Wielkie mowy, Wielcy Nieobecni

Pomnikowe wydanie "Wielkich mów historii" jest wydarzeniem nie tylko edytorskim. To bezcenny materiał dla historyków, polityków, publicystów, a także wszystkich tych, których pasjonują burzliwe dzieje ludzkości. Ciąg dalszy mógłby uwzględnić mowy i mówców tu nieobecnych.

Te cztery tomy czytałem z zapartym tchem, podziwiając ogrom pracy redaktorów i rozległość horyzontów. Próbuję wyobrazić sobie mękę wyboru, przed którym stanęli, obcując z materiałem tak bogatym, że niemal nieogarnionym. Wybrać ledwie 250 wiekopomnych mów spośród 1,5 tys. godnych tego miana - cóż za mozół i jakaż odpowiedzialność!

Reklama

A jednak spróbuję postawić się w ich położeniu i nieśmiało zaproponować ewentualne uzupełnienia. Czynię to z duszą na ramieniu, gdyż absolutna większość tekstów broni się w sposób oczywisty, a wiele ma charakter zgoła kanoniczny. Praca ta musiała nastręczać wiele problemów natury metodologicznej. Dotyczy to zwłaszcza epok zamierzchłych oraz oceny wiarygodności mitów czy przekazów z drugiej ręki: skrótów, cząstkowych zapisków etc.

Jak jednak zakwalifikować te wypowiedzi współczesności, które raczej nie odpowiadają kryteriom klasycznej mowy? Czy takiej funkcji nie pełniły niektóre listy otwarte? Jak chociażby słynny list Adama Michnika do gen. Kiszczaka: uwięziony opozycjonista dumnie odrzuca poniżającą ofertę zaprzestania oporu za cenę wyjazdu na Zachód. Mało który akt niezłomności tak podniósł morale znękanych ludzi podziemia i Solidarności. Zaliczam go do kategorii wielkich mów, gdyż uwięziony Michnik pozbawiony był innych możliwości artykulacji oraz publicznego audytorium. Niemniej jego list, powielany w tysiącach egzemplarzy, słuchany w RWE - wywarł wpływ przemożny na postawy znacznej części Polaków.

A gdzie przynależą przełomowe encykliki, bulle czy adhortacje z czasów, kiedy papieże nie kontaktowali się z wiernymi z tak oczywistą dziś bezpośredniością, której formy i styl wytyczył dopiero Jan Paweł II? Weźmy obie encykliki Piusa XI z 1937 r., z których "Mit brennender Sorge" stanowiła stanowcze potępienie hitleryzmu, zaś "Divini Redemptoris" - komunizmu. Zostały odczytane we wszystkich kościołach niemieckich, docierając do milionów ludzi. Cóż tam metodologiczna ścisłość! Były to doprawdy wielkie mowy historii.

A cóż począć z płomiennymi rozkazami wielkich dowódców, decydującymi o losie rozstrzygających batalii? Były to często wzory iście rzymskiej lakoniczności, jak legendarny rozkaz gen. Ferdynanda Focha (późniejszego marszałka) wydany w krytycznym momencie bitwy nad Marną w 1914 r.: "Nasze prawe skrzydło - rozbite; lewe - zdruzgotane; centrum - w rozsypce. Sytuacja jest znakomita: atakujemy!".

Są też mowy nietypowe, nigdzie w całości nie spisane. Tymczasem te właściwie prywatne wywody zmieniały dzieje świata. Taki był przebieg rozmowy z Chaimem Weizmannem (1903 r.), na którą lord Balfour przeznaczył kwadrans, a która okazała się pełną pasji, natchnioną, ponadgodzinną mową, przesądzającą o późniejszej Deklaracji Balfoura, zezwalającej na osadnictwo Żydów w Palestynie (a nie w rozważanej uprzednio Ugandzie). Weizmann wspomina, jakim argumentem ostatecznie przekonał brytyjskiego polityka. "Panie Balfour, przypuśćmy, że proponowałbym panu Paryż zamiast Londynu, wziąłby go pan? Wyprostował się:

- Ale, doktorze Weizmann, my mamy Londyn. - To prawda - powiedziałem - ale my mieliśmy Jerozolimę, kiedy Londyn był jeszcze bagniskiem. Oparł się o krzesło i nadal patrzył na mnie?".

Dowiedz się więcej na temat: tych | świat | gen | mowy

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje