O Kaziku, który wrócił do piekła

Trudna pamięć

Reklama

Ma i inne wątpliwości. - Nikt samego siebie tak nie oskarża jak ja - powtarza na wspomnienie decyzji o odjeździe znad włazu. Pomimo że wie, iż była w pełni usprawiedliwiona: w każdej chwili mogli zjawić się Niemcy i wtedy zginęliby wszyscy. Nikt rozsądny nie może mieć o nią do niego pretensji. Edelman - który był przecież jego przełożonym - już wtedy, na ciężarówce, ją zaakceptował. - Marek leżał na pace i się nie wtrącał. To była najlepsza pomoc, jaką mógł mi dać w tej chwili. Zrozumiał, że tylko ja mam rozeznanie w sytuacji, a więc tylko ja mogę decydować - wspomina Kazik, lecz zaraz zaznacza, że tak czy tak za wszystko odpowiada sam. I dodaje: - Nigdy się nie dowiem, czy gdybyśmy poczekali, tamci by do nas dotarli. Wiem tylko, że był wśród nich Szlamek Szuster, mój najlepszy przyjaciel...

Musi żyć i z taką historią: jeszcze w pierwszych dniach powstania podczas patrolu natknął się na stertę trupów, spod której dobiegał płacz dziecka. Zobaczył żywe niemowlę u piersi zabitej matki. Po chwili poszedł dalej. - Można mnie osądzić, bo jak mogłem zostawić małe dziecko? I nawet nie chodzi o to, że jestem absolutnie pewien, że nie mogłem mu pomóc. Ani że biorąc płaczącego niemowlaka do bunkra naraziłbym dziesiątki ludzi, które tak się ukrywały. Ale oceniając nasze ówczesne zachowania trzeba pomyśleć też o Niemcach, którzy do takich sytuacji doprowadzili. Zdarzało się, że w bunkrach same matki dusiły swoje płaczące dzieci, by Niemcy ich nie usłyszeli. To nie one były winne, lecz oni.

Tak samo Kazik nie wini Zygmunta Frydrycha: - Ja też mogłem nie wrócić do getta. On miał powód: po aryjskiej stronie ukrytą córeczkę, więc poszedł ją zobaczyć. Czasy były nienormalne, a my próbujemy sądzić ludzi wedle dzisiejszych ocen. Nawet nie jesteśmy w stanie myśleć inaczej. W 1945 r. Kazik Ratajzer opuszcza Polskę: - Nie było już nikogo, kogo znałem. Powiedziałem sobie: co tu będę robił? Owszem, Marek Edelman uważał, że Żydzi wszędzie mogą sobie znaleźć miejsce do życia. Tyle że Polacy ich nie chcieli.

Ale nie jedzie prosto do Palestyny. Prawie rok krąży po Europie: najpierw przebywa w Rumunii, potem na Węgrzech i w Austrii. Należy do grupy ocalałych z Zagłady Żydów, których nazwano Mścicielami. W odwecie za śmierć 6 mln rodaków zamierzają zabić tyle samo Niemców: zatruć wodę w wodociągach największych niemieckich miast. Zginęliby bez różnicy: mężczyźni, kobiety, dzieci, starcy. Kazik o odwecie marzył już w 1943 r. Kłócił się o to z Antkiem i Cywią: - Oni byli nieco starsi. I już wtedy uważali, że o ile przeżyjemy, najważniejsze będzie zbudowanie żydowskiego państwa. Może słusznie. Też byłem za tym, ale sądziłem, że można zrobić coś jeszcze.

Plan jednak nie wypala: Aba Kovner, przywódca Mścicieli płynący z Izraela do Europy z trucizną, zostaje aresztowany przez aliantów - niewykluczone, że na sygnał liderów tworzącego się żydowskiego państwa, którzy obawiają się, że jego akcja wywołałaby niechętne Żydom reakcje świata. Dziś Kazik ocenia: - W czasie wojny nie było szans odwetu na Niemcach. Ale tuż po niej można to było zrobić. Owszem, pomysł, by wytruć całe miasta, był nie do zrealizowania. Ale w pierwszej chwili po tym, czego doświadczyliśmy, takie uczucie było zrozumiałe. Gdyby była stuprocentowa pewność, że zginą tylko Niemcy, mógłbym to zaakceptować. Lecz to niemożliwe - na śmierć narażeni byliby też inni, niewinni ludzie. A to niewybaczalne. Niemcy tak robili - ale my nimi nie jesteśmy. Więc ta myśl szybko padła. Tego nie żałuję.

Dowiedz się więcej na temat: Warszawa | wyjście | ciężarówki | komory | wraca | kraj | Izrael | żydzi | Marek Edelman | śmierć | Niemcy | getta

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje