Reklama

Reklama

​"GW": Patologie na rynku turystycznym wokół Muzeum Auschwitz

"Dojenie turystów trwa w najlepsze. Ale nie tylko oni są poszkodowani. Małe firmy turystyczne mogą zwijać żagle. Rynek usług wokół Muzeum zmienił się w patologię" - mówią krakowskiej redakcji "Wyborczej" przewoźnicy. Muzeum Auschwitz przyznaje, że sytuacja wymknęła się spod kontroli.

Reportaż autorstwa Michała Olszewskiego powstał na bazie zgłoszeń od przewoźników i śledztwa dziennikarskiego. Z ustaleń tych wynika, że rynek przewozów do Muzeum Auschiwitz to zmora dla małych firm.

Reklama

Jak podaje gazeta, największy problem stanowi wyzysk turystów i faworyzowanie dużych przewoźników. "Wyborcza" opisuje proceder oszukiwania głównie zagranicznych turystów, którym oferowane są usługi po zawyżonej cenie, a nawet opłaty dotyczące usług, które w rzeczywistości są bezpłatne. Niezorientowani w przepisach Muzeum turyści padają więc ofiarami osób, które wykorzystują ich niewiedzę.

Małe firmy zwracają również uwagę na niepokojący proceder podczas sprzedaży biletów rezerwacyjnych. Ich zdaniem, mają do nich dostęp jedynie duże firmy. Małe firmy muszą odkupować bilety od tych, którzy mają ich nadmiar, co rodzi kolejne nieprawidłowości. Jak jednak przyznają zarówno właściciele dużych, jak i małych firm przewozowych - wtórny obrót kartami wstępu to sposób działania wymuszony przez system zakupu biletów. W przypadku, gdy przewoźnikowi uda się zakupić trudne w dostępie bilety dla 30-osobowej grupy, a nie zdoła ich wykorzystać z braku odpowiedniej liczby klientów, bilety odsprzedaje. Alternatywą jest zmarnowanie kart wstępu. Jednak, jak przekonują właściciele małych firm, niedostępne dla nich karnety, odsprzedawane są z marżą. Wykształciła się bowiem nowa specjalizacja, w której inwestor kupuje bilety tylko po to, by później odsprzedać je przewoźnikom po wyższej cenie.

Przed samym Muzeum można też spotkać koników - czytamy. To osoby, które stoją w kolejce tylko po to, by odsprzedać swoje miejsce kierowcom, którzy przywieźli do Muzeum turystów. W przypadku kolejek liczących setki osób w szczycie sezonu, jest to usługa wyceniana bardzo wysoko.

Muzeum, pytane o sprawę, przyznaje, że sytuacja wymknęła się spod kontroli. Jak mówi gazecie dyrektor Muzeum, placówka nie jest w stanie zapanować nad rezerwacjami, gdyż do tego procederu często używane są boty rezerwujące bilety w tempie, jakiemu mała firma nie jest w stanie sprostać. Muzeum zapowiada jednak zmiany. W przyszłym sezonie wszystkie karty mają być imienne, co oznacza, że firmy nie będą mogły kupować ich na zapas ani odsprzedawać.

Mali przedsiębiorcy obawiają się jednak, że przepisy zostaną rozmyte, dzięki czemu proceder będzie trwał w najlepsze.

Więcej w krakowskiej "Gazecie Wyborczej".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje