Reklama

Reklama

Skarb z Pożarzyc

Z-ca szefa wrocławskiego WUSW tylko na to czekał: "W związku z powyższym zabezpieczono na granicy Kaisera i zlecono dyskretną kontrolę celem uzyskania drogą operacyjną kserokopii wspomnianego planu, a także zorganizowano operacyjną kontrolę wymienionych żwirowni, zapewniając sobie dopływ informacji w wypadku interesowania się tymi miejscami osób postronnych".

Reklama

W międzyczasie nic nie stało na przeszkodzie, aby przebadać obie żwirownie sprzętem geofizycznym. Do tych działań został zaangażowany, współpracujący od kilku lat ze specjalną grupą operacyjną MON i MSW poszukującą walorów bankowych III Rzeszy, dyrektor Wojewódzkiego Ośrodka Archeologiczno-Konserwatorskiego Tadeusz Kaletyn. Na zlecenie SB wykonane zostały pomiary obu pożarzyckich żwirowni za pomocą trzech metod: radiometrycznej, magnetycznej i elektrooporowej. Po analizie wyników okazało się, że odczyty anomalii są wielce obiecujące.

"W nowej żwirowni /duża, rozległa/ na dnie wyrobiska jest miejsce o b. silnych anomaliach magnetycznych, które wg oceny naukowca badającego teren mogą być wywołane dużą ilością skrzyń z elementami metalowymi albo innego rodzaju przedmiotów metalowych. Cechą charakterystyczną w tym miejscu jest b. duży kamień ważący około 8-9 ton, który jak ocenia archeolog został tu naniesiony, może stoczony ze zbocza przy pomocy sprzętu mechanicznego. Również w starej żwirowni ujawniono miejsce o nieco słabszych parametrach magnetycznych, komentowanych podobnie, lecz o mniejszej ilości metalu. Zaleganie przedmiotów wywołujące powyższe anomalie ocenia się na głębokości 2-6 metrów pod ziemią".

Tym samym mała, dolnośląska wieś nieopodal Jordanowa Śląskiego wzbudziła żywe zainteresowanie najwyższych kręgów kierownictwa MSW. Zapewne liczono, że wreszcie po kilku latach nieudanych prób odnalezienia pohitlerowskich depozytów, uda się odnieść spektakularny sukces. Przyznajmy - podstawy ku temu były.

23 września 1983 roku została wydana zgoda na wszystkie zaplanowane dalej działania, a więc: "realizację zastosowanych przedsięwzięć operacyjnych dla bieżącej kontroli rozwoju sytuacji wokół wytypowanych i rozpoznanych miejsc" oraz "(...) zgodnie z wcześniejszymi sugestiami Z-cy szefa Wywiadu i Kontrwywiadu płk. St. Gronieckiego użycia saperów Jednostek Nadwiślańskich MSW, celem:

a) potwierdzenia pomiarów na żwirowniach,

b) zabezpieczenia terenu pod względem minerskim,

c) podjęcia wykopów /przy pomocy koparki i spychacza/ dla wyjaśnienia źródeł wywoływania anomalii magnetycznych".

Niestety, nie dysponujemy dokumentem podsumowującym planowaną akcję. Wszystko jednak wskazuje, że w Pożarzycach odbyły się poszukiwania. Dowiadujemy się o tym na podstawie dwóch niezależnych i jakże odmiennych źródeł. Na trop tej sprawy trafiamy w "Planie czynności techniczno-penetracyjnych do zagadnienia krypt. "Skarby"", opracowanym przez z-cę Naczelnika Wydziału II we Wrocławiu mjr. Stanisława Siorka oraz St. Inspektora Wydziału II por. K. Skwarę z 22 lutego 1985 roku. Wymienione jest w nim kilka lokalizacji na Dolnym Śląsku, które oficerowie uznają za najbardziej interesujące i udokumentowane operacyjnie pod kątem poszukiwań pohitlerowskich depozytów.

Wśród nich, obok znanych dzisiaj miłośnikom "skarbowych" tajemnic miejsc jak: "Lubiąż, Karpniki, (...) Szklarska Poręba, Śnieżka, Jelcz, kopalnie wałbrzyskie oraz Kłodzko" wyszczególnione zostały również Pożarzyce. Niestety, nie jest to informacja jaką byśmy chcieli usłyszeć: "W 1983 r. miejsce to przy naszym udziale było częściowo spenetrowane przez saperów z Nadwiślańskich Jednostek MSW. Działania te dały wynik negatywny, nie pozwalający jednak definitywnie stwierdzić, że w omawianym miejscu nie ma wzmiankowanych skrzyń". Czyżby więc koniec historii? Niezupełnie - major Siorek pozostawia pewną nadzieję.

Pożarzyce były i są niewielką wioską oddaloną kilka kilometrów od Jordanowa Śląskiego niedaleko Wrocławia. Obecnie zamieszkuje ją nieco ponad 100 osób, więc istniała spora szansa, że ktoś zapamiętał niecodzienną obecność w latach 80. oddziału wojska. Poza tym ciekawi byliśmy, czy uda się odnaleźć opisywane żwirownie, zwłaszcza, że na terenie jednej z nich zalegał charakterystyczny głaz sporych rozmiarów. Wieś jest naprawdę niewielka, kilka gospodarstw, jedno założenie dworsko-folwarczne z parkiem. Co ciekawe, na niektórych budynkach nadal widoczne są ślady prowadzonych tu w 1945 roku walk.

Z Łukaszem Orlickim chodzimy od domu do domu, wreszcie udaje się złapać właściwy trop. Opowiadamy o Horście Kaiserze, o wojsku i archeologach poszukujących skarbów. Jedna z przemiłych mieszkanek kieruje nas wreszcie do Państwa Turkiewiczów. Jak się okazało, od 1946 roku rodzina ta zajmuje gospodarstwo należące niegdyś do... Kaiserów. Przed domem spotykamy Pana Czesława. Mamy sporo szczęścia, zwykle o tej porze jest w pracy. Przedstawiamy się i rozpoczynamy rozmowę. Szybko okazuje się, że dobrze trafiliśmy.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy