak konfesjonał - uzupełnia po chwili namysłu...

Reklama

Janusz Świąder: To zapewne również ściana płaczu?

Jan Arczewski: To także wyrzut sumienia i miejsce, w którym można dać upust swojej rozpaczy - wyżalić się, wykrzyczeć swoją złość...

Początek rozmowy chyba nie jest łatwy, ale jeśli ktoś dzwoni, to znaczy, że przełamał wewnętrzny opór?

Jan Arczewski: Zazwyczaj dzieje się tak, że zanim się odezwę, słyszę płacz. I muszę odczekać chwilę, aż się rozmówca wyciszy, uspokoi. I dopiero wtedy można zacząć z nim dialog. A właściwie jest to monolog. Trzeba słuchać cierpliwie i nie przerywać. Ludzie, którzy dzwonią, są zdesperowani, różne myśli zaprzątają im głowę. Często samobójcze. Opowiadają o podejmowanych próbach targnięcia się na własne życie. Może mi pan nie uwierzy, ale spotkałem na ulicy człowieka, który podszedł do mnie i powiedział: "To ja jestem tym, który stał pod pętlą i był gotowy skończyć z sobą. Jednak po rozmowie z panem odsunąłem od siebie myśli samobójcze...". Wtedy pomyślałem sobie, że jeśli uda się ocalić czyjeś istnienie, warto prowadzić ten telefon. Rozmówcy dzielą się ze mną swoimi reakcjami, mówiąc, jak bardzo im pomagam, że po rozmowie mogą usnąć spokojnie, a to, co wydawało się barierą nie do pokonania, nagle okazało się prostsze, łatwiejsze.

Zaczęło się od... miesiączki

W 1953 roku 14-letnia angielska dziewczynka popełniła samobójstwo. Targnęła się na życie, gdyż przeraziła ją... pierwsza miesiączka. Myślała, że jest ciężko chora i dalsze życie nie ma sensu. Nie było nikogo, kto by jej to wytłumaczył. Londyński anglikański pastor Chanda Vareha, dowiedziawszy się o tym, poruszony bezsensowną śmiercią, wpadł na pomysł uruchomienia telefonu - swoistego pogotowia dla samobójców. Dziś w utworzonej przez pastora organizacji "Samarytanie" pracuje 22 tys. dyżurnych.

W Polsce pierwszy telefon zaufania pojawił się w 1967 roku we Wrocławiu. Inicjatorem przedsięwzięcia był prof. Adam Burakowski z Kliniki Psychiatrii Akademii Medycznej. Wkrótce potem telefon zaufania założył prof. Tadeusz Kielanowski w Gdańsku, a w 1970 roku w Krakowie profesorowie Antoni Kępiński i Julian Aleksandrowicz. W 1990 roku powstało Polskie Towarzystwo Pomocy Telefonicznej, należące do Międzynarodowej Federacji Pomocy Telefonicznej.

Oferta jak wachlarz

Jan Arczewski dzieli rozmówców na cztery grupy. Są tacy, którzy wymagają pomocy psychologa, inni oczekują rozwiązania problemów socjalno-bytowych, jeszcze inni interwencji w sprawach osobistych. Oddzielna grupa rozmówców boryka się z problemem samotności. A że telefon, który prowadzi Jan Arczewski jest adresowany do osób niepełnosprawnych, udzielanie porad wymaga szczególnego taktu i zrozumienia potrzeb dzwoniących. Przychodzi mu to o tyle łatwiej, że sam jest osobą niepełnosprawną, przykutą do wózka inwalidzkiego. Psycholog z wykształcenia, potrafi jak nikt inny udzielać porad w tym zakresie.

Oczekiwania są różnego rodzaju. Dzwonią ludzie z zaburzeniami psychicznymi, niepełnosprawni, oczekujący akceptacji, borykający się z problemem alkoholowym. Marginalny odsetek stanowią ludzie uwikłani w dewiacje seksualne.

Niekiedy zadzwoni niepełnosprawna kobieta z pytaniem, czy powinna urodzić dziecko. Do trudnych należą też problemy bezrobotnych. Jednostki słabe nie wytrzymują, tracą wiarę w sens życia. Dzwonią, oczekując konkretnej pomocy.

Rozległa jest gama spraw dotyczących problemów socjalno-bytowych. Przykładowo: dzwoniący pytają, jak zdobyć sprzęt rehabilitacyjny, załatwić skierowanie do sanatorium, co zrobić, żeby zamieszkać w Domu Pomocy Społecznej.

Inni pytają o aktualne przepisy dotyczące niepełnosprawnych. Jan Arczewski nie tylko odbiera telefony, ale podejmuje również interwencje w urzędach i instytucjach.

A partnerstwo w samotności?

Jan Arczewski: Niektórzy mylą ten rodzaj poradnictwa z biurem matrymonialnym. Wielu ludzi niepełnosprawnych narzeka na samotność, bo, mimo iż mieszkają z rodzicami czy rodzeństwem, przez długie godziny, gdy najbliżsi wychodzą do pracy czy do szkoły, pozostają sami. I wtedy szukają kogoś, przed kim mogliby się otworzyć, porozmawiać. Dzwonią często do mnie...

Dowiedz się więcej na temat: myśli | ratowanie życia | telefony | Życie | telefon

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy