Reklama

Reklama

Spalona składnica w Nowym Kościele

Historia tego miejsca ma wiele wersji, z których każda zawiera sporo zagadek i tajemnic. Najpopularniejsza przytacza informacje o kompletnym zniszczeniu pałacu wskutek działań militarnych w końcowym okresie II wojny światowej. Wielki pożar pałacu miał doszczętnie strawić wszystkie cenne dzieła sztuki zgromadzone tutaj przez właścicieli oraz te przywiezione przez Günthera Grundmanna. Jeśli jednak hipoteza o spaleniu rezydencji nie jest prawdziwa, to może kiedyś, gdzieś, uda się odszukać zaginione skarby...

Dworski ośrodek luteranizmu

Według niesprawdzonych przekazów, na przełomie XI i XII w. znajdowała się tutaj słowiańska osada zwana Sornik. Nowa nazwa miała pojawić się jako wyraz zaakcentowania inicjatywy osadników, którzy w miejscu drewnianej świątyni wznieśli kamienny kościół. Nie wiadomo, kiedy to się stało, bowiem najstarsza pisemna wzmianka o "Nova ecclesia" (z 1228 r.)  wspomina o funkcjonującej już parafii i jej proboszczu, niejakim Arnoldusie.

Reklama

Ponieważ wieś przez długi okres była własnością książąt piastowskich, to pierwsze rody rycerskie pojawiły się nad Kaczawą dopiero na początku XIV stulecia. Zasłużeni dworzanie traktowali "Nowy Kościół" tylko jako dodatkowe źródło dochodów, żaden nie wzniósł tutaj siedziby. Sytuacja miała zmienić się wiosną 1319 r., kiedy nowy właściciel, Bernhard von Zedlitz, wybudował nieopodal świątyni gotycki dwór obronny. Niewielki zamek składał się prawdopodobnie z fosy obronnej, kamiennego muru, kilku drewnianych budynków na dziedzińcu oraz murowanej wieży mieszkalnej.

Nie wiadomo, co było prawdziwą przyczyną, dla której wyznający początkowo wiarę katolicką Sigmund von Zedlitz, kolejny potomek rodu, zaczął interesować się ideologią husycką. Jedna z późniejszych wersji podawała, że jako paź cesarza niemieckiego oglądał w 1415 r. spalenie Jana Husa w Konstancji. Obraz ten miał pozostać w nim do końca życia, a nawet doprowadzić do tego, że został zagorzałym husytą, który "walczył z furią w licznych bojach tego stulecia po stronie śląskiej szlachty husyckiej".

Jednocześnie stał się zawziętym wrogiem biskupa wrocławskiego, któremu podebrał "niejednego księżulka, aby go potem osadzić w lochu zamku Neukirch". Ponoć spektakularne to były widowiska... Każdego "księżulka" prowadzono wcześniej z opuszczoną głową po dworskim ganku zwanym "ścieżką czarownic" (niem. Hexengang), zanim w ciemnej celi niejeden stracił życie.

Stosunek Sigmunda do Kościoła katolickiego miały wyrażać słowa umieszczone nad jednym z zamkowych portali: "Przyjaciel Boga, wróg biskupa wrocławskiego i wszystkich klech". Oczywiście, takie postępowanie w tamtym okresie było nader niebezpieczne i mogło zakończyć się nawet śmiercią! Szczęście i zdrowie jednak sprzyjało Sigmundowi. Nie dość, że spłodził... 27 dzieci, to jeszcze doczekał 111. roku życia!

Sędziwego wieku dożył również jego jedyny syn Georg, który zmarł w wieku 108 lat. Podobno, tak jak ojciec, był wyznawcą husytyzmu. Wpływowy dziedzic[1] uznał zapewne, że posiadana władza i pieniądze uchronią całą rodzinę przed prześladowaniami. Niewykluczone, że w rzeczywistości obaj Zedlitzowie nie byli husytami, a jedynie ogólnie utyskiwali na rozwijający się od czasów awiniońskich fiskalizm kościelny oraz gorszący tryb życia duchowieństwa, nader często goniącego za dodatkowymi beneficjami.

Nie powinno zatem dziwić, że istotna zmiana w życiu Georga von Zedlitza nastąpiła tuż po pojawieniu się na arenie dziejów Marcina Lutra. Ten ostatni, swym wystąpieniem 31 X 1517 r. w Wittenberdze, znacząco wpłynął na pojawienie się masowego ruchu dążącego do zmian w kościele katolickim. Popularniejszy z każdym miesiącem luteranizm[2] do tego stopnia zainteresował ówczesnego właściciela podkaczawskiej wsi, iż postanowił on napisać list do niemieckiego reformatora.

Pytał w nim, czy jest on tym, którego nadejście zapowiedział na stosie mistrz Jan Hus. Luther miał odpowiedzieć: "Tylko Bóg to raczy wiedzieć", po czym wysłał do dóbr v. Zedlitza Melchiora Hofmanna, który 12 września na przebudowanym dworze wygłosił pierwsze na Śląsku kazanie protestanckie!

Uczniowi Lutra miejsce to spodobało się na tyle, że postanowił osiąść tu na stałe i co kilka dni wygłaszać swe mowy do osób zgromadzonych w największej sali bądź na dziedzińcu. Pamiątką po jego pobycie była kamienna kolumna, z której rozbrzmiewały pierwsze kazania. W 1522 r. Melchior oficjalnie objął parafię oraz niewielkie dobra w Nowym Kościele, które podarował mu miejscowy dziedzic. Niezwykłą i w zasadzie jedyną materialną pamiątką po pobycie we wsi pastora jest zachowany w dobrym stanie fragment dawnego nagrobka.

Wiele szczęścia miał także słynny obraz z Neukirch, pt. "Alegoria Zreformowanego Kościoła", którego od lat 30. XVI w. odwiedzało rokrocznie tysiące osób z całego Śląska: "Przedstawienie symbolizuje zreformowany przez Lutra Kościół, w którym kazanie (słowo boże) jest źródłem wiary, a wiara - jedynym warunkiem zbawienia. Poszczególne grupy wyobrażają: współczesnych szlachciców z Georgiem von Zedlitz, głośnym działaczem protestanckim na czele, słuchających kazania Lutra; grupę proroków Starego Testamentu przy kazalnicy; spowiadającego Melanchtona, przy którym powtórzona jest postać v. Zedlitza" - czytamy w katalogu wystawy z 1967 roku.

"Napisy w zwieńczeniu architektury odnoszą się do scen w pejzażowym widoku górnych części obrazu: »Zmartwychwstania« i »Ukrzyżowania«; to ostatnie przedstawienie zaczerpnięte jest ze schematu »Tablicy Prawa i Łaski«: krew Chrystusa spływa bezpośrednio do kielicha stojącego na płycie grobowej, która zgniata symbole grzechu i śmierci duchowej" - kończy swój opis dr Bożena Steinborn.

Niecodzienny obraz przetrwał m.in. dlatego, że jeszcze przed wybuchem II wojny światowej został umieszczony we wrocławskim Muzeum Archidiecezjalnym. Chcąc mieć pewność, że nadal można go tam zobaczyć, wysłałem pytanie do dyrektora muzeum. Niespodziewanie szybko dostałem odpowiedź: "W odpowiedzi na Pana pismo uprzejmie informuję, że wspomniany obraz jest eksponowany w naszym muzeum, ale w najbliższym czasie zostanie wypożyczony na wystawę do Legnicy. Z wyrazami szacunku, ks. prof. Józef Pater".

Nie będę ukrywał, że chętnie skorzystam z możliwości obejrzenia tego dzieła sztuki.

Skarby rodzinne i wojenne

Według publikacji pochodzącej z początku XX w., w rozbudowanym renesansowym dworze nad Kaczawą trzymano m.in. "skórzany kufel, zdobiony srebrem", który Heinrich von Zedlitz (zm. 1510), będąc pielgrzymem, używał w Ziemi Świętej. Poza szeregiem portretów rodzinnych powieszonych w wielu komnatach, kilka umieszczono w reprezentacyjnym krużganku udekorowanym dodatkowo kamiennymi detalami. Sporą uwagę gości przykuwały również "dwa kaftany, haftowane złotem i srebrem". Według późniejszego przekazu otrzymał je w 1529 r. Christoph von Zedlitz - z rąk przywódcy osmańskiego Sulejmana. Doprowadzony bowiem przed oblicze sułtana, miał ocalić swe życie w zamian za wyjawienie ile wojsk posiadają obrońcy Wiednia.

Inna wersja tej historii podaje, że 25 września, kilkanaście kilometrów od miasta, doszło do potyczki, podczas której muzułmańskie wojska rozbiły 500-osobowy oddział dowodzony przez v. Zedlitza. Zdając sobie sprawę, że jego żołnierze nie zdołają pokonać wroga, kazał odesłać większość z żyjących, do obrony stolicy, sam zaś, z małą grupą rycerzy, zdecydował się pozostać na miejscu, aby opóźnić pościg. Mimo mężnie stawianego oporu, w końcu musiał ulec wyznawcom Allaha. Pojmany, wsadzony w swej zbroi na osła, został doprowadzony do tureckiego obozu, gdzie... z honorami przywitał go basza. 

Jego ogromne zainteresowanie wzbudziło ciężkie uzbrojenie chrześcijańskiego rycerza. Po jakimś czasie przyprowadzono konia i poproszono v. Zedlitza, by dał im próbkę swych umiejętności. Turcy z wielkim zaskoczeniem mieli oglądać, jak śląski feudał popisywał się na koniu; pędził przez majdan, obracał się i galopował z powrotem... w owej ciężkiej zbroi. Po uzyskaniu poważania wśród zgromadzonego tłumu, basza zaprosił rycerza do swego namiotu, gdzie poczęstował go jedzeniem i winem. Ofiarował mu także czerwony, jedwabny kaftan turecki. Po zakończeniu oblężenia Wiednia i wycofaniu się wojsk muzułmańskich, basza miał uwolnił Christopha, ofiarowując mu na pożegnanie sto drobnych monet oraz jeszcze jeden strój turecki.

Jak było naprawdę, nie wiadomo...

Pewniejsze są za to informacje dotyczące 1532 r., kiedy Turcy powrócili pod Wiedeń. Wówczas to Christoph von Zedlitz stanął na czele wojsk konnych księstwa świdnicko-jaworskiego. Po zakończonej kampanii otrzymał nawet przydomek "Türkenkämpfer", jednak długo się nim nie nacieszył. 24 III 1533 r. zmarł niespodziewanie we Wrocławiu. Spoczął w kościele św. Elżbiety.

Tymczasem w XVI w. nad Kaczawą kolejni właściciele wsi oraz poszczególni pastorzy dążyli do przejęcia katolickiej świątyni. Powód był prosty. We wsi znajdował się tylko katolicki kościół, a liczba wiernych drastycznie się zmniejszała. Z każdym bowiem rokiem kolejni mieszkańcy przechodzili na ewangelicyzm.

W okresie wojen 30-letnich sakralna budowla stała się do tego stopnia pożądana przez oba wyznania, że w 1628 r. obwarowano stary kościół! Otoczono go kilkumetrowym, owalnym murem ze strzelnicami i dużą, dwukondygnacyjną bramą z półkolistym prześwitem ujętym w kamienne obramowanie. Po zakończeniu wojny (1648), wprowadzona rekatolizacja nie pomogła świątyni, a wręcz przeciwnie, doprowadziła do tego, że kościół zaczął popadać w ruinę.

W latach 50. i 60. XVII w. zadłużone dobra przeszły na krótko w ręce rodu v. Falkenhain. Po powrocie do wsi rodziny v. Zedlitz mijające dekady nie przyniosły wielkich zmian w życiu mieszkańców oraz funkcjonowaniu majątku. Sporą nowością było dopiero wzniesienie w latach 1743-17 49 zboru ewangelickiego oraz wznowienie eksploatacji rud miedzi. Ponieważ była to w owym czasie jedna z najbardziej dochodowych wsi na Pogórzu Kaczawskim, musiało się to przekładać na wzrost wartości dóbr ruchomych przechowywanych w pałacu. Posiadanie siedziby w Nowym Kościele było dla jej właścicieli tak nobilitujące, iż wkrótce zaczęli już na stałe dodawać do nazwiska nazwę wsi. Jednym z nich był żyjący w drugiej połowie XVIII w. starosta jeleniogórski, baron Otto Fridrich von Zedlitz-Neukirch.

Licytacja i skrytka Grundmanna

Nie wiadomo, czy pałac został złupiony przez wojska francuskie, które pojawiły się we wsi na wiosnę 1807 roku. Po zakończeniu kampanii napoleońskiej właścicielem dóbr w Nowym Kościele był starosta świerzawski, baron Wilhelm Konrad von Zedlitz-Neukirch. Niewykluczone, że to właśnie on dokonał przebudowy pałacu nadając mu cech neogotyku z detalami o konstrukcji szachulcowej. Była to rozczłonkowana budowla, częściowo otoczona dawną fosą i stawem oraz ozdobnym parkiem.

W takiej właśnie formie pałac przetrwał do 1930 r., kiedy ówczesny właściciel i zarazem niemiecki oficer Gottlieb Heinrich von Zedlitz und Neukirch postanowił pozbyć się części wyposażenia w drodze licytacji. Stąd też przygotowano specjalny katalog składający się ze skrótowej historii rezydencji oraz posiadanych zbiorów. 

Osobno dodano kilkanaście zdjęć ilustrujących poszczególne pomieszczenia i ich wyposażenie. W sumie do sprzedaży przeznaczono ponad 400 eksponatów, pochodzących z różnych epok i wykonanych w rozmaitych stylach.

We wstępie kilkunastostronicowej publikacji, czytamy: "Najstarsze sztuki sięgają czasów Georga von Zedlitz, jak znaczący i bogaty kaftan z włoskiego aksamitu, niezwykła rzadkość oraz epitafium obrazowe w bogatych ramach barokowych. Z początku XVIII wieku pochodzi spora ilość barokowych mebli, pochodzących w dużej części z Dolnego Śląska i Brunszwiku (liczne komody, holenderskie gabloty, sekretery o różnych formach, szafy i meble do siedzenia). Z nowszego czasu pochodzą francuskie meble w stylu Ludwika XVI i empire. W tym samym czasie wyposażono zamek w zbiór perskich dywanów, które są znakomitej jakości i świetnie zachowane, mogące sprostać najwyższym wymaganiom. Dywany mają w większości 80-100 lat, przy tym są niezwykle wypielęgnowane i w różnych wariantach, z wełny i jedwabiu. Szczególnie cenny, jako wielka rzadkość, jest jedwabny dywan o kompozycji przypominającej relief. Do szczególnie cennych artystycznie przedmiotów zaliczają się liczne srebrne kandelabry w stylu empire, berlińskie empirowe filiżanki (m.in. z reliefową dekoracją-portretem królowej Luizy) i wieloczęściowy serwis jadalny z berlińskiej porcelany. Z innych zbiorów, dopełnieniem są wytworne przedmioty, jak wspaniała barokowa tapicerka z Aubusson, czy znakomicie wykonane: stylowe meble różnych epok, szafy, zestawy, pojedyncze meble oraz artystyczne dzieła - piękne włoskie brązy renesansowe, wśród których jest »Odpoczywający Herkules«, wykonany w kręgu szkoły Giovanniego da Bologna".

Nie wiadomo, ile z kilkuset wystawionych do licytacji eksponatów zostało sprzedanych, a ile pozostało w pałacu pod koniec 1934 r., kiedy to 80-letni Heinrich von Zedlitz, honorowy Rycerz Zakonu Świętego Jana, po stracie swej drugiej żony Natalie z domu von Bredow, przeniósł się na stałe do Nowego Kościoła. Tymczasem jego syn Eberhard zaczął robić karierę w Luftwaffe, gdzie doczekał się stopnia podpułkownika (1942). Nie wiadomo, z którym z nich rozmawiał dolnośląski konserwator Günther Grundmann, gdy postanowił umieścić w dobrach Zedlitzów pokaźne zbiory. Jeśli rozmowa miała miejsce przed 14 XI 1943 r., wówczas zgodę wydał Heinrich. Po jego śmierci majątek objął oficjalnie jego ostatni syn (wcześniej zmarło trzech), który po pogrzebie wrócił do swych obowiązków realizowanych z dala od Dolnego Śląska. Nic dziwnego, że w opuszczonym pałacu ulokowano kolejne skrzynie ze skarbami, które zapewne dostarczono do Neukirch koleją.

Szukając odpowiedzi, co takiego sprowadzono do podkaczawskiej wsi, warto sięgnąć do powojennej publikacji poświęconej losom ruchomego mienia kulturalnego i artystycznego na Dolnym Śląsku w czasie drugiej wojny światowej:

"Ta ważna składnica zaszyfrowana literą »E« spłonęła razem ze zbiorami w czasie działań wojennych, co stwierdził Kieszkowski w czasie pierwszej podróży zwiadowczej w sierpniu 1945. Zawierała ona obok zbiorów muzealnych również zbiory prywatne z Wrocławia. Nie wiemy, jak wielkie były zbiory w tej składnicy. Nie wiadomo też, jakiego rodzaju zbiory zostały tu przywiezione z Borowej w grudniu 1944 ze zlikwidowanej tam składnicy »F«" - pisał przed laty autor tego opracowania, Józef Gębczak.

Czytając ten fragment można by uznać, że to bardzo niewiele. Tymczasem w innym fragmencie cytowanej publikacji odnaleźć można dodatkowe dane o tym, że poza miejskimi i prywatnymi zbiorami sztuki z Wrocławia, do Nowego Kościoła zwieziono dokumenty i cymelia z Archiwum Państwowego oraz Biblioteki Miejskiej we Wrocławiu. Kolejnym krokiem jest informacja o sprowadzeniu do rezydencji Zedlitzów eksponatów zgromadzonych w pałacu w Borowej Oleśnickiej:

"Bohrau. [Była tutaj] składnica Miejskich Zbiorów Sztuki z Wrocławia i zbiorów z ratusza wrocławskiego - twierdzi Józef Gębczak. - W miarę zbliżania się frontu (...) 7 grudnia 1944 zapadła decyzja, dość spóźniona, rozparcelowania zbiorów z Borowej między 5 składnic na lewym brzegu Odry". Jedną z nich był pałac w Nowym Kościele.

Zdaniem pracowników Muzeum Narodowego we Wrocławiu, ulokowano tutaj coś jeszcze: fragmenty Ołtarza św. Barbary, portrety Hessa i Rybischa, "Ostatnią Wieczerzę" z 1537 r., kryptoportrety elity Wrocławia oraz większą część "galerii sławnych" autorstwa Thomasa Rehdigera!

Przetrwały nie tylko pergaminy!

Gębczak, jak sam stwierdził, oparł swą wiedzę o pożarze pałacu wyłącznie na słowach Witolda Kieszkowskiego, który publicznie wypowiedział się o tym miejscu w 1948 roku: "Z mniejszych składnic wymienić należy zamek w Kościelisku (Neukirch, pow. Złotoryja), spalony wraz ze zbiorami w czasie działań wojennych".

Lakoniczny przekaz oraz późniejsze wydarzenia mogą świadczyć o tym, że "naczelny rewindykator" szybko opuścił to miejsce, i chyba nie znalazł czasu na przeprowadzenie dokładniejszych poszukiwań. Czy naprawdę nie było warto?

Przyjęło się uważać, że pałac został spalony podczas działań w lutym 1945 roku. W efekcie, po zakończeniu wojny, pierwsi osadnicy i szabrownicy zastali tylko resztki murów. Wiele jednak na to wskazuje, że pałac został trafiony jednym lub kilkoma pociskami artyleryjskimi, co spowodowało uszkodzenie dachu i kilku ścian. Niewykluczone też, że część rezydencji faktycznie została strawiona przez ogień, ale raczej doszło do tego wskutek późniejszego zaprószenia ognia - prawdopodobnie przez żołnierzy radzieckich. Może dlatego Günther Grundmann w swej powojennej publikacji o rezydencjach na Śląsku ani jednym słowem nie wspomina o pożarze rezydencji pod koniec wojny. Twierdzi jedynie, że pałac w Nowym Kościele został "zniszczony w 1945 roku". O tym, że wiele pomieszczeń przetrwało po wojnie wspominają również świadkowie, z którymi miałem możliwość się spotkać.

Dokumentem potwierdzającym tę hipotezę, jest "ankieta Ministerstwa Kultury i Sztuki w sprawie sposobu użytkowania budowli zabytkowych - podworskich", na którą natrafiłem w legnickim Oddziale Archiwum Państwowego. Wypełniona 30 III 1948 r. w Nowym Kościele jasno daje do zrozumienia, że budynek nadawał się do remontu. Według udzielonych odpowiedzi, uszkodzony podczas działań wojenny neogotycki pałac posiadał "stojące mury", które w części składały się z zabudowy murowano-szachulcowej. Obiekt był jednopiętrowy, wewnątrz znajdowało się 12 sal, a część pomieszczeń "wyłożono glazurą podobną do białych kafli".

Łącznie kubatura budynku wynosiła 2700 m sześc. W miejscu dotyczącym właściciela i użytkownika, wpisano: "Zarząd Państwowych Nieruchomości Ziemskich". Przedstawiciele lokalnej władzy stwierdzili ponadto, że zabytek nie jest użytkowany w sposób właściwy. Proponowali, że należy pałac przekazać na rzecz Zarządu Gminy celem utworzenia w nim Ośrodka Zdrowia. Na koniec dodano, iż do tej pory obiekt nie został wpisany do rejestru zabytków.

Kolejnym dowodem na to, że po starej rezydencji nie zostały jedynie zgliszcza, niechaj będzie niezwykłe wydarzenie opisane w latach 50. na łamach "Nowin Jeleniogórskich":

"W naszym nieco zbiurokratyzowanym sposobie życia nie można znaleźć odpowiednika na określenie jego zawodu. Historyk? Etnograf? Te określenia nie są pełne. A przecież w ankiecie nie można napisać »odkrywca«, choć to byłoby najodpowiedniejsze określenie. (...) Owa pasja odkrywcza Tadeusza Stecia rozpoczęła się w połowie 1946 roku. (...) [Wkrótce potem] przyszło pierwsze zlecenie Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego na opracowanie przewodnika po Sudetach. Zaczęło się żmudne kompletowanie dokumentów, zabezpieczanie dawnych akt itp. Były i takie wypadki jak ten, gdy zaalarmowany sygnałami o niszczeniu dokumentów przyjechał do zamku rodowego Zedlitzów w Nowym Kościele. Z dużym zadowoleniem stwierdził, że w spalonym doszczętnie zamku ocalał jeden pokój, ten właśnie, w którym mieściło się rodowe archiwum. Niestety, obozujący w pobliżu harcerze przemieszali je na groch z kapustą. Pan Steć oburzył się i zrobił awanturę. Komendantura obozu uspokoiła go stwierdzeniem, że i tak najcenniejsze dokumenty pisane na skórze... zaginęły, że rozebrali je między siebie okoliczni chłopi i zrobili z nich... portfele".

Po żmudnych poszukiwaniach mających na celu potwierdzenie tej mało wiarygodnej historii, udało mi się odszukać pismo Prezydenta Jeleniej Góry z 24 X 1949 r. wysłane do Archiwum Państwowego we Wrocławiu:

"Zawiadamiam, iż na zamku w miejscowości Nowy Kościół (Neukirch) obok Świerzawy znajdowało się ukryte archiwum prywatne rodziny Zedlitz. W piwnicy zamku pozostały do dziś jeszcze resztki tegoż archiwum: rozsypane papiery i sznurki po pieczęciach. Z dokumentów pergaminowych młodzież robiła portfele".

Dzięki temu wiemy już dokładnie, w jakim roku miało miejsce to wydarzenie. Nie bez znaczenia są także dodatkowe informacje o tym, że wojenną zawieruchę przetrwało archiwum  z cennymi dokumentami, niszczonymi pod koniec lat 40. przez okoliczną młodzież. Dorosłych osadników interesowały przecież cenniejsze przedmioty, aniżeli "jakieś niemieckie papiery". 

Meble, naczynia, sztućce itp. znikały w pierwszej kolejności... Przetrwanie archiwum i licznych dokumentów dowodzi również tego, że pałac nie został "doszczętnie spalony". Z kolei informacje o pergaminach i sznurkach z pieczęciami świadczą o tym, że sprawnie przeprowadzona akcja rewindykacyjna mogła zakończyć się zdobyciem wielu cennych, kilkusetletnich dokumentów, niejednokrotnie ważnych m.in. dla dziejów Dolnego Śląska. Szkoda zatem, że zabrakło na nią czasu ekipie Witolda Kieszkowskiego.

Obecnie w miejscu pałacu jest tylko niewielkie wzniesienie, na którym znajduje się pasieka. Sztuczny nasyp w wielu miejscach posiada wyraźne ślady dawnej zabudowy, a w starej fosie nadal znajduje się woda. Chodząc wokół miejsca, gdzie stał niegdyś pałac, można dostrzec stary i rozpadający się mur, oddzielający park od zabudowań folwarcznych. Pozostały za to XIX-wieczne filary będące smutną pamiątką po ozdobnej bramie. 

Tuż obok, pod drzewem, znalazłem jeden z ostatnich rzeźbionych detali kamieniarskich. Stary fragment balustrady "robi teraz za ławeczkę" dla miejscowych pijaczków. Zresztą porozrzucane obok puszki i butelki są niemal wszędzie. I pomyśleć, że kilkadziesiąt metrów dalej znajduje się 270-letni kościół i dom parafialny, powstałe dzięki hojności bogobojnego właściciela pałacu...

Z ostatniej chwili: W marcu 2014 roku udałem się do Nowego Kościoła, gdzie spotkałem starszą już wiekiem Panią Genowefę (prosiła o anonimowość), która sprowadziła się do wsi z rodzicami w 1952 roku. Opowiedziała mi m.in. o tym, jak w dzieciństwie często chodziła z dziećmi bawić się do zniszczonego pałacu. Do dziś pamięta wysoką wieżę z okrągłymi schodami, po których dzieci często biegały do góry i w dół, "aż im się w głowach kręciło". Potwierdziła, że obok pałacu czasem rozbijano obóz harcerski.

Jeszcze ciekawsze jest to, że w pobliżu pałacu był tunel, który biegł w kierunku Ostrzycy! Nieraz wchodziła tam z kolegami Wasylem i Rudolfem, jednak z powodu ciemności bała się iść głębiej. Pamięta także, iż tunel miał niski strop, bo jako dziecko musiała nieco schylać głowę. Jakie tajemnice kryje ów tunel? To temat na zupełnie inną opowieść, poprzedzoną oczywiście odpowiednią wyprawą...

Szymon Wrzesiński

Autor dziękuje ks. prof. Józefowi Paterowi oraz Pani Małgorzacie Stankiewicz za pomoc w przygotowaniu artykułu. Wykorzystane cytaty pochodzą z dokumentów przechowywanych w Archiwum Państwowym we Wrocławiu, prywatnych zbiorów autora oraz prac wymienionych w poniższej bibliografii.

Z cyklu "Kulisy rewindykacji na Dolnym Śląsku" ukazały się: cz. 1 "Składnica Paulinum", "Odkrywca" nr 1/2014; cz. 2 "Zaginione dzieła z Biedrzychowic" nr 2/2014; cz. 3 "Opróżnianie pałaców w Kunowie i Stadniskach" nr 3/2014.

Przypisy:

1 Rodzina v. Zedlitz od XIV w. pełniła najwyższe urzędy m.in. na dworze książąt świdnicko-jaworskich.

2 Zapoczątkowana w 1517 r. reformacja bardzo szybko i stosunkowo łatwo przyjęła się na ziemi śląskiej. Sprzyjały temu wcześniejsze ruchy religijne beginek, begardów i waldensów oraz ruch husycki. W 1518 r. ukazały się we Wrocławiu pierwsze kazania Lutra o odpustach i łasce, a w 1519 r. zaczęto drukować jego następne kazania i dysputę lipską. Por. ks. dr hab. J. Pater, "Z dziejów Archidiecezji Wrocławskiej" - www.archidiecezja.wroc.pl

Literatura:

1. J. Gębczak, "Losy ruchomego mienia kulturalnego i artystycznego na Dolnym Śląsku w czasie drugiej wojny światowej", Wrocław 2000

2. G. Grundmann, "Burgen, Schlösser und Gutshäuser in Schlesien", Weidlich 1982.

3. Malarstwo Śląskie 1520-1620, Wrocław 1967

4. Malarstwo Śląskie 1520-1800, Wrocław 2009

5. "Pamiętnik Związku Historyków Sztuki i Kultury", Warszawa 1948

6. Sz. Wrzesiński, "Skarby III Rzeszy i rewindykacja na Ziemiach Odzyskanych", Warszawa 2014 (w druku).

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje