Reklama

Reklama

Taka spokojna, górska wieś Hain

Przesieka leży w Karkonoszach, na przeszło dwustumetrowej różnicy poziomów. Górna część wsi sięga blisko 700 m n.p.m. Gdzieś pośrodku, przy wijącej się pod górę drodze jest ciekawe miejsce. Na początku XX w. posadzono tu dąb pokoju. Teraz stoi tu pomnik. Napis białą farbą informuje, że to ku pamięci bohaterów poległych za wolność i demokrację. Pewnie polskich, bo napis jest po polsku. Tylko szczegółów o kogo chodzi, brak. Jedynie nieliczni wiedzą, że pomnik ów jest "przerobionym" pomnikiem niemieckim - ku chwale poległych w czasie I wojny światowej. Przy większej dociekliwości zauważyć można, że na jednym z kamieni tworzących rozbudowany postument pomnika widnieje napis: "Matejkowice 22 lipiec 1946 r.".

Ta górska wieś z chwilą zakończenia wojny nadal nosiła niemiecką nazwę Hain. Choć pierwszą, doraźną próbą zmian nazw miejscowości Dolnego Śląska było obwieszczenie Pełnomocnika Rządu RP na Okręg Administracyjny Dolnego Śląska z dn. 11 VI 1945 roku w sprawie polskich nazw miejscowości. Ukazało się ono w Biuletynie Urzędowym Nr 1 Generalnego Pełnomocnika dla Ziem Odzyskanych z 19 VI 1945 r. W rozdziale "Rejencja Lignicka"(!) podano nazwy niemieckie miejscowości i tylko niektóre odpowiedniki polskie. Pod Karkonoszami na 58 niemieckich nazw, w pierwszym podejściu przypisano zaledwie 18 nazw polskich. Wieś Hain nie miała szczęścia i polskiego odpowiednika. Za kilka tygodni miało się to zmienić, kiedy zrobiło się o niej głośno w całej Polsce. Wtedy Hain stała się Matejkowicami.

Reklama

Nazwy zaczęto używać na pamiątkę odnalezienia tu trzech płócien Jana Matejki, ukrytych przez Niemców. Poszło o umieszczone w drewnianych skrzyniach obrazy: "Batory pod Pskowem", "Rejtan" i "Unia Lubelska". "Rejtan" miał wymiar 282×487 cm, "Unia Lubelska" - 298×512 cm, zaś "Batory" - 322×545 cm. Z tym ostatnim było najgorzej, bo złożony był "w kostkę" aż na 18 części. Odnalazła je ekipa poszukiwawcza profesora Stanisława Lorentza. No właśnie - odnalazła czy natrafiła? W literaturze o poszukiwaniach utraconych przez Polskę dzieł sztuki, wspomniane obrazy Matejki należą do tych, które wymienia się jednym tchem jako spektakularny sukces poszukiwawczy warszawskiej grupy historyków sztuki. Jednak w samej Przesiece funkcjonują dziś na ten temat różne opinie, jak to rzeczywiście z tymi obrazami było. Przeanalizujmy zatem po kolei.

Wersja pierwsza - efekt dobrze zjedzonego obiadu

Już w maju 1945 r. prof. Stanisław Lorentz, będący przedstawicielem Ministerstwa Kultury i Sztuki w randze Dyrektora Muzeów i Ochrony Zabytków, wyruszył na południe Polski, by spenetrować Opolszczyznę oraz Śląsk Górny i Dolny. Przebywając na Dolnym Śląsku, trafił do Kotliny Kłodzkiej. Był początek lipca. Jedną z miejscowości Kotliny było Rukers (polskie Rucewo, późniejsza Szczytna). Miejscowość ta - wg listy Grundmanna, historyka sztuki i niemieckiego konserwatora zabytków Prowincji Dolnośląskiej - była jednym z istotnych miejsc ukrycia znacznej ilości dzieł sztuki. Przebywająca tutaj grupa Lorentza miała za zadanie zabezpieczenie i przewiezienie w bezpieczne miejsce znalezionych zabytków.

1 lipca 1945 r. pierwszym polskim burmistrzem w Rucewie został Jerzy Lisowski. Jak zapisano w kronice miasta, już po pięciu zaledwie dniach swego urzędowania, nowy burmistrz podejmuje znamienitych gości z Ministerstwa Kultury i Sztuki, wydając na ich cześć w tutejszym pałacu iście królewski obiad. Kroniki podają również skład biesiadników: radziecki komendant ówczesnego Kladzka (późniejszego Kłodzka) pułkownik Markin, inż. porucznik Zygmunt Bratkowski - komendant (wówczas Kladzka) z ramienia Wojska Polskiego, podpułkownik Gizejewski - późniejszy wojskowy komendant Kłodzka. No i goście z Warszawy - prof. dr Stanisław Lorentz, por. Izabella Czajka-Stachowicz jako dowódca oddziału, stanowiącego osłonę grupy rewindykacyjnej, Jerzy Szabłowski - inwentaryzator narodowych zbiorów muzealnych oraz, m.in. kilkunastu oficerów i podoficerów armii radzieckiej. Kanistrami lał się spirytus, dostarczony przez Rosjan.

Na stole był również szampan. Podczas obiadu inżynier Bratkowski opowiedział samemu Lorentzowi, że w miejscowości Hain, pod Jelenią Górą, w restauracji Waldschlösschen znalazł kilka skrzyń, na których znajdowały się napisy "Museum der Stadt Warschau" i kilka skrzyń z obrazami Matejki. Relacja była tak niewiarygodna, że podejrzewano, iż wpływ na jej treść miał wypity alkohol. Nazajutrz Lorentz ze swoją ekipą pojechał pod wskazany adres.

Mocna strona tej wersji - to polska wojskowa obecność w jeleniogórskiem (a więc i w Hain), a później w Kotlinie Kłodzkiej. Trzeba pamiętać, że tuż po zakończeniu działań wojennych, w czerwcu 1945 roku 10. Dywizja Piechoty - zwana Sudecką - II Armii Wojska Polskiego bardzo szybko została odkomenderowana z południowo-zachodnich rubieży w rejon Kotliny Kłodzkiej. Tam groził otwarty konflikt z Czechosłowacją, która już zajmowała Kłodzko. Ich miejsce zajęła 7. Dywizja Łużycka. Siedzibą dowództwa - najpierw 10. a potem 7. Dywizji - była Jelenia Góra. Jeśli porucznik Bratkowski rozglądał się po terenie, to jako oficer 10. Sudeckiej, później przeniesionej do Kłodzka. Wtedy spotkał Lorentza. Słaba strona tej relacji to data. Skoro Lorentz miałby udać się do wsi Hain nazajutrz po biesiadzie, do odnalezienia obrazów doszłoby już 6. lipca. A to nie zgadza się z wersją samego profesora. On sam - o czym poniżej - datuje swój pobyt w Karkonoszach na 11. lipca.

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje