O miłości z happy endem

Operetka od zawsze była lekką, mieszczańską rozrywką. Tak jest i z "Baronem cygańskim" Johanna Straussa - najnowszą premierą gdańskiej Opery Bałtyckiej. Szkoda tylko, że przygotowana z dużym rozmachem inscenizacja niemiłosiernie trąci myszką.

Fabuła "Barona" - jak to w operetce - opowiada o miłości. O miłości, która - mimo wielu perypetii - kończący się happy endem.

Reklama

Rzecz rozpoczyna się na Węgrzech. Do posiadłości na prowincji powraca Sandor Barinkay, syn poprzedniego właściciela tych ziem. Jego sąsiad, hodowca świń Żupan, natychmiast próbuje wyswatać młodego panicza ze swoją córką. Jednak Sandor zakochuje się w Saffi, pięknej Cygance z obozującego na jego ziemi taboru. Wszystko kończy się efektownym spotkaniem we Wiedniu. Po drodze bohater musi pokonać parę tak drobnych przeciwności i wyzwań jak odnalezienie legendarnego skarbu, uzyskanie tytułu barona czy udział w wojnie.

Gdańska inscenizacja "Barona cygańskiego" przygotowana została z rozmachem. Wielkie dekoracje - zamek w akcie drugim czy ogromne schody wiedeńskiego salonu w trzecim - oraz kolorowe, wykończone do ostatniego detalu kostiumy, natychmiast przyciągają uwagę. Autor inscenizacji, sławny choreograf i tancerz Emil Wesołowski, starał się jak najbardziej "steatralizować" operetkę Straussa, wprowadzić do niej jak najwięcej ruchu i tańca. Jednak scena Opery Bałtyckiej wydaje się po prostu za mała, aby wszystkie jego pomysły wybrzmiały w pełni. W scenach zbiorowych publiczność ogląda nawet pięćdziesięciu artystów jednocześnie, którzy skupić się muszą nie tylko na śpiewie i tańcu, ale także na tym, by na niewielkiej przestrzeni nie wpadać na siebie. A cześć układów tanecznych (bardzo udany występ baletu Opery) wyglądałaby o wiele efektowniej, gdyby wykonawcy mieli więcej miejsca.

Całość niestety jest teatrem operowym niezwykle staroświeckim, korzystającym z ogranych chwytów, nastawionym na tani efekt. Widowisko znajdzie zapewnię swoją publiczność - tak samo jak znalazłoby ją sto lat temu. Bo właściwie identyczna inscenizacja mogłaby powstać już wtedy. A nawet bardziej pasowałaby do tego okresu, kiedy XIX-wieczna wizja teatru była ciągle obowiązującą normą. Jedynym nowocześniejszym pomysłem inscenizacyjnym "Barona cygańskiego" jest wideoprojekcja w pierwszym i drugim akcie - na zamykającej scenę płachcie wyświetlane były płynące po błękicie nieba chmurki. Jednak efekt - nieszczególnie zresztą imponujący - przyćmiony został całkowicie przez kolorowe dekoracje i kostiumy.

Bardzo dobrze za to wypadła - do czego gdańscy melomani są już przyzwyczajeni - orkiestra Opery, którą dyrygował Janusz Przybylski. Muzycy świetnie sobie radzili z częstymi zmianami tempa i nastroju w kompozycji Johanna Straussa, lekkie i pełne humoru walczyki z motywami węgierskimi i cygańskimi grane były z dużą werwą. Niestety nie wszyscy soliści dostosowali się po poziomu orkiestry. Spora część z nich miała problemy z dykcją, niektóre kwestie były praktycznie niesłyszalne czy niemożliwe do zrozumienia. Na pochwały zasługuje tu tylko Ryszard Smęda, który wcielił się w komiczną postać "króla świń" Żupana oraz odtwórca głównej roli Paweł Skałuba.

Operetka Straussa żegnała Włodzimierza Nawotkę, wieloletniego dyrektora Opery Bałtyckiej, który odchodzi na emeryturę. Była to 101 premiera przygotowana w Gdańsku pod jego opieką.

Mirosław Baran

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje