Reklama

Reklama

Zakłócony sen Rusałki...

Podczas jednego z majowych wieczorów spędzanych przy rodzinnym ognisku zadzwonił Radzio. - Cześć, nie wybrałbyś się pod Szwecję na wrak Undine? - zapytał. Moja ówczesna wiedza na temat tego wraku była znikoma. Wiedziałem jedynie, że był jednym z krążowników biorących udział w I wojnie światowej, został zatopiony, leży na głębokości 50 m, i że jest trudnym "do podejścia" wrakiem. Propozycja jednak była kusząca...

Poprosiłem o szczegóły. Radek pokrótce przedstawił temat i zaproponował termin - czerwiec. Z bólem serca musiałem odmówić, data zupełnie mi nie pasowała, ze względu na wcześniej zaplanowane zajęcia. Postanowiłem jednak dowiedzieć się czegoś więcej na temat tego okrętu, i być może... zorganizować własną wyprawę w późniejszym terminie.

Początki Wielkiej Wojny na Bałtyku



Na Bałtyku podczas I wojny światowej walczyły ze sobą floty Rosji, Niemiec oraz angielskie okręty podwodne, które przedarły się na pomoc flocie rosyjskiej. Aktywność flot skupiła się głównie na wzajemnym minowaniu wybrzeży. Początek wojny na Morzu Bałtyckim nie był szczególnie pomyślny dla niemieckiej floty. Nie udało się jej zablokować słabszych Rosjan w Zatoce Fińskiej, a na postawionych minach poniosła spore straty. W przeciwieństwie do Rosjan, którzy stracili tylko kilka starych torpedowców.

Reklama

Bałtyk w momencie wybuchu wojny stawał się morzem zamkniętym dla trzech flot, z czterech prowadzących w tym okresie działania. Kto trzymał Cieśniny Duńskie, ten blokował pozostałe floty. Niemcy, dysponując największą flotą z państw bałtyckich, odcięły całkowicie okręty rosyjskie od wsparcia ze strony Anglii czy Francji. Pomimo tego angielskim okrętom podwodnym udało się dotrzeć do portów rosyjskich, co było nie lada wyczynem i przyniosło wymierne efekty.

Niemcy, wykorzystując Kanał Kiloński, sprawnie przerzucali duże okręty na Bałtyk, w momentach zagrożenia operujących tam niemieckich jednostek. Tak było w przypadku kolizji niemieckiego krążownika "Magdeburg", który wszedł na skały przy północno-zachodnim wybrzeżu wyspy Odensholm. Na ratunek wysłano 4. Eskadrę okrętów liniowych w składzie 7 starszych pancerników. Z Kilonii wypłynęły też 2 krążowniki pancerne: "Roon" i "Prinz Adalbert".

Meldunek o tym wydarzeniu dotarł także do Rosjan, którzy natychmiast wysłali w morze dwa małe niszczyciele w celu rozpoznania sytuacji. Równocześnie, z dwóch innych rosyjskich baz, wypłynęły: 1. dywizjon niszczycieli złożony z 10 jednostek oraz dwa krążowniki: "Bogatyr" i "Pałłada". W tym czasie załoga "Magdeburga" wielokrotnie podejmowała próby zejścia ze skał. Bezskutecznie. O świcie na pomoc dotarł niszczyciel "V 26" - jednostka zbyt mała, aby próbować ściągnąć krążownik ze skał. W tej sytuacji dowódca "Magdeburga", kmdr ppor. Habenicht, podjął decyzję o zniszczeniu okrętu. W ręce Rosjan wpadł więc wysadzony w powietrze krążownik i ponad 60 ludzi. Największą jednak zdobyczą były tajne dokumenty - książki sygnałowe, szyfry i mapy pól minowych. Korzystano z nich prawie przez całą wojnę oraz odstąpiono admiralicji brytyjskiej.

Ponownie 4. Eskadra pojawiła się na morzu po rajdzie rosyjskich krążowników pancernych na południowy Bałtyk. Doprowadziło to do starcia z rosyjskimi okrętami koło Ławicy Głotowa. Bez wymiernych korzyści dla obu stron. W 1914 r. pancerniki niemieckie pojawiły się ponownie na Bałtyku podczas operacji desantowej pod Windawą. W operacji uczestniczyły okręty 4. i 5. Eskadry okrętów liniowych, razem 14 pancerników. To była ostatnia wizyta niemieckiej floty na Bałtyku w 1914 roku. Także Rosjanie, z racji tego, że nowe okręty typu Gangut (okręty liniowe zbudowane dla Marynarki Wojennej Imperium Rosyjskiego) nie weszły jeszcze do służby, nie przejawiali większej aktywności. Obawa przed okrętami podwodnymi stała się przyczyną odwołania wielu operacji i akcji.

Rok 1915 przyniósł sporo zmian w obu flotach. Po stronie rosyjskiej do służby weszły pierwsze pancerniki typu Gangut, 3 duże okręty podwodne typu Bars oraz dwa nowe niszczyciele typu Nowik. Siły niemieckie zostały wzmocnione dwoma krążownikami pancernymi "Prinz Heinrich" i "Roon". Okręty niemieckie podzielono na dwie eskadry, tzw. siły obrony wybrzeża i siły rozpoznawcze. W skład pierwszych wchodziły krążowniki "Amazone" i "Undine", 2 krążowniki pomocnicze, kanonierka "Panter" oraz torpedowce i trałowce. Uzupełniały to jeszcze dwa okręty podwodne.

Lekki krążownik Undine

SMS Undine (Rusałka) był ostatnim z zaledwie dziesięciu statków klasy Gazelle, zbudowanym przez marynarkę wojenną Cesarstwa Niemieckiego. Powstał w stoczni Howaldtswerke w Kilonii, złożony w 1901 roku, już w grudniu 1902 został zwodowany. W styczniu 1904 roku wcielono go do niemieckiej Floty Oceanicznej (Hochseeflotte).

Okręt został uzbrojony w dziesięć armat 105 mm SK L/40 (dwa umieszczone obok siebie w części dziobowej statku, sześć na śródokręciu, po trzy z każdej strony, a dwa obok siebie na rufie), 10 karabinów maszynowych, 3 wyrzutnie torped 450 mm. Undine mógł osiągnąć maksymalną prędkość 21,5 węzłów (39,8 km / h, 24,7 mph). Początkowo używany był jako okręt szkolny artylerii dla strzelców w niemieckiej flocie. W listopadzie 1904 r., podczas manewrów w Kilonii, przypadkowo staranował i zatopił torpedowca SMS S26. Tragiczna pomyłka przyniosła śmierć 33 osobom.

Po wybuchu I wojny światowej w sierpniu 1914 r. krążownik Undine został włączony do walk na Morzu Bałtyckim, jako okręt obronny transportu rudy żelaza ze Szwecji i Niemiec.

7 listopada 1915 roku Undine wraz z dwoma niszczycielami patrolował na południe od miasta Trelleborg. Nagle został zaatakowany przez brytyjski okręt podwodny HMS E19 i trafiony dwiema torpedami. Druga zdetonowała magazyn amunicji. Undine eksplodował i szybko zatonął - o 13:08 - grzebiąc czternastu członków załogi. Pozostała większość została uratowana przez eskortujące krążownik niszczyciele.

Osiadły na dnie Bałtyku wrak - 20 mil morskich od miejscowości Scania w południowej Szwecji - był marzeniem wielu nurków. Legenda o "klątwie" podsycała dodatkowo wyobraźnię, potęgując dreszcz emocji... Otóż 4 lata temu blisko 100-letni sen spoczywającej na 50 metrach Rusałki został zakłócony przez szwedzkie służby morskie. Trzech płetwonurków zapłaciło za to życiem, dwaj pozostali członkowie ekipy zginęli niebawem, nurkując na innym wraku...

Podwodna wyprawa

Ustaliliśmy termin na 24-27 października. Co prawda jesień to nieco kapryśna pora roku i okupiona dużym ryzykiem niepowodzenia, niemniej jednak decyzja została podjęta. Żałowaliśmy, że czerwcowa ekspedycja Radka nie doszła do skutku, tym samym nie poznaliśmy szczegółów na temat wraku, np. jak zaplanować nurkowanie? W którą stronę warto popłynąć, by zobaczyć jak najwięcej? No trudno, nasza wyprawa będzie zatem trochę "na czuja". Jednak świadomość, iż będziemy pierwszą polską ekspedycją na tak zacnym wraku, mocno nas mobilizowała...

Nasz entuzjazm szybko ostudziła natura. I tym razem Bałyk pokazał nam rogi. Z powodu sztormu musieliśmy zrezygnować z październikowej wyprawy. Drugi termin, 7-11 listopada, zapowiadał się już bardziej obiecująco. Mieliśmy wypłynąć przy wietrze około "pięć", który w drodze, wg prognoz, miał cichnąć do "dwóch", a nawet "jedynki". Bez najmniejszych problemów dotarliśmy ze Śląska do Darłowa. Rozmieściliśmy cały sprzęt na "Nitroxie", zajęliśmy koje, i zgodnie z planem wypłynęliśmy w kierunku Szwecji. 

Po standardowym przedstawieniu zwyczajów panujących na łodzi oraz prezentacji, jak z czego korzystać, wszedłem na mostek, by ustalić szczegóły z kapitanem.

"Piątka" nie bardzo chciała cichnąć, a przewidywany czas dotarcia na pozycję, przy aktualnej prędkości, wahał się między 14:00 a 15:00. O tej porze roku to trochę zbyt późno... podejmowanie nurków podczas jesiennej szarówki jest dość ryzykownym przedsięwzięciem. Na poprawę bezpieczeństwa nie wpływały też silne prądy panujące w tym rejonie oraz pozycja wraku - dokładnie na szlaku handlowym. Po dłuższym zastanowieniu podjęliśmy decyzję, że płyniemy tak szybko, jak się da, mając nadzieję, że siła wiatru się zmniejszy i będziemy mogli przyspieszyć, nadrabiając nieco czasu.

Zszedłem do ekipy i przedstawiłem całą sytuację, informując, że nurkowanie tego dnia może się nie odbyć, co więcej, jeśli dotrzemy zbyt późno, jest ryzyko, że w ogóle nie dojdzie do skutku podczas tego rejsu. Reakcja była do przewidzenia. W ożywionej dyskusji, czy płynąć na Undine, czy wybrać inną, ale pewniejszą pozycję, rozwiązaniem było głosowanie. Demokratycznie zadecydowaliśmy, że mimo sporego ryzyka płyniemy na Undine.

Ranek przywitał nas lepszą pogodą. Niestety, opóźnienia z nocy nie udało się już odrobić. Wiedząc, że nie będzie zbyt wiele czasu na przygotowanie, już po śniadaniu poskręcaliśmy rebreathery, twiny i stage. Do pozycji dopłynęliśmy w pełnej gotowości - o 13:30. Pogoda była niezła, ale prognozy na następne godziny niezbyt optymistyczne...

Skok do wody pierwszej pary uświadomił nam, jak silny prąd powierzchniowy jest w tym miejscu. Nie udało się dopłynąć do bojki z liną opustową. Operację trzeba było powtórzyć. Reszta naszych wodowań odbyła się już bez niespodzianek. Dzięki mojemu ojcu, który wybrał się z nami, by trochę powędkować, sprawnie i bezpiecznie klarowaliśmy sprzęt i docieraliśmy do windy, a w chwilę później do wody.

Kilka silnych uderzeń płetwy i już trzymamy się bojki. Szybkie zejście na 5 m, partnerskie sprawdzenie sprzętu - wszystko w porządku, możemy kontynuować zanurzenie. Opadamy wzdłuż mocno nachylonej prądem liny opustowej, czekając na uderzenie w twarz oddzielonej termokliną, lodowatej wody.

Wreszcie jest... potężny, majestatyczny wrak Undine.

Rozglądamy się, gdzie spadł "prosiak" z liną opustową. Po kilku chwilach widzimy, że jest to rufa, a więc okręt jest mocno pochylony, około 45 stopni na prawą burtę. Na szczęście "prosiak" wylądował w miejscu, w którym nie będzie problemu z jego późniejszym zwinięciem. Wygląda, że wszystko jest w porządku.

Ruchem ręki wskazałem Maćkowi kierunek, i zaczęliśmy płynąć w stronę dziobu, mniej więcej środkiem pokładu. Mimo prawie 100 lat pod wodą wrak jest w niezłym stanie, chociaż kadłub jest mocno skorodowany. Osunięcie wraku spowodowało rozpad części jego elementów. Poszycie wraku i okolice pomostu bojowego już dawno uległy zniszczeniu.

Nagle wyłania się problem - termoklina, która, wraz z prądem, pojawiała się i znikała na linii wraku, powodując znaczne pogorszenia wizury. Z prądem pojawiły się również ogromne ilości glonów niesionych od strony dziobu. Mimo termokliny i wielu drobin widoczność dochodziła do kilkunastu metrów. Bez trudu można było zlokalizować działa przeciwlotnicze, jedne skierowane w górę, inne oderwane i leżące częściowo na wraku, a częściowo na dnie.

Na samym wraku oraz w jego okolicach zalegają porozrzucane węże pożarnicze. Pomost bojowy (tzw. sterówka) leży praktycznie na boku, chociaż reszta wraku obrócona jest pod kątem 40-45 stopni na prawą burtę, a skrzydło mostku sterczy prawie pionowo. Warto było tu podpłynąć, by zobaczyć szereg instrumentów pomiarowych.

Płynąc dalej, napotkaliśmy całkowicie oderwaną i wyrzuconą nadbudówkę, na ścianach której ciągle wiszą półki... Spod kłębowiska kabli wystaje jakiś drewniany element. Wyciągam go. Okazuje się, że jest to drewniana, zdobiona rama, w której pewnie kiedyś była jakaś fotografia przypominająca komuś o kimś bliskim. Na pokładzie leży wiele drobiazgów i fragmentów oderwanych podczas zatonięcia krążownika. Niestety, zaplanowany czas denny zbliża się do połowy, spoglądam w stronę Maćka i daję mu sygnał do powrotu. 

Zawracamy i płyniemy wzdłuż prawej burty. Poszycie okrętu nie wygląda już tak dobrze jak pokład. W wielu miejscach ma "wygryzione" przez korozję dziury. Mimo iż, jak sądziliśmy, wraku nie odwiedziło zbyt wielu nurków, niestety, nie ma już większości ozdób umieszczonych wzdłuż burt, jednak wyraźnie widać ich pozostałości. To niesamowite jak dużo zdobień posiadał okręt wojenny w tamtym czasie.

Wracając, wpływamy jeszcze do kilku pomieszczeń technicznych, nie mogąc się nadziwić, że już 100 lat temu w tak nowoczesny sposób były układane instalacje. Docieramy do liny opustowej minutę przed zaplanowanym rozpoczęciem wynurzania. Tradycyjnie robimy "żółwika", łapiemy się liny i rozpoczynamy 45 minutową podróż ku powierzchni.

Po dotarciu do 6 metra widzimy, że na linie "wisi" już kilka osób, robiąc dekompresję. Prąd jednak jest tak silny, że cała grupa ustawiła się po jednej stronie liny, trzepocąc jak chorągiewki na wietrze. Wciskamy się pomiędzy nich, próbując ustawić się po przeciwnej stronie, szybko jednak porzucamy ten pomysł jako niebezpieczny, a wręcz mało realny. Wreszcie koniec dekompresji, wychodzimy na powierzchnię jako jedni z ostatnich. Już na 5 metrach czuliśmy, że mocno nami rzuca, ale aż tak wielkiej fali nie spodziewaliśmy się ani przez chwilę.

Wiedząc, że "Nitrox" jest dość daleko, zniesiony prądem, i na linie z rzutką ma jeszcze dwie osoby, zanurzamy się ponownie, by skacząca na coraz większych falach boja nie ponadrywała nam stawów barkowych. Co kilka minut monitorowaliśmy sytuację na powierzchni i jeszcze kilkakrotnie chowaliśmy się pod wodą przed narastającą falą. Wreszcie i na nas przyszła kolej.

Rzutka z liną, winda i jesteśmy na pokładzie. Zdejmuję sprzęt i jeszcze w suchym skafandrze idę na mostek, by sprawdzić, co dzieje się z aurą. Kapitan przedstawił mi warunki pogodowe, z których jednoznacznie wynikało, że nie możemy zostać na tej pozycji, i musimy się schować przed narastającym wiatrem za Bornholmem. Niestety, znana nam od wielu lat kapryśność Bałtyku znowu dała o sobie znać.

Pospinaliśmy karabinkami ze sobą wszystkie stage, przywiązaliśmy linami twiny do relingów, resztę sprzętu spakowaliśmy do skrzyni i ruszyliśmy w stronę Bornholmu, by uciec przed sztormem i tam zanurkować na znanych już pozycjach. Mimo iż pozostał pewien niedosyt, cała ekipa wróciła do domów zadowolona i pełna nowych wrażeń, biorąc udział w pierwszej polskiej ekspedycji na wrak niemieckiego krążownika Undine.

Zdjęcia i film z wyprawy można zobaczyć na stronie www.anaconda.biz.pl odpowiednio w zakładkach Galeria 2013 i Filmy z naszych wypraw/2013.

W wyprawie udział wzięli:
Katarzyna Rymarzewska - CN Anaconda
Tomasz Zapiór - CN Anaconda
Radosław Skawiński - CN Anaconda
Maciej Tomczak - CN Anaconda
Piotr Dudziak - gościnnie
Tomasz Sobczak - gościnnie
Irek Kwaśniewski - gościnnie
Dariusz Urbańczyk - CN Anaconda
Grzegorz Pawlik - CN Anaconda
Adam Pawlik - CN Anaconda

Podziękowania dla Radka Bizonia za pomysł, a dla eNurek.pl za wsparcie sprzętowe.

Autorzy: Adam "Zioło" Pawlik, współpraca Magdalena "Rybcia" Guzy 


Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje