Reklama

Reklama

Fort III w Pomiechówku - kazamaty śmierci

W tej kwestii nie ma jednoznacznych dowodów, a wydarzenie wydaje się być miejscową legendą. Obrona twierdzy i Fortów obydwu pierścieni obronnych została wzmocniona 14 września, kiedy do Modlina dociera gen. Thomme z wykrwawioną Armią "Łódź". Pozwala to na obronę Fortu III do ostatnich minut przed kapitulacją Twierdzy Modlin. Zarówno sama Twierdza, jak i Fort III nie zostały zdobyte w wyniku bezpośredniego szturmu. Poddały się z braku amunicji, żywności i wody, a także skutkiem coraz pilniejszej, szpitalnej pomocy dla rannych żołnierzy. Po kapitulacji Niemcy chwilowo przetrzymują tu jeńców wojennych, szybko jednak obiekt zostaje opuszczony, a jeńcy wrześniowi trafiają do obozów w Działdowie, Iławie i Mławie. Zimą pierwszego roku wojny nic nie mąci spokoju. Koszmar i śmierć wkroczą tu dopiero wiosną.

Obóz przejściowy i getto

Reklama

W marcu 1940 r. do opuszczonego Fortu nr III w Pomiechówku zaczęto zwozić mieszkańców, wysiedlonych z całego terenu rejencji ciechanowskiej. Szacuje się, że ogólna liczba wysiedlonych to 25 tys. ludzi. Nie wiadomo jednakże, jaką część z nich przetrzymywano na Forcie III. Choć głównie formowano tu jedynie grupy do robót w Rzeszy, to jednak już wtedy dochodzi do sporadycznych mordów. Jednymi z pierwszych ofiar są pensjonariusze okolicznych domów opieki. Eskalacja represji zaczyna nasilać się od kwietnia 1941 roku. Wtedy Niemcy aresztują członków klasztoru mariawickiego z Felicjanowa, kapłanów, siostry zakonne i kolejnych mieszkańców zakładu dla starców i kalek. Jak zeznaje Izabela Kowalska, zakonnice skierowano wkrótce do pracy w szpitalu w Płońsku, pozostałym osadzonym wskazano inne miejsca zamieszkania. To wyjątkowy akt łaski.

Wraz z rozwojem obozu duchowieństwo i członkowie wspólnot religijnych byli wyjątkowo brutalnie tępieni. "Widziałem, jak pewnego dnia przywieziono grupę księży katolickich" - zeznawał po wojnie Feliks Skolasiński. "Wkrótce usłyszałem potworne jęki i ujadania sfory psów. Następnego dnia palono strzępy kapłańskich szat". Wiktoria Karaszewska opowiadała po wojnie, że na 10 cel jedna była kobieca. "Przywożono również do obozu dzieci razem z zakonnicami. Co się z tymi dziećmi stało? Nie wiem". Zakonnice zostały zamordowane. Dzieci pewnie też, gdyż zwyczajowo topiono je w dołach kloacznych.

Przez pewien czas Fort spełniał też funkcję żydowskiego getta i raczej mało prawdopodobne, aby getto współistniało wraz z obozem przejściowym dla innych więźniów. Michał Grynberg, historyk i badacz martyrologii żydowskiej, twierdzi, że Żydzi więzieni byli tu tylko przez 2 miesiące, a celem ich izolacji była eksterminacja. Praktycznie absolutny brak żywności i wody oraz egzekucje pochłonęły od końca lipca do września 10 tys. ofiar. 2,5 tys. zginęło w noc przed ewakuacją do Generalnego Gubernatorstwa. Fort przez pewien czas znów pozostawał pusty.

Więzienie karno-śledcze

Pod koniec 1941 r. Niemcy modernizują Fort, a podziemne kazamaty adaptują na cele więzienne. 5 kwietnia 1942 r. w Pomiechówku powstaje obóz karno-śledczy nowodworskiego gestapo, pod kuratelą i na potrzeby komendantury gestapo rejencji w Ciechanowie. Obozem szczególnie interesował się gauleiter Erich Koch, raz nawet osobiście go wizytował. Trafiali tutaj różni więźniowie, czasami za błahe przewinienia - zwykli pracownicy za spóźnienie do pracy, czarnorynkowi handlarze, rolnicy, którzy nie wywiązali się z kontyngentów. Od początku dużą grupę stanowili konspiratorzy organizacji podziemnych: PPR, Gwardii Ludowej (potem AL), a także żołnierze AK, choć ci ostatni masowo trafiali tu dopiero po upadku Powstania Warszawskiego. Wśród osadzonych byli również Rosjanie, Ukraińcy i Węgrzy. Wyobrażenie sobie, w jakich warunkach pomiechowscy więźniowie byli przetrzymywani, trafia na psychologiczną barierę, jak bowiem wyobrazić sobie coś na kształt piekła? Trzeba oddać głos świadkom, którzy przez to przeszli. W ich wypowiedziach jak refren pojawia się stwierdzenie: "w Pomiechówku było najgorzej"...

Fort wyposażony był w 10 cel głównych, choć czasowo adaptowano nawet i podziemne korytarze łącznikowe. W każdej celi o powierzchni 80 m kw. przetrzymywano ponad 100 osób. "Przeżyłem Pomiechówek, Stutthof i roboty na terenie Niemiec. W Pomiechówku były najcięższe warunki" - zeznawał Kazimierz Baniak. "Obóz był położony z dala od ludzi, bez możliwości kontaktowania się z kimkolwiek, z podziemnymi celami i lochami, w których nie było ani jednej pryczy, ani okien". I kolejne relacje: "Pomimo, że to była zima, cele nie były w ogóle opalane. Pryczy w celach nie było, a tylko na podłodze betonowej rzucone trochę słomy, w której aż roiło się od wesz" (Kazimierz Czarnecki).

"Więźniowie leżeli na boku, bowiem gdyby leżeli na wznak nie zmieściliby się w celi. W bunkrze-celi był straszny tłok. Więźniowie w obozie poza posiłkami przez cały czas przebywali w celach" (Józef Kossakowski). "Po nocy kilka trupów zawsze wynoszono z cel" (Jan Bojarski). "Na śniadanie kilogramowy bochenek chleba kroiłyśmy na 10 porcji. Przed kolacją inspektor wydawał nam w magazynie chleb na posiłek kolacyjny i na ten posiłek kilogramowy bochenek chleba dzieliłyśmy na 20 porcji" (Jadwiga Dąbrowska). Obiad był nieco "obfitszy". Miskę zupy z brukwi i zgniłych liści kapusty zjadano na wolnym powietrzu, bez względu na porę roku. Dla urozmaicenia oprawcy dawali dwie minuty na spożycie gorącej potrawy. W takich warunkach śmierć zbierała obfite żniwo...

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację
Dowiedz się więcej na temat: Modlin

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne