Reklama

Reklama

Zimna stal i gorąca krew

Pierwsza wojna światowa postrzegana jest jako okres dynamicznego rozwoju techniki militarnej. Seryjna produkcja i masowe zastosowanie przez walczące armie samolotów, okrętów podwodnych, broni maszynowej, gazów bojowych, ciężkiej artylerii i czołgów trwale zmieniły wizerunek konfliktów zbrojnych.

Jednak - co może wydać się nieco zaskakujące - był to także czas renesansu najstarszego chyba rodzaju oręża: broni do walki w bezpośrednim kontakcie z nieprzyjacielem. Przyjrzyjmy się zatem temu zaskakującemu zjawisku, które wymusiła taktyka walki pozycyjnej.

Reklama

"Tam wróg twój się kryje jak szczur?"

Polowe fortyfikacje towarzyszą działaniom zbrojnym od starożytności. Charakter wojny pozycyjnej miały średniowieczne oblężenia zamków, a także bitwy w epoce nowożytnej, jak choćby opisywane przez Henryka Sienkiewicza boje o Zbaraż, Częstochowę czy Kamieniec Podolski.

W walki pozycyjne obfitował wiek XIX, by przypomnieć choćby obronę Saragossy, boje o umocnienia Sewastopola (wojna krymska 1853-56), czy wirginijskiego Petersburga (wojna secesyjna 1861-65). W ostatnim ćwierćwieczu tego stulecia rozwój nowoczesnej broni strzeleckiej i artylerii o znacznie większej niż dotąd celności, zasięgu i szybkostrzelności zapowiadał radykalną zmianę taktyki.

A jednak mocarstwa, które stanęły u progu nieuchronnie nadciągającego konfliktu zbrojnego, latem roku 1914 gotowe były, by stoczyć krótką, kilkumiesięczną kampanię "zanim opadną liście z drzew". Kres marzeń o takim zakończeniu wojny położyła bitwa nad Aisne z września 1914 r. Wkrótce od brzegów Morza Północnego do granicy neutralnej Szwajcarii powstała skomplikowana linia rowów strzeleckich i okopów, rozdzielonych śmiercionośną strefą ziemi niczyjej. Tak powstał front zachodni, krwawa maszynka do mięsa, pochłaniająca wciąż nowe setki i tysiące ofiar.

Wojna pozycyjna stała się faktem. Przewaga obrony nad atakiem osiągnęła apogeum. Zdobycie niewielkich nawet odcinków terenu wroga wymagało strat nieproporcjonalnie wielkich w stosunku do uzyskanych korzyści. Zresztą już samo bytowanie w okopach, trwające całymi miesiącami bez przerwy, odsłaniało ohydne oblicze nowoczesnej wojny.

Żołnierzy gnębiły wilgoć, brud, wszy, szczury, głód, hałas, niedostatek snu, a przede wszystkim nieustanne zagrożenie. Gaz trujący, przypadkowy odłamek czy zabłąkana kula okaleczały lub pozbawiały życia nawet w chwilach, gdy "na Zachodzie było bez zmian". Prawdziwym dnem piekła okazała się bezpośrednia walka w okopach. Jeśli przeciwnik zdołał wedrzeć się do wnętrza umocnień, na nic zdawały się karabiny maszynowe i artyleria królujące na ziemi niczyjej. Bitwa zamieniała się w szereg krótkich, brutalnych starć na najbliższy dystans, często dochodziło do walki wręcz. Szanse przetrwania zwiększało posiadanie odpowiedniej broni, pozwalającej na uzyskanie przewagi w tak drastycznych warunkach. Broń biała powróciła więc do łask, choć tak niedawno wydawało się, że kula ostatecznie zdeklasowała bagnet...

Jak nie kijem, to pałką!

Wprawdzie specjalistyczne oddziały szturmowe pojawiły się na frontach Wielkiej Wojny stosunkowo późno, jednak już w pierwszym roku walk pozycyjnych pojawiła się nowa specjalizacja bojowa - zwiad i zaskakujący atak umocnionych pozycji wroga. Brytyjczycy, zgodnie ze swoimi pragmatycznymi tradycjami, już w roku 1915 organizowali na szczeblu batalionów nieformalne zespoły "trench raiders", których zadanie polegało na przeprowadzaniu demoralizujących ataków.

W ich trakcie starano się skrycie i zaskakująco zabić jak najwięcej żołnierzy przeciwnika, a podczas odwrotu uprowadzić jeńców, którzy mogli dostarczyć sztabom cennych informacji. Wsparcie ogniowe zapewniały granaty ręczne, karabiny i rewolwery, choć ich użycie natychmiast dekonspirowało atak i ściągało ogień odwetowy z sąsiednich odcinków frontu.

Dowiedz się więcej na temat: wizerunek | zastosowanie | Pałki | ziemie | oddziały | Warszawa | broń | 1917 | krew | wojna

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje