Nieodparty urok klasyki

Gdyby najnowszą realizację Grzegorza Wiśniewskiego spróbować ocenić w kontekście jego dwóch ostatnich premier, poprawnego "Brzydala" i świetnej "Marii Stuart", "Słodki ptak młodości" znalazł by się dokładnie pośrodku.

Biorąc pod uwagę poziom ostatnich realizacji Teatru Wybrzeże to i tak bardzo dużo.

Reklama

Na teatralnej mapie polski Grzegorz Wiśniewski odnalazł już swoje miejsce. W najnowszym "Słodkim ptaku młodości" nie znajdziemy wielkich, uniwersalnych historii, tym bardziej nowatorskich poszukiwań formalnych. Reżyser skupił się za to na tym, na czym zna się najlepiej. Na budowaniu kameralnych opowieści, poprowadzonych realistycznie zgodnie z literą dramatu.

Jeden pomysł inscenizacyjny wydaje się rzeczywiście interesujący, mianowicie konsekwentne użycie szczegółu.

To w oparciu o detal prosta historia marzącego o filmowej karierze chłopaka opatrzona zostaje niepokojącym dysonansem. Szczegół, a więc wypluta podczas kaszlu tabletka, odsłonięte piersi, skaleczony paznokieć, czy wreszcie zaskakująco czerwona szminka porządnej, prowincjonalnej kobiety.

Dzięki tym drobnym zabiegom, na scenę wdziera się to, co najbardziej realne, a jednocześnie najbardziej bliskie bohaterom.

Inne zabiegi inscenizacyjne, kilkakrotnie eksploatowany motyw zmiany ubrania, traktowanego najczęściej jako symbol społecznej opresji, prestiżu lub po prostu kondycji psychicznej bohaterów, oraz pomysł z ustawioną bardzo blisko widza podium-sceną, na której przebywają ci, którzy potrzebują podziwu publiczności najbardziej, a więc Chance, Alexandra del Lago oraz lokalna prostytutka, Miss Lucy, wypadają co najmniej nijako.

Nierówno rozkładają się również relacje prowadzone pomiędzy poszczególnymi bohaterami spektaklu: spragnionym sławy Chancem, jego starzejącą się kochanką, a wrogo nastawioną małomiasteczkową społecznością.

Partnerujący Dorocie Kolak Michał Kitliński właściwie od początku skazany był na porażkę. Jeśli wyszedł z tego pojedynku obronną ręką, to tylko dzięki znacznie bardziej doświadczonej aktorce. Dzięki niej wybrzmiało to, co najbardziej zajmujące w spektaklu - historia zdesperowanego mężczyzny pastwiącego się nad pogrążoną w narkotykowym transie kobietą.

Mieszkańcy prowincjonalnego miasteczka: Boss Finley (w tej roli ostatnio etatowy czarny charakter Wybrzeża, Krzysztof Matuszewski), jego syn Tom Junior, przyszły zięć George oraz warta przybocznej młodzieżówki nie budzą już takich emocji. Impas w pokazaniu prawicowego środowiska tylko raz przerwany zostaje wykorzystaną już w "Marii Stuart" sceną konferencji prasowej. W tym jednym momencie groźba medialnej inwazji wydaje się rzeczywiście bliska, choć i tu raczej w amerykańskiej, niż polskiej perspektywie.

Niedosyt budzi finał przedstawienia, które gaśnie wraz z nieoczekiwaną rozmową telefoniczną. Film, którego klęska zawiodła del Lago w ramiona obojętnego kochanka, okazuje się jednak sukcesem. Uszczęśliwiona kobieta wraca do Hollywood. Chance zostaje wykastrowany.

Światła gasną. Wszystko przeprowadzone w pośpiechu nie pozwala wybrzmieć ani rozpaczy głównego bohatera, ani strachowi przed nieuchronną karą. A szkoda. Warto było zakończyć przyzwoicie zrealizowany spektakl równie solidnym akcentem.

Autor: Justyna Świerczyńska

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje