Umarli wędrują ku morzu. Tajemnica Bodenhagen

Muzeum Kołobrzeskie "Patria Colbergiensis" odkrywa przed nami tajemnicę wsi Bagicz. Trup w kłodzie drewna, tajna fabryka proszku do prania, Junkersy i Bostony.

Na wschód od Kołobrzegu, nad brzegiem Morza Bałtyckiego, leżą otoczone lasem i rozległymi mokradłami pozostałości po niemieckim i rozbudowanym przez Armię Czerwoną lotnisku. Jego budowę rozpoczęto na przełomie 1934 i 1935 roku. Nadmorska, żyjąca wówczas głównie z turystyki wieś Bodenhagen (dzisiejszy Bagicz), przestała tym samym być cichym miejscem wypoczynku dla pragnących spokoju kuracjuszy.

Stąd wynoszono bomby spadające na polskie miasta

Reklama

W jej sąsiedztwie powstawał pas startowy, warsztaty lotnicze i koszary. Podczas tworzenia militarnych instalacji w rejonie wioski Bodenhagen i przyległego do niej, obecnego kołobrzeskiego osiedla Podczele, ówczesna propaganda informowała, jakoby przeprowadzano tam prace związane z budową fabryki proszku do prania. Budowa infrastruktury stricte militarnej dla turystyki nie była korzystna. Szukających nadmorskiej ciszy wczasowiczów, zastąpili najpierw robotnicy budowlani, a po nich żołnierze Luftwaffe. Już 26 kwietnia 1938 roku ulice kołobrzeskie witały fanfarami przybyłych gości. Do powstałych obiektów wprowadził się 152 Pułk Bombowy "Hindenburg" (Kampfgeschwader 152) wyposażony w samoloty JU 86 i He 111, później również inne jednostki niemieckiego lotnictwa wojskowego. Pułk dysponował trzema eskadrami. We wrześniu 1939 roku samoloty pułku, który przemianowano na Kampfgeschwader 1 "Hindenburg", wystartowały z podkołobrzeskiego lotniska, by bombardować polskie miasta. Dla wznoszących się we wczesnych godzinach porannych maszyn celami były: Puck, Rumia i Toruń, następnego dnia rejony: Bydgoszczy, Kwidzyna, Gniewu, Tczewa, Zblewa, Kościerzyny
i Bytowa. Podczas kolejnych dni feralnego dla Polski września, śmiercionośne żelazo spuszczano na inne rejony naszej ojczyzny. Bomby unoszone z lotniska w Bagiczu spadały na polską ziemię jeszcze przez siedem kolejnych dób od rozpętania przez nazistów piekła w Europie.

W 1939 roku mieszkało w Bagiczu ponad 550 mieszkańców, choć w wyniku przeprowadzanych przez siły alianckie bombardowań miast niemieckich, liczba przebywających we wsi Bagicz wzrosła o kolejnych 200 osób. Pojawiły się tu wówczas głównie kobiety z małymi dziećmi, szukające schronienia... przed zrzucanymi na ich miasta bombami.

Sowieci ujeżdżali tam "Bostony"

Niemieckie lotnisko funkcjonowało we wspomnianym miejscu do marca 1945 roku. Po samolotach Luftwaffe, już w kwietniu 1945 roku pojawiły się sowieckie. Zaczął stacjonować tam 51 Minowo-Torpedowy Pułk Lotniczy Floty ZSRR. Miejsce maszyn niemieckich zajęły, umalowane czerwonymi gwiazdami, samoloty typu Douglas. Uzbrojone w torpedy unosiły się w powietrze, by zwalczać działającą jeszcze na morzu w tym czasie flotę Kriegsmarine. Wkrótce po amerykańskich, przyszedł czas na rosyjskie "wynalazki".

Dopiero w 1992 roku, wycofujący się za wschodnią granicę naszego państwa Rosjanie, oddali teren polskiej administracji. Po 56 latach Bagicz przestał być tajną "fabryką proszku do prania" i powrócił na mapę Starego Kontynentu.

Zanim da Vinci wymyślił, a Otto Lilienthal udowodnił, że można

Pierwsze wzmianki o miejscowości pochodzą z 1276 roku. Spotykamy się w nich z nazwą Bagiz. Z kolei na nieco późniejszym źródle kartograficznym, jakim jest pochodząca z 1618 roku mapa Pomorza Lubinusa, miejscowość występuje pod nazwą Bottehagen.

W ramach przeprowadzanego na terenie Prus procesu kolonizacji, który odcisnął swoje piętno również na Ziemi Kołobrzeskiej, w roku 1753 na terenie dawnej osady rybackiej lokowano nową. Sprowadzono wówczas z odległego Palatynatu Reńskiego 20 rodzin i wytyczono w terenie drogę, osiedlając po każdej stronie powstałego ciągu komunikacyjnego po 10 gospodarstw. Wieś zaplanowano w odległości około 600 metrów od wybrzeża Morza Bałtyckiego. Jak wieść gminna niesie, to na cześć ówczesnego ministra finansów Prus Augusta Friedricha von Boden nadano oficjalną nazwę wiosce, która brzmiała Bodenhagen. Ta nazwa istniała niezmieniona do 1945 roku.

W roku 1871 wieś liczyła już 465 mieszkańców zamieszkujących w 85 gospodarstwach, powoli przekształcając się z osady rolniczej w podkołobrzeski kurort. Wytyczono nowe ulice, które obsadzono lipami, a sama zabudowa wioski zbliżała się ku brzegowi morskiemu. Sąsiedztwo plaży stawało się mniej odległe, nie tylko z powodu postępującej w tamtym kierunku wiejskiej zabudowy...

Trochę o abrazji i co z niej wynika

Wybrzeże w rejonie wsi Bagicz stanowią niewysokie klify. Postępujący w wyniku falowania morskiego i wiatrów proces abrazji, odbiera sukcesywnie metr po metrze fragmenty lądu. W tamtej okolicy amplituda falowania Morza Bałtyckiego dochodzi do dwóch metrów. Mało kto, przebywając na plaży w tamtym rejonie, zastanawia się nad faktem, że kiedyś w miejscu, w którym się znajduje, był ląd. Przed dwoma tysiącami lat obecnie zastana w terenie ściana wydm znajdowała się około stu, do stu pięćdziesięciu metrów od morskiego brzegu. Tam, gdzie znajdują się teraz morskie odmęty, funkcjonowała lokalna społeczność. Jeśli wierzyć Jordanesowi, Goci - bo o nich mowa - opuścili za panowania ich władcy Beriga Skandzę (Skandynawię), by na trzech łodziach dopłynąć do Gothiskandzy. Tam, po przebyciu morza, osiedlili się. Na południowym brzegu Bałtyku odnaleźli swą nową ojczyznę. Czy Bagicz, zanim nazwany został Bagizem, nie stał się ich nowym domem? Czy ci, których wyobraźnia nie była w stanie stworzyć ryczących potworów, wznoszących się po dwóch tysiącach lat nad ich grobami, nie odnaleźli pod Kołobrzegiem swojej mitologicznej Gothiskandzy?

Trup w kłodzie drewna

W roku 1899 przyszedł do miejscowego nauczyciela rysunków Hermanna Meiera pewien rybak z Bodenhagen, który poinformował, że odnaleziono wypłukaną z morskiego klifu trumnę zawierającą szczątki ludzkie. Ponieważ nie było wówczas w Kołobrzegu muzeum, ten poinformował o fakcie Towarzystwo Pomorskiej Historii i Archeologii. Instytucja zleciła swojemu konserwatorowi Stubenrauchowi zajęcie się sprawą. Ze względu na wysoki stan morza Meier wraz ze Stubenrauchem mieli poważny problem z pozyskaniem odnalezionej drewnianej skrzynki z wysokiego na kilka metrów klifu. Prace eksploracyjne przeprowadzali częściowo z lądu, częściowo z łódki. Kości odnalezionej postaci były rozwleczone. Brakowało fragmentu miednicy oraz kości rąk i stóp.

Trumna przetransportowana została do Szczecina i wystawiona w tamtejszym muzeum. Tak opisywały odnalezioną kłodę ówczesne media: "Składa się z mocnego kawałka pnia z wyrośniętego dębu. Odcinek pnia ma 3 m długości i pół metra szerokości. Po rozszczepieniu go, wzdłuż połowy zostały wydrążone na kształt odzieży. Ścianki po obu stronach są cienkie, ale na wysokości głowy i stóp nadzwyczajnie grube. Pomimo wszelkich starannych czynności i fachowej pielęgnacji w kilku miejscach drewno jest połamane".

Sprawą zajęli się niemieccy naukowcy...

Radca medyczny i uznany wówczas badacz prehistorii Hugo Schumann (zm. 1909 r.) zdawał o tym znalezisku relację do Towarzystwa Antropologicznego w Berlinie (29.04.1899): "W trumnie z drewna znajduje się otulony w czarną torfową masę szkielet. Kości są czarne, jak u zwłok z torfowiska. Nie można stwierdzić, chociaż zwracano na to uwagę, żadnych śladów ubrań i skór. Na ramionach szkielet ma po jednym pierścieniu naramiennym z brązu, na piersi fibule z brązu. Znaleziono także igłę kościaną i kilka koralików z bursztynu. U nóg szkieletu stoi w trumnie drewniany podnóżek z czterema nóżkami (...)".

Według ówczesnego badacza Almgrensa, pochówek pochodzić mógł z II lub III w. n.e. Pisał on wówczas: "W nogach szkieletu znajduje się podnóżek z drewna, który wyrzeźbiony jest z jednego kawałka, z płytą grubą na ok. 50 mm o czworokątnym, choć wyoblonym kształcie. Ma ona ok. 35 cm i jest u góry zagłębiona jak taboret szewski, podczas gdy u dołu wyrzeźbione są cztery całkiem niskie niezdarne nóżki (...) Czaszka zachowała się dobrze, brak tylko kilku zębów i łuku jarzmowego z prawej strony (...) nie jest duża i sprawia wrażenie krótkiej i szerokiej (...) Jeśli rzucimy okiem na trumny z drewna, to znajdziemy je już w epoce kamiennej (...) W epoce brązu trumny z drewna występują częściej na północy, szczególnie w Danii i Szwecji, potem w Anglii i Szkocji i na niemieckiej ziemi w Maklemburgii i na Pomorzu (...) Do okresu Cesarstwa Rzymskiego należy ten wyżej opisywany grób z Bodenhagen".

Sprawą zajęli się polscy archeolodzy...

Polski naukowiec Ryszard Wołągiewicz, któremu szczególnie bliskie były badania dotyczące kultury wielbarskiej, jednoznacznie wskazywał w latach osiemdziesiątych XX wieku, że odnaleziony pochówek miał charakter wyodrębniony i co za tym idzie, uprzywilejowany. Znalezisko z Bagicza utwierdzało archeologów w przekonaniu, że obok cmentarzyska przeznaczonego dla ogółu ludności plemiennej, występowały również w pierwszych stuleciach po narodzinach Chrystusa na tych terenach groby pojedyncze, wyodrębnione i co za tym idzie ważniejsze, przeznaczone dla kasty uprzywilejowanej. O wyodrębnieniu grobów osób uprzywilejowanych lub być może wygnanych z niejasnych przyczyn, poza obszar ówczesnych nekropolii, świadczyć miały kolejne pobliskie znaleziska...

Dibbelt ratował, co się dało

W drugiej połowie lat trzydziestych XX wieku, podczas wykonywania prac ziemnych, związanych z budową lotniska, dokonano kolejnych odkryć. Wówczas badania ratownicze przeprowadził lokalny pasjonat historii ziemi kołobrzeskiej, założyciel pierwszego muzeum w mieście - Otto Dibbelt. Odkryto wówczas i zabezpieczono groby ciałopalne wraz z zachowanymi popielnicami. Trzy z nich należały do kultury wielbarskiej, a jeden do kultury ją poprzedzającej (oksywskiej). Na podstawie znalezisk wskazano, że wyeksplorowane pochówki pochodzą z przełomu okresu przedrzymskiego i wczesnorzymskiego. Później powiązano odnalezione przez Dibbelta pochówki z "wyodrębnionym" grobem kłodowym z Bagicza. Dr Wołągiewicz wysnuł i opublikował wówczas swoją teorię.

Nie tylko muszelki

Było to podczas słonecznej, choć mroźnej lutowej soboty. Pogoda sprzyjała wycieczkom krajoznawczym. Po długich sztormach ustał wiatr i można było udać się na spacer nad morze. Wraz z ośmioletnim synem Milankiem i jego przyjaciółką Zosią zapakowaliśmy się do muzealnej "landryny" i obraliśmy kurs na Bagicz. Na plaży, która była celem naszej podróży, panowała cisza i spokój. Odległy od zabudowy mieszkalnej teren rzadko jest odwiedzany przez spacerowiczów.

Oczom naszym ukazały się niewysokie klify wydm. Ostro ścięte w wyniku abrazji brzegi urwiska, odsłoniły przed nami brunatne, pionowe, gliniaste ściany, porośnięte na szczycie typową dla tego rejonu roślinnością. Korzenie sterczących na wierzchołku oberwanego brzegu morskiego drzew i krzewów bezwładnie zwisały pozbawione życiodajnej gleby, odebranej im przez bałtyckie fale. Ich plątanina przysłaniała skrywane przed wzrokiem ludzkim skarby tej ziemi. Podeszliśmy bliżej i rozgarnęliśmy pajęczynę, opadającej ze szczytu wydm, tkanki roślin. Bezpośrednio pod ściółką pokrywającą wydmę, ujrzeliśmy równo ułożone, umalowane szarą farbą, betonowe bomby ćwiczebne. Wywiezione tam zostały przypuszczalnie przez Rosjan z zastanego przez nich niemieckiego lotniska. Kilka z nich wypadło z urwiska i leżało u jego podstawy.

Wraz z młodymi poszukiwaczami historii rozpoznawaliśmy konstrukcję ścian klifu. Sprasowana glina, z której był zbudowany, tworzyła w miarę jednolitą strukturę. Chęć poznania tego, co niepoznane, zgłębiania tego, co niezgłębione i odkrywania tego, co do tej pory nie zostało odkryte, była motorem naszej dalszej penetracji nadmorskiego urwiska. Ciekawość nasza została wynagrodzona! Po bez mała godzinnej wędrówce, ujrzeliśmy na płaszczyźnie ściany klifu strukturę inną, wskazującą na antropomorficzne jej pochodzenie! Wkrótce odnaleźliśmy kolejne!

Zmieniamy zatem podręczniki do archeologii?

Zmiany struktury przekroju osuniętej wydmy zbudowane były z bruku przemieszanego ze znacznymi ilościami spalenizny. Czyżbyśmy odkryli prastare cmentarzysko?! Jeden spośród odnalezionych obiektów okazał się szczególnie obszerny. Ułożona w formie elipsy, wykonana z bruku kamiennego podstawa, a nad nią około metr przemieszanej struktury o zupełnie innej barwie niż ta, którą mogliśmy dotąd oglądać na pozostałej płaszczyźnie klifu. Zaczęliśmy poddawać analizie dokonane odkrycie. Dostrzeżony przez nas ponad brukowaną powierzchnią obiekt zbudowany był z... kawałków ceramiki glinianej i... kości! Już wiedziałem, że odkryliśmy cmentarzysko! Myśli zaczęły kłębić się w głowie... jak film z niemego kina... Przypomniałem sobie o wypłukanym przed 120 laty w tej okolicy pochówku... Kobieta nazwana od miejsca jej znalezienia "kobietą z Bagicza" złożona do ziemi była w drewnianej kłodzie, ale kultura wielbarska charakteryzowała się przecież birytualnym obrządkiem pogrzebowym! Zwłoki ludzkie zarówno chowano w całości (inhumacja), jak również poddawano kremacji! Obydwie formy grzebania umarłych mogły występować w obrębie tego samego cmentarzyska! Czy zatem dr Wołągiewicz się mylił? Czyżby pochowana tu dwa tysiące lat temu kobieta, nie spoczywała sama, jak wskazywał badacz kultury wielbarskiej? Czyżby przez dwadzieścia wieków towarzyszyły jej zwłokom groby przedstawicieli tej samej społeczności plemiennej, z której pochodziła?!

Prosimy o pomoc specjalistkę

Szybkie obfotografowanie, płukanie w bałtyckich falach fragmentu wypadłej z nasypu ceramicznej skorupy, kolejne dokumentowanie znaleziska i natychmiastowy kontakt telefoniczny z przebywającą na co dzień w Szczecinie kołobrzeską "Indianą Jones", dr Martą Chmiel-Chrzanowską: - Pani Marto, morze w rejonie Bagicza odkryło przed nami pochówki... foty wysyłam... proszę o interpretację...

- Przyjeżdżam - usłyszałem w słuchawce pełen pasji głos pani doktor nauk archeologicznych. - Będę z przedstawicielami Urzędu Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków i ekipą ze Szczecina.

I słowo ciałem się stało. Po dwóch dniach spotkaliśmy się na zapomnianej przez Boga i ludzi stacji kolejowej w Bagiczu, a chwilę później staliśmy przed dokonanym odkryciem, już w szerszym gronie zainteresowanych. Wraz z nami na plaży znalazła się osoba najbardziej zainteresowana znaleziskiem. To właśnie dr Marta Chmiel-Chrzanowska prowadzi badania nad odkrytymi niedawno, w miejscu oddalonym o około dwa i pół kilometra od naszego znaleziska... cmentarzyskiem zabudowanym pokaźną ilością kurhanów z okresu wczesnego Rzymu! Nadszedł czas, by kołobrzeska archeolog zmieniła postrzeganie historii ziemi, z której pochodzi. Należy zaktualizować podręczniki badaczy minionych wieków! Rozpoczęły się badania ratownicze...

Robert Maziarz

Muzeum "Patria Colbergiensis"

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje