Reklama

Reklama

Skarb z Pożarzyc

Podczas tych na poły sentymentalnych podróży korzystał z pomocy, jako kierowcy i tłumacza, znanego już nam Thomasa Manfreda z Wrocławia. Z czasem Horst wtajemniczył go też w swoje plany wydobycia skarbu. Ze zrozumiałych względów wiązało się to z licznymi trudnościami. Podstawową była organizacja całego przedsięwzięcia, utrzymanie dość zaawansowanych prac ziemnych w tajemnicy, nie wspominając o obejściu ujętego najprawdopodobniej w planie zaminowania skrytki. Szybko okazało się, że we dwójkę nie podołają takiemu zadaniu, tym bardziej, że jako Niemcy, i jednocześnie obcy, w Pożarzycach zanadto rzucali się w oczy. Koniecznością stało się więc poszerzenie zespołu o zaufane osoby spełniające określone kryteria - czyli kilku Polaków, wśród których miał być co najmniej jeden saper.

Reklama

Naturalnym kandydatem był znany od lat Manfredowi Thomasowi Tadeusz Greń, częściowo wcześniej zaznajomiony przez niego ze sprawą skarbu. Niemiec zapewne jednak nie przewidział, że od jakiegoś czasu jego krewniak współpracował z wrocławską bezpieką, realizując instrukcje opracowane przez funkcjonariuszy tamtejszego kontrwywiadu. Jedną z wytycznych jakie otrzymał, było doprowadzenie do sytuacji, w której Kaiser i Thomas ujawnią mu miejsce ukrycia skarbu. Rzeczywiście po jakimś czasie do tego doszło. Najwyraźniej jednak Niemcy nie zaufali do końca polskiemu partnerowi, gdyż Wrocławianin odniósł wrażenie, iż pokazywana mu żwirownia nie jest właściwym miejscem.

Do Pożarzyc udali się następnie funkcjonariusze SB zweryfikować uzyskane przez Tadeusza Grenia informacje. Ustalili, posiłkując się informacjami mieszkańców, że ok. 1 km od wskazanej wcześniej żwirowni znajduje się jeszcze jedna, z charakterystycznym wielkim głazem, służąca od lat za wysypisko śmieci. Wg opinii śledczych obiekt ten o wiele bardziej pasował na schowek depozytu. Poza tym miejscowi wielokrotnie widzieli, że za każdym razem kiedy Horst Kaiser przyjeżdżał do wsi, udawał się na spacer w jej kierunku. Dotychczasowe ustalenia były więc dla wrocławskiego SB na tyle obiecujące, aby poinformować o sprawie kierownictwo MSW oraz przedsięwziąć kolejne kroki.

Zastępca szefa wrocławskiego WUSW płk Czesław Błażejewski musiał wcześniej uzyskać akceptację przełożonych z centrali. Planował kontynuować grę operacyjną przy wykorzystaniu Tadeusza Grenia, oraz podjąć próbę namierzenia ukrytego depozytu angażując do pomocy Wojewódzki Ośrodek Archeologiczno-Konserwatorski z Wrocławia i saperów Śląskiego Okręgu Wojskowego. Na odpowiedź nie musiał długo czekać. Minister Czesław Kiszczak po zapoznaniu się ze szczegółami sprawy i konsultacjach z Szefem Wywiadu i Kontrwywiadu płk. St. Gronieckim, błyskawicznie, bo zaledwie po 3 dniach, dał zielone światło na dalsze prowadzenie operacji.

Zgodnie z opracowanym planem, Tadeusz Greń miał tak poprowadzić dalsze rozmowy z Thomasem i Kaiserem, aby umożliwić wprowadzenie do grona wtajemniczonych w sprawę wydobycia skarbu podstawionych funkcjonariuszy SB. Zgodnie z ustalonym scenariuszem, podczas kolejnego spotkania wzmocnił ich dotychczasowe obawy i zasiał niepokój. Zwrócił uwagę, że miejscowi, widząc kręcących się w pobliżu żwirowni obcokrajowców mogą zgłosić podejrzane zachowanie przyjezdnych milicji lub wręcz ich przepędzić niwecząc bezpowrotnie możliwość wykopania depozytu. Miał jednak gotowe rozwiązanie...

"W tej sytuacji konieczna jest obecność autentycznego Polaka, czyli naszego źródła, a także wojskowego specjalisty - sapera (...). - opisywał powyższą sytuację w raporcie z 21 IX 1983 dla Czesława Kiszczaka, płk Czesław Błażejewski. - (...) Tę rolę mógłby spełniać "szwagier" źródła /faktycznie podstawiony oficer SB/, major WP, saper, który zabezpieczałby również odpowiedniej wielkości namiot wojskowy ustawiony na miejscu prowadzenia wykopów dla ukrycia wykonywanych prac".

Tym samym sterowany przez SB Tadeusz Greń był w stanie kompleksowo "pomóc" Niemcom. Aby uwiarygodnić intrygę, postawił twardy warunek równego podziału zysków z wydobytego skarbu pomiędzy wszystkich zaangażowanych w sprawę. Manfred Thomas nie mógł samodzielnie podjąć decyzji. Musiał skonsultować się z przebywającym na stałe w Niemczech Horstem Kaiserem. Zdawali sobie sprawę z niedogodności wynikających z poszerzenia kręgu wtajemniczonych, lecz trzeba przyznać, że w zaistniałej sytuacji nie mieli innego wyjścia jak propozycję przyjąć. Zwłaszcza, że składał ją "zaufany" krewniak.

W geście dobrej woli Manfred przyznał się Tadeuszowi Greniowi, że pokazana mu wcześniej żwirownia, nie była miejscem ukrycia depozytu. Poinformował go o charakterystycznym głazie, będącym punktem orientacyjnym właściwej skrytki znajdującej się kilometr dalej. Tym samym, jak pamiętamy, potwierdziły się ustalenia funkcjonariuszy SB pozyskane podczas wizyty w Pożarzycach. Dalsze wspólne działania postanowili odłożyć do momentu przybycia z Niemiec Horsta Kaisera, który miał przywieźć ze sobą sporządzony przez jego ojca plan, precyzujący dokładną lokalizację skrytki i szczegóły jej zabezpieczenia.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne