Reklama

Reklama

Władysław Kosiniak-Kamysz: Do rynsztoku się nie wybieram

​Polityka to jest dziedzina naszego życia i albo ją sprowadzamy do rynsztoku, obłudy i nienawiści, albo prowadzimy ją na innym poziomie. Ja do rynsztoku się nie wybieram - stwierdził przewodniczący Polskiego Stronnictwa Ludowego Władysław Kosiniak-Kamysz w Rozmowie #BezUników Piotra Witwickiego opublikowanej w ramach Tygodnika polsatnews.pl.

Piotr Witwicki, Polsat News: Jak wygląda powrót do domu po takim smutnym wieczorze wyborczym?

Reklama

Władysław Kosiniak-Kamysz: Powodów do radości nie było.

Można usnąć po czymś takim?

- Można. Po tylu latach człowiek się przyzwyczaja do pewnych rzeczy.

To nie była jednak zwykła porażka kandydata PSL w wyborach prezydenckich. W tej kampanii był moment, w którym pana wejście do drugiej tury wydawało się całkiem realne.

- W kwietniu było rewelacyjnie. Gdyby wybory odbywały się w maju i byli w nich ci kandydaci, przeciwko którym zdecydowałem się startować, to byłoby zupełnie inaczej. Niewiele zależało tu już jednak ode mnie. Może z wyjątkiem terminu wyborów, bo tu ważne były nasze głosy.

Żałuje pan tego głosowania?

- Nie. Wartość wyborów przeprowadzonych przez Jacka Sasina byłaby zerowa.

Może bylibyście dziś numerem dwa.

- Jeżeli w ten sposób miałaby wyglądać moja bytność w polityce, to ona mnie specjalnie nie interesuje. Są pewne zasady, których będę zawsze przestrzegał.

Może pan nie jest na tyle brutalny...

- Nie jestem brutalny i nie zamierzam się zmieniać.

Polityka to jest dość brutalny sport.

- To jest dziedzina naszego życia i albo ją sprowadzamy do rynsztoku, obłudy i nienawiści albo prowadzimy ją na innym poziomie. Ja do rynsztoku się nie wybieram.

Może nie da się je prowadzić bez cynizmu i rynsztoku.

- Wierzę, że się da. Może to nie zawsze wychodzi za pierwszy razem...

...i za drugim też nie wychodzi.

- Ale jak patrzę dziś na Joe Bidena i jego wyniki w prawyborach, gdzie nie osiągał jednego procenta. Potem został wiceprezydentem. Dziś jest kandydatem i nadzieją dla Ameryki.

Każdy znaczący polityk miał na koncie wielką porażkę. Kaczyński i Tusk również. Pytanie, jakie wnioski wyciąga pan z tej swojej.

- Te wybory dały mi grubszą skórę, ale dały też większy dystans.

A po czymś takim nie odechciewa się trochę polityki?

- Byłem wychowany w etosie ciężkiej pracy. Miałem zakodowane przekonanie, że jeśli człowiek odpowiednio ciężko pracuje, to zawsze przychodzą też efekty. Teraz nie przyszły. Mimo gigantycznego zaangażowania i wielkiego wkładu całej rodziny i zespołu. Czasem myślę, że może to być ziarno, które zasialiśmy, ale nie miało ono jeszcze szansy wzejść.

Przez ostatnie tygodnie to waliliście głową w mur.

- Przez ostatni miesiąc mogliśmy robić wszystko, ale nie przynosiło to żadnego efektu. Przedstawialiśmy jakiś dobry pomysł, ale nikt tego nie zauważał. Następnego dnia ktoś mówił to samo i część mediów wpadała w zachwyt. Wtedy zalewała mnie krew.

Bardzo bym chciał zobaczyć spokojnego pana prezesa zalanego krwią.

- Były takie sytuacje również w praktyce lekarskiej. Miałem też okazje przeżyć w tej kampanii niesamowite chwile. Samo bycie kandydatem na prezydenta jest wyjątkowym doświadczeniem.

Tylko to są trochę takie syzyfowe prace.

- Moje?

I partii. Wchodzą te dwie największe i zamiatają konkurencję. Ile jeszcze wasze struktury wytrzymają tej opozycji?

- Myślałem, że te wybory będą przełamaniem duopolu i była na to szansa. Przynajmniej przy tym składzie, na jakim się decydowaliśmy na starcie w wyborach z Małgorzatą Kidawą- Błońską. Los poszedł w sukurs dwóm największym partiom. Wierzę, że po raz ostatni.

Tylko teraz macie trzy lata przerwy i wygłodniałe struktury.

- PiS wyszedł najbardziej wzmocniony po 8 latach ciężkiej opozycji parlamentarnej i samorządowej. Przed nami teraz test wytrwałości i wierności idei. Pytanie: co chcemy robić. To nie może trwać wiecznie, ale czas opozycji jest dobry dla odświeżenia i pokazania tego, co się chce ostatnio robić.

Jaki powinien być teraz PSL?

- Otwarty. Dlatego rozszerzamy Koalicję Polską. Musimy szanować tradycję, z której wyrastamy, ale myśleć o przyszłości, dbać o konkretne środowiska.

Jakie?

- Ludzi, którzy ciężko pracują, płacą podatki, chcą, żeby państwo było dobrze zarządzane. Chciałbym, żeby PSL był nie tylko najstarszą, ale i najnowocześniejszą partią.

Tylko dziś wyborców rozpala wojna światopoglądowa. Macie w niej coś w ogóle do powiedzenia?

- W sporze światopoglądowym jesteśmy po stronie zdrowego rozsądku.

Tylko takie stawianie sprawy może nie wystarczyć. Michał "Margot" Szutowicz to jest dla pana "on" czy "ona"?

- Będę mówił z szacunkiem. Czy to jest najważniejsze?

Możemy się na to zżymać, ale tak się dziś mobilizuje się elektorat.

- Bo to jest temat, który eksponuje się od świtu do nocy. Bardziej mnie interesuje, czy będziemy mieć wszyscy dostęp do darmowej szczepionki na grypę. Interesuje mnie, dlaczego nie ma jednoosobowych ławek w szkołach.

Czyli nie odpowie mi pan jednoznacznie w sprawie Michała "Margot".

- Dla mnie spór o szczepionki jest ciekawszy. Nie zgadzam się z tymi, którzy są pro epidemiczni.

To może powinien pan zacząć od rozmowy na ten temat we własnym klubie parlamentarnym?

- Rozumiem, że mówimy o pośle Sachajko. Mamy tu różnicę, choć on nigdy otwarcie nie występował przeciw szczepionkom. Mówi tylko o tym, że powinien być fundusz, który daje odszkodowania za ewentualne powikłania. Myślę, że jest to chęć wsłuchania się we wszystkie opinie. Ja poglądów w tej sprawie nie zmieniam. Jestem zwolennikiem obowiązkowych szczepień, a teraz danie bezpłatnych szczepień tym wszystkim, którzy będą tego oczekiwać. Szczepienia uratowały nas przed wieloma chorobami i jak nie będą obowiązkowe, to będziemy mieć problemy.

Mówi pan o budowaniu szerokiego porozumienia, a Paweł Kukiz już zaczyna wierzgać.

- Tak bym tego nie nazwał. Koalicja polega na szanowaniu swojej podmiotowości. Jest u nas Unia Europejskich Demokratów, konserwatyści Marka Biernackiego i Kukiz’15.

Tylko Kukiz właśnie stworzył własna partię...

- I dzięki temu kolejna partia jest w Koalicji Polskiej. PSL stworzył tę koalicję, jesteśmy zresztą autorem jej nazwy. Uważam, że powinniśmy rozszerzyć Koalicję Polską i zapraszamy do niej kolejne organizacje na poziomie regionalnym, na przykład "Ślonzoki Razem". 

Co was łączy z "Ślonzakami Razem"?

- Znaleźliśmy punkty wspólne: choćby przyjęcie ustawy o języku śląskim. Będziemy rozszerzać formułę Koalicji Polskiej i czas na nasze inicjatywy ustawodawcze.

Co to będą za inicjatywy? Niech inni się przygotują, co będą w najbliższym czasie wam zabierać.

- Mogę opowiedzieć o kilku prostych sprawach, na przykład o butelkomatach w każdym sklepie i obowiązku produkowania zwrotnych butelek. To są drobne sprawy, które mogą zmienić nasze życie.

PSL partią ekologii? Wy trochę przespaliście ten nurt na polskiej wsi, który zaczął wiele lat temu zaczął mówić, że najbardziej ekologiczne jest po prostu tradycyjne jedzenie.

- My przespaliśmy? Jak mówiliśmy o odnawialnych źródłach energii, to się wszyscy z nas śmiali. Jak Kalinowski mówił o biopaliwach to pisano, że zniszczą one nasze samochody. Często to właśnie my wyprzedzamy koniunkturę. Jak my o czymś mówimy to nie jest to doceniane, a potem się ktoś pod to podpina. Będziemy propagować życie w rytmie natury i uważam, że dziś to jest przejściem do nowoczesności. Skracamy łańcuch konsumencki i staramy się wyeliminować pośredników. Odchodzimy od chemicznej żywności i przechodzimy na produkty tradycyjne. Jest dziś wiele obszarów w ekologii, które mnie interesują. To jest temat, który będzie decydował o jakości naszego życia.

Tylko ta ekologiczna- tradycyjna żywność jest dziś bardzo droga.

- Tyle kosztuje coś, od czego odeszliśmy. Kiedyś ilość zaczęła wygrywać z jakością i to się źle skończyło.

PiS próbuje wam podebrać ludzi z klubu?

- Wysyła zachęty i kusi. To się w zeszłej kadencji udawało. W tej wierzę, że nikt nie poleci na stołki.

Jesień idzie, ciemno się robi, a pana działacze mają jeszcze przez trzy lata siedzieć w opozycji? Zaczną pękać.

- Ile razy byliśmy w koalicji z PiS-em?

Wszystko przed wami. Może zastąpicie Solidarną Polskę.  Dużo pan rozmawia z Jarosławem Gowinem?

- Nie bardzo. Wracając do targów o stanowiska wewnątrz Zjednoczonej Prawicy, może Polsce jest potrzebna pula stanowisk, które mają charakter polityczny. Trzeba szczerze powiedzieć, gdzie które stanowiska są polityczne i gdzie będą zmiany po wyborach.

Dookreślanie tego nie jest nikomu na rękę.

- Ja bym tego chciał. Jeden z urzędników z niemieckiego ministerstwa zdrowia tłumaczył mi kiedyś, że on pracuje w tym miejscu niezależnie od tego, jaka partia rządzi. Jedyne czego chcą to szefa, który ma silną pozycję polityczną. Nasz minister zdrowia potrafił się rzucać od ściany do ściany.

A który by się nie rzucał w takiej sytuacji? I który w Europie się nie rzucał. Pan działałby inaczej?

- Nie mówiłbym jednego dnia, że maseczki będziemy nosić przez dwa lata, a potem, że je zdejmujemy. Raz używał swojej wiedzy, a raz powtarzał przekazy Nowogrodzkiej. Do pewnego momentu sam o nim dobrze mówiłem. W pierwszych tygodniach wszyscy mu zaufaliśmy, a potem to się rozmieniło na drobne.

A czy mogło być inaczej?

- Mogło.

Sytuacja, z którą się zderzyliśmy, zużywa każdego polityka w kilka miesięcy.

Przyjął dobry kierunek działania. Gdyby nie problem z datą wyborów, to pewnie nie uległby pokusie pójścia przekazem. Wybrał karierę polityczną zamiast merytorycznej.

A same wybory okazały się bezpieczne. Pamięta pan "śmiercionośne koperty"?

- Ja nie używałem takich słów.

Pan zachował zdrowy rozsądek. To pana politycznie zgubiło.

- I to ma przekreślać zdrowy rozsądek w polityce?

Nie. Być kolejnym dowodem, że się w niej nie sprawdza.

- Po prostu tu trzeba dłużej poczekać na efekty. Mam 39 lat i wierzę w to, że "najpiękniejsze dni to te, których jeszcze nie znamy".  Wszystko, co dobre, jeszcze przede mną.

Jedyna szansa dla pana to totalne rozjechanie się Platformy, czego dziś tak całkiem nie można wykluczyć.

- Te wybory nauczyły mnie tego, że czynniki zewnętrzne mogą tak zmienić twoją pozycję, że trudno planować coś długofalowo. Ostatnią kampanię planowałem od listopada i niewiele z nich dało się zrealizować.

Dzisiejsza pozycja Kaczyńskiego wynika między innymi z długofalowego planowania.

- Też pewnie nie wszystko jest w stanie przewidzieć. Dziś, jak widzę tę nawalankę w obozie władzy systemem pucharowym: każdy z każdym, to i Kaczyński nie może być spokojny o przyszłość.

Pan się tak martwi o Zjednoczoną Prawicę.

- To są naprawdę ostatni ludzie, o których się będę martwił. Martwię się o Polskę i że jest źle zarządzana. Ta ich nawalanka oddziałuje na rząd i trudno tego nie zauważyć. Tak źle tam jeszcze nie było. Ludzie zaczynają to widzieć.

I to panu mówią, gdy ich pan spotyka?

- Mówią różne rzeczy. Wiele osób twierdzi, że głosowało na mnie. Jeszcze trochę i zacznę wierzyć, że sfałszowali te wybory.

Pan jest taki miły. Żal powiedzieć, że się głosowało na kogoś innego.

- Wczoraj byłem z córką w sklepie i spotkałem jednego wyborcę. Dopytywał mnie, jakie są szanse na wprowadzenie dobrowolnego ZUS-u.

Żadne.

- A w Niemczech to funkcjonuje i jakoś świat się nie zawalił.

Lubię takie śmiałe analogie z Niemcami.

- Nie zejdę z tej drogi. Dobrowolny ZUS to dobry pomysł.

Tylko niezbyt odpowiedzialny.

- Jest odpowiedzialny, gdy zbiera się na minimalna emeryturę. To jest założenie, które stawiam w tym projekcie. Ono daje oddech w czasie słabszych miesięcy. Jako partia będziemy postępować racjonalnie i wierzę, że to przyniesie w końcu dobre efekty.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje