Reklama

Reklama

Tajemnice bolesławieckiego UB

Świadkowie

Reklama

Cała sprawa dotycząca bolesławieckiego Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego rozpoczęła się od przekazanej przez nieżyjącą już P. Martę Żymigałę relacji, w której opisała swój pobyt w areszcie, przesłuchania i nieludzkie warunki jakie tam panowały. Przez długi czas nikt z żyjących do dzisiaj świadków nie decydował się na przekazywanie kolejnych świadectw. Prawdopodobnie było to spowodowane obawą przed ujawnieniem niewygodnych dla kilku żyjących jeszcze funkcjonariuszy spraw. Poprzestawano jedynie na słowach poparcia kierowanych pod adresem do człowieka, dzięki któremu cała sprawa została ujawniona, stale współpracującego z redakcją "Odkrywcy" badacza historii Zdzisława Abramowicza. Programy telewizyjne emitowane z jego udziałem w telewizji lokalnej, publikacja w "Odkrywcy", która dotarła do żyjących za zachodnią granicą, niemieckich świadków, artykuły w lokalnej prasie, oraz zorganizowana w międzyczasie wystawa IPN-u zaczęły dawać rezultaty. Z Niemiec nadeszła pełna relacja Niemki, która została zatrzymana i przesłuchiwana w przepełnionym więzieniu. Piętnastoletnia wówczas Hildegarda Möbius została aresztowana w 1946 roku, podczas przymusowej eksmisji z miejsca zamieszkania przeznaczonego do zasiedlenia przez polskich osadników z Kresów. Przewieziono ją do PUBP, gdzie została umieszczona w jednej z niewielkich, ciemnych, podziemnych cel wraz z czterema innymi kobietami. - Leżałyśmy na kamiennej posadzce, a do załatwiania potrzeb fizjologicznych miałyśmy tylko duże, blaszane wiaderko bez pokrywy. Mogłyśmy je opróżniać raz w tygodniu (...) codziennie byłyśmy przesłuchiwane i poniżane - wspomina w swojej relacji. - Chcieli nam wmówić, że należymy do tajnej organizacji, o której nic nie wiedzieliśmy. (...) Chcieli nas po prostu zabić, takie było ich założenie. Dużo ludzi zmarło w piwnicach, a potem zostało wrzuconych do dziury, którą później zasypano. Niektórzy byli wyprowadzani z cel i już do nich nie wracali, a my nie wiedzieliśmy, co się z nimi stało. Hildegarda Möbius miała dużo szczęścia, po prawie rocznym pobycie w areszcie, przejściu tyfusu została wypuszczona. Przy zwolnieniu wyraźnie zakomunikowano jej, aby nigdy nawet najmniejszym słowem nie ważyła się wspomnieć o swoim pobycie w ziejących grozą pomieszczeniach ubeckiego urzędu. Co ciekawe, takie ostrzeżenia kierowano do każdego ze zwalnianych więźniów. Funkcjonariusze musieli już wtedy zdawać sobie sprawę, że nawet biorąc pod uwagę "surowe" zasady walki z "reakcją" i "Werwolfem", ich postępowanie było karygodne. Odnosiło się ono zarówno do aresztowanych Niemców, których złe traktowanie jeden z byłych funkcjonariuszy w rozmowie z autorem usprawiedliwiał zemstą za drugowojenne niemieckie zbrodnie, jak i Polaków oskarżanych głównie o "bandytyzm". Taki był również przypadek zatrzymanego w maju 1946 roku Jana Ursela. Po przewiezieniu go do budynku UB, funkcjonariusze rozpoczęli przesłuchiwania w sprawie przynależności do "bandy" i mordów jakie miał popełnić. Wystraszonego, młodego człowieka zamknięto następnie w jednej ze znajdujących się w piwnicy cel. W ciasnym pomieszczeniu znajdował się tylko jeden człowiek, nieznany mu Niemiec, który wyjaśnił mu, że "siedział za Hitlera, a teraz siedzi za Stalina i w dalszym ciągu nie ma pojęcia za co". Po spędzeniu nocy na zimnej podłodze w towarzystwie współwięźnia, skierowano go na kolejne przesłuchania. Przechodząc pod eskortą strażnika, mógł zobaczyć rzeczywiste oblicze Urzędu Bezpieczeństwa. W pamięci utrwalił mu się m.in. widok wleczonego przez funkcjonariuszy UB więźnia, z nienaturalnie spuchniętymi nogami. Towarzysz niedoli wyjaśnił mu później, że jest to bardzo częsty widok i wynik niemal standardowej procedury bicia w stopy. Jan Ursel, którego dzięki interwencji swojej znajomej, działaczki PPS, wypuszczono po zaledwie jednej dobie, doskonale zapamiętał wszystkie szczegóły swojego krótkiego pobytu w areszcie.

Podczas wizji lokalnej odbytej w listopadzie br. natychmiast rozpoznał pomieszczenie, które jeszcze dzisiaj posiada oryginalne stalowe drzwi. Obydwie relacje, niezwykle cenne, pochodzące bowiem bezpośrednio od naocznych świadków, uzupełniane są już kilkunastoma świadectwami wtórnymi, przekazywanymi przez dzieci więzionych tu niegdyś ludzi. Cała historia związana z bolesławieckim urzędem bezpieczeństwa wydzierana jest z ludzkiej pamięci z wielkim trudem, i nie chodzi tu tylko o nieliczne protesty ludzi związanych z dawnym aparatem bezpieczeństwa zaprzeczającym funkcjonowaniu katowni, ale również często z niechęci do wspominania tamtych zbrodni, nie popełnionych przez niemieckiego okupanta, ale przez funkcjonariuszy urzędu, nad którym powiewała biało-czerwona flaga.

Dowiedz się więcej na temat: robotnicy | świadkowie | Gestapo | szczątki | Bolesławiec | tajemnice | IPN

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy