Mój Kościół połamany

Wyobraź sobie, że odcinają ci jeden palec. Potem drugi. Potem kroją cię dalej, na prawie 300 części. Boli? Tak samo boleć nas powinno podzielone ciało Chrystusa - Kościół.

Prośba o napisanie artykułu o Tygodniu Modlitw o Jedność Chrześcijan zastała mnie w Brukseli, na Europejskim Spotkaniu Młodych. W pierwszym odruchu pomyślałam, że temat jedności chrześcijan mało mnie dotyczy. Na terenie Wielkopolski trudno budować relacje z chrześcijanami innych wyznań - bo ich nie ma lub zdarzają się sporadycznie. Modlitwy o jedność chrześcijan, jeśli się odbywają, to zwykle w powszednich, parafialnych, zamkniętych gronach. Prywatnych relacji ani z protestantami, ani z prawosławnymi nie mam. Podejmując wyzwanie pisania zakładałam więc, że przyjdzie mi teoretyzować.

Reklama

Widać jednak, że Pan Bóg dba o czytelników "Przewodnika", bo postanowił ubarwić ten tekst, mnie samą skazując na adekwatne do tematu doświadczenie.

Pseudoekumeniczne doświadczenie

Spotkania Taizé, z założenia ekumeniczne, opierają się głównie na modlitwie kanonami, i tak właśnie było przez kolejne dni w Brukseli. W noworoczny poranek, uświadomieni przez miejscowych co do godziny odprawiania w parafii Mszy św., ruszyliśmy do kościoła. Przyznaję, ruszyłam odrobinę zbyt późno, więc kiedy weszłam do środka, wszystkie miejsca były już zajęte. Przysiadłam więc w bocznej nawie na schodach - i czekałam na rozpoczęcie Eucharystii. Grupa młodych śpiewała kanon za kanonem. Między kanonami różne głosy wtrącały pojedyncze zdania modlitwy w różnych językach. I choć upływały kolejne minuty, nie czułam niepokoju - ot, skoro to spotkanie Taizé, widocznie postanowiono przed Mszą odprawić poranną modlitwę, jak każdego dnia.

Pierwszy znak zapytania pojawił się w mojej głowie, gdy w prezbiterium mignęło mi coś różowego. Wstałam zobaczyć, cóż to takiego. Różowe okazało się być bujną fryzurą kobiety w albie i koloratce. Obok krzątała się druga kobieta, ciut mniej ekscentryczna. Pomiędzy nimi ksiądz wyciągał ręce nad kielichem w geście konsekracji. Za chwilę cała trójka wyszła do zebranych w kościele ludzi, żeby udzielać Komunii św.

Język flamandzki językiem flamandzkim, ale jeśli człowiek uczestniczy we Mszy św. od zgoła trzydziestu lat, to rozpozna ją nawet wtedy, jeśli odprawiać ją będzie ksiądz z Korei. I nie ma możliwości, żeby aż do samej Komunii św. nie zorientować się, że to Eucharystia - nawet siedząc za filarem.

Różowowłosa kobieta - ksiądz ponoć była anglikanką. Ksiądz wyciągający dłonie nad kielichem - miejscowy, katolicki. Ryt - raczej żaden, ustalony przed wyjściem z zakrystii: nie przypominał niczego, co gorączkowo przeglądałam po powrocie do domu. Żadnego dialogu celebransa (celebranski?) z wiernymi, modlitwy eucharystycznej, rolę główną grali gitarzyści, z ołtarza z rzadka padało tylko pojedyncze słowo.

Idea szczytna: noworoczne nabożeństwo. Tyle że ludzkie, na własną rękę. Tyle że to pseudoekumenizm, poświęcający prawdę na ołtarzu chwilowego złudzenia wspólnoty. Ile to warte? Cisną się na usta pytania: dlaczego wspólna Komunia, dlaczego nikt prócz Polaków i Włochów już się temu nie dziwił, dlaczego nawet pobożna polska młodzież po owym dziwnym nabożeństwie poczuła się zwolniona ze świątecznego obowiązku Mszy św., choć dotarcie na nią nie było żadnym problem? Ile wiemy o ekumenizmie i jego granicach?

Obudził się we mnie teolog, a Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan przestał być teorią. Nazbierało się spraw do wyjaśnienia.

Sprawa pierwsza. Poszarpane ciało Jezusa

Ludzie Wschodu czytali Platona, mówili po grecku i byli mistykami. Ludzie Zachodu czytali Arystotelesa, mówili po łacinie i byli prawnikami. Kiedy głoszono im Chrystusa - przyjęli tę naukę, ale nie przestali być sobą. Mieli swoje herezje i swoich Ojców Kościoła: Zachód - Augustyna i Grzegorza Wielkiego, Wschód - Bazylego i Grzegorza z Nazjanzu. Byli jednym Kościołem, ale coraz dalej było z Rzymu do Konstantynopola. Na wzajemnie niezrozumienie nałożył się konflikt o "mały" szczegół w wyznaniu wiary. W 1054 r. papież Leon IX obłożył ekskomuniką patriarchę Konstantynopola, ten odpowiedział tym samym - i tak na Ciele Chrystusa pojawiło się pierwsze pęknięcie: na Kościół Rzymskokatolicki i Kościół Prawosławny.

Legenda głosi, że niecałe 500 lat później, w 1517 r. Marcin Luter przybił na drzwiach kościoła w Wittenberdze 95 tez, kwestionujących praktyki Kościoła katolickiego. W legendzie tej z prawdą mija się jedynie malowniczy obraz przybijania - drzwi w rzeczywistości były metalowe. Sam Luter zaś nie zdawał sobie sprawy, że wystąpieniem i późniejszą obroną swych tez przyczyni się do kolejnego rozłamu Kościoła. Rozłam ten nastąpił ostatecznie w 1530 r., poprzez ogłoszenie Augsburskiego Wyznania Wiary. Mistyczne Ciało Chrystusa pękło po raz kolejny: pojawił się protestantyzm.

Pojawienie się protestantyzmu wywołało falę kolejnych podziałów: na baptystów i metodystów, kalwinów i prezbiterian, adwentystów i zielonoświątkowców. Dziś Światowa Rada Kościołów skupia aż 286 Kościołów i wyznań chrześcijańskich. 286 połamanych części Ciała Chrystusa. Trudno nie czuć bólu...

Dowiedz się więcej na temat: wyznania | ciało | problem | ksiądz | jedności | Kościół

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje