Zamieszanie wokół Marszu Niepodległości. "Ewentualna katastrofa będzie wisienką na torcie"

Po decyzji prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz o odwołaniu niedzielnego Marszu Niepodległości narodowcy zwrócili się do sądu i wygrali. Prezydent stolicy zapowiedziała jednak kolejne kroki. Zamieszanie wokół marszu trwa więc w najlepsze. W rozmowie z Interią dr Adam Gendźwiłł, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego, i dr Grzegorz Makowski, socjolog Fundacji im. Stefana Batorego, oceniają wpływ wzajemnych „przepychanek” na wizerunek Polski na arenie międzynarodowej.

Sąd Okręgowy w Warszawie uchylił w czwartek wieczorem decyzję prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz w sprawie zakazu organizacji Marszu Niepodległości 11 listopada w centrum stolicy.

Reklama

"Będziemy się odwoływać, składamy apelację. Uważam, że przepis, który pozwala na prewencyjny zakaz, jest martwy" - oznajmiła w piątek podczas konferencji prasowej prezydent stolicy.

Wszystko wskazuje więc na to, że w niedzielę w Warszawie odbędą się dwa marsze.

Pierwszy - co sygnalizuje decyzja Sądu Okręgowego, za którą może podążyć Sąd Apelacyjny, powołując się na zapisy ustawy o zgromadzeniach - będzie marsz narodowców.

Robert Bąkiewicz, prezes stowarzyszenia Marsz Niepodległości zapewnił, że rozpocznie się on w niedzielę o 14 na Rondzie Dmowskiego w stolicy.

Drugim najprawdopodobniej będzie marsz organizowany przez prezydenta. Przypomnijmy - w środę, po pilnym spotkaniu Andrzeja Dudy z Mateuszem Morawieckim poinformowano, że postanowiono o zorganizowaniu "wspólnego, biało-czerwonego marszu o charakterze uroczystości państwowych".

Bąkiewicz zapytany w radiu TOK FM, czy nie przyjmuje do wiadomości, że prezydent Andrzej Duda "wypisał" Marsz Niepodległości przynajmniej na ten rok poprzez wspólny marsz, który organizuje rząd, odpowiedział: "nie ma takiego prawa, żeby pan prezydent Duda wypisał jakiś marsz, czy strona rządowa, dlatego że takie prawo nie istnieje". Prezes stowarzyszenia Marsz Niepodległości podkreślił również, że, zgodnie z prawem, obecnie są dwa zgromadzenia zapowiedziane w niedzielę jako marsz.

Echa Marszu Niepodległości za granicą

"Obchody święta niepodległości są zwykle demonstracją narodowej jedności, jednak w Polsce stają się coraz bardziej symbolem głębokich podziałów w kraju" - pisze w piątek "Sueddeutsche Zeitung". Niemiecki dziennik przypomina, że w ubiegłym roku Polska znalazła się na czołówkach gazet na całym świecie właśnie z powodu obchodów 11 listopada. Obok kilkudziesięciu tysięcy patriotów w marszu niepodległości uczestniczyły bowiem setki prawicowych ekstremistów i neonazistów z transparentami o rasistowskiej treści.

"Ulice Warszawy mogą stać się w niedzielę polem bitwy dla neofaszystów i dla unijnej reputacji" - notuje z kolei EU Observe.

 "Przez ostatnią dekadę skrajnie prawicowi nacjonaliści organizowali marsze w dniu Święta Niepodległości 11 listopada w Warszawie, a w tym roku obawy przed jawnymi demonstracjami ekstremizmu i ewentualnymi starciami z przeciwnikami protestującymi grożą przesłonięciem wszystkich innych wydarzeń w kalendarzu obchodów stulecia" - czytamy natomiast w "The Washington Post".

Portal Politico o zamieszaniu wokół marszu (a raczej dwóch marszów) pisze następująco: "Zamienia się to w chaotyczne upamiętnienie polskiej niepodległości".

Jak wskazują przepytani przez Interię eksperci, podobnych komentarzy znacznie przybędzie po obchodach 11 listopada.

- Myślę, że za granicę docierają raczej strzępki informacji dotyczących tego, jak Polacy świętują niepodległość i 100. rocznicę. W minionych latach przodowały strzępki informacji stawiające nas raczej negatywnym świetle - mówi dr Adam Gendźwiłł, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. - Kwestia delegalizacji, upaństwowienia i sytuacja, w której będą dwa marsze mocniej wybrzmi po 11 listopada. Wtedy należy też spodziewać się dogłębnych analiz - zaznacza ekspert.

Podobnego zdania jest dr Grzegorz Makowski, socjolog z forumIdei Fundacji im. Stefana Batorego.

- Pojawiają się głosy ostrzeżenia ambasady amerykańskiej i  kanadyjskiej na temat możliwych zamieszek w trakcie obchodów. To już świadczy dobitnie o tym, jak to jest widziane z zewnątrz. Na to nakładają się jeszcze doniesienia z zeszłorocznego marszu. One nie tylko zostaną przywołane, ale również będą dodatkowo podbite po 11 listopada - mówi w rozmowie z Interią. 

Mocno podzieleni i zdezorganizowani

Polska zdaje się znów "strzelać sobie w kolano". Przykładów na samobójcze "ciosy" jest wiele.

- Już teraz mamy "gębę," mówiąc po gombrowiczowsku, jakiegoś dziwnego kraju, który jest dezorganizowany, głosuje przeciwko własnym kandydatom na najwyższe stanowiska w organizacjach międzynarodowych, uchwala ustawy wywołujące międzynarodowe skandale, z których później się rakiem wycofuje, sam rujnuje sobie sądownictwo - przypomina dr Grzegorz Makowski. - Ewentualna katastrofa w przypadku marszu niepodległości będzie wisienką na tym już wielowarstwowym torcie - ocenia ekspert w rozmowie z Interią.

- Wizerunek Polski jako kraju, który jest wewnętrznie podzielony i kraju, który rzeczywiście ma problem z określeniem, w jaki sposób mówić o swojej tożsamości narodowej, sobie nawzajem i całemu światu, istnieje od dawna - podkreśla dr Adam Geńdźwiłł. Według politologa z Uniwersytetu Warszawskiego, jeśli 11 listopada dojdzie do zamieszek i znów eksponowana będzie symbolika neofaszystowska, zostanie to pokazane jako ilustracja całego wydarzenia poza granicami kraju.

Liczne dylematy

Jak zauważa dr Makowski, obchody 11 listopada na pewno będą omawiane na świecie w kontekście "zlekceważenia" apeli Parlamentu Europejskiego, aby zakazać propagowania ideologii faszystowskich. - Faktem jest jednak, że takie kraje jak Niemcy, Francja, Włochy, czy Węgry też mają niemałe problemy z ruchami faszystowskimi. Dołączymy więc do "doborowego towarzystwa" całą mocą - mówi.

Ekspert w rozmowie przypomina ustawę o zgromadzeniach.

- Dodatkowo PiS już dawno sam sobie na szyję założył ten sznur - zaznacza, pytany o przepisy dotyczące zgromadzeń cyklicznych, które miały w jego ocenie zapewnić przede wszystkim ciągłość miesięcznic smoleńskich.

- Decyzja pani prezydent jest postrzegana jako podanie ręki PiS-owi. Ale z drugiej strony jest to też wpuszczenie PiS-u w przysłowiowy kanał. Teraz jest bowiem powstaje dylemat, czy oni organizując państwowe obchody, aby na pewno mają prawne podstawy, żeby odwołać zgromadzenie cykliczne jakim jest marsz narodowców - mówi. - Ta sytuacja pokazuje przede wszystkim rozgardiasz prawny, który jest konsekwencją złej legislacji, pisanej pod kaprysy prezes Kaczyńskiego - słyszymy.

Według eksperta kolejną warstwą tego problemu jest dylemat, czy w imię wartości pt.
"bezpieczeństwo" można ograniczyć inne wartości, inne prawa obywatelskie, takie jak wolność zgromadzeń.

- Radykalnych postaw nie oduczy się zakazując demonstracji, czy nawet pałując ich uczestników. Można je ograniczyć poprzez systematyczną edukację obywatelską, której w Polsce po 1989 r. nigdy tak naprawdę nie było. Państwo nigdy systemowo nie zajęło się kształceniem postaw prodemokratycznych, obywatelskich, tak jak to jest np. w Stanach. Stany sobie dużo lepiej radzą bez prewencyjnych rozwiązań zakazujących takich zachowań. Choć i tam ostatnio zachodzą niepokojące zmiany. - kończy.

Izabela Rzepecka

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje