Reklama

Reklama

Nie-bajka Bajkowskich

Pięć tysięcy petycji, głośna manifestacja, osobista interwencja ministra sprawiedliwości i rzecznika praw dziecka oraz jednoznaczne komentarze: „Rodzic zawsze winny!”, „Urzędnicy, łapy precz od naszych dzieci!”. O co tu chodzi?

"Jesteśmy poruszeni sytuacją odebrania dzieci jednej z krakowskich rodzin i umieszczeniem ich w domu dziecka. Solidaryzując się z nimi, chcemy wyrazić nasz sprzeciw wobec takich praktyk. Decyzje organów państwa są dla nas i dla dużej części społeczeństwa niepokojące. Jesteśmy przeciwni rozbijaniu rodzin, stosowaniu rozwiązań nieadekwatnych do sytuacji oraz podejmowaniu przez wymiar sprawiedliwości tak drastycznych działań. Uważamy, że najlepszym miejscem wychowania dzieci jest RODZINA" - tak organizatorzy zapraszali na manifestację w obronie jedności rodziny.

Reklama

Organizatorzy, czyli nie żadne stowarzyszenie, nie żadna fundacja, ale zwykli, niezrzeszeni ludzie, których sprawa rodziny Bajkowskich poruszyła tak bardzo, że wyszli na ulicę.

Manifestacja odbyła się 17 marca. Ponad 200 osób z transparentami pojawiło się na ulicach Krakowa. - Sprawa państwa Bajkowskich była tylko impulsem, żeby pokazać problem, który ma o wiele szerszy kontekst - przywitał protestujących Tomasz Korpusiński.

Takie są fakty

Uporządkujmy fakty. Jesienią 2010 r. Karolina i Bartosz Bajkowscy zgłosili się do poradni psychologicznej, a następnie do Krakowskiego Instytutu Psychoterapii. Poszli tam z własnej woli, aby poradzić się w sprawach wychowawczych. Mają trzech synów: 13-letnich bliźniaków i 10-letniego Piotrka. W KIP-ie odbyli 15 spotkań. Podczas terapii przyznali, że dają synom klapsy.

Zrezygnowali z terapii w marcu 2012 r. Wtedy terapeuci poinformowali ich, że skierują sprawę do sądu rodzinnego, bo rodzice znęcają się nad dziećmi fizycznie i psychicznie. W maju jeden raz odwiedził rodzinę kurator sądowy. Choć nie potrafił ocenić, czy w domu jest przemoc, sąd wszczął postępowanie o ograniczenie władzy rodzicielskiej. W lipcu skierował Bajkowskich na badanie do Rodzinnego Ośrodka Diagnostyczno-Konsultacyjnego przy Sądzie Okręgowym w Krakowie.

RODK zalecił odebranie dzieci rodzicom. Wprawdzie orzekł, że chłopcy "mają zaspokojone podstawowe potrzeby bytowe i opiekuńcze. Rodzice interesują się ich zdrowiem, problemami, sytuacją szkolną, dbają o właściwe zorganizowanie czasu wolnego", ale stwierdził też, że Karolina i Bartosz "wadliwie funkcjonują w swoich rolach" oraz "nie zabezpieczają potrzeb emocjonalnych dzieci, co wpływa na ich rozwój emocjonalny".

Rodzice mieli dobrowolnie odprowadzić dzieci do domu dziecka. Nie zrobili tego. 6 marca chłopców ze szkoły zabrała policja i kurator sądowy.

11 marca sąd miał rozpatrzyć zażalenie rodziców na natychmiastowy tryb wykonania wyroku. Odroczył posiedzenie do 20 marca. Wtedy podtrzymał swoją decyzję.

Chłopcy bardzo dobrze się uczą, mają średnie od 4,3 do 4,6. Nie sprawiają problemów w szkole. Nauczyciele nie zauważyli, żeby chodzili zastraszeni lub poturbowani.

Rzecznik praw dziecka Marek Michalak i minister sprawiedliwości Jarosław Gowin zadeklarowali, że osobiście i wnikliwie przyjrzą się sprawie, być może efektem ich kontroli będzie zmiana przepisów.

Petycję do Marka Michalaka o uwolnienie dzieci podpisało ponad 5 tys. osób (stan na 26 marca).

"Miejsce dzieci jest w rodzinie!", "Dzieci nasze nie są wasze!", "Mama i tata to jest siła, razem z dziećmi szczęśliwa rodzina!" - skandowali uczestnicy manifestacji w Krakowie.

Takie są komentarze

A co miał na myśli Tomasz Korpusiński, mówiąc o szerszym kontekście tej sprawy? Skrytykował ustawę o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. W dokumencie tym za przemoc uznano m.in. kontrolowanie, ograniczenie kontaktów i krytykowanie. Przekonywał, że państwo zbyt agresywnie wkracza w życie rodzinne i utrudnia normalne wychowywanie dzieci.

- Czy wyobrażacie sobie państwo rodzinę, w której nie ma kontroli? Na czym polega wychowanie, jeśli nie na kontrolowaniu? Czy wyobrażacie sobie rodzinę, gdzie nie ogranicza się żadnych kontaktów? Przecież dla dobra dzieci czasami trzeba to zrobić. Ta ustawa pozwala na inwigilowanie wszystkich rodzin. W jej ramach działają tzw. zespoły interwencyjne, które mają monitorować sytuację rodzin zagrożonych przemocą. A "zagrożone" są przecież teoretycznie wszystkie rodziny.

Padło też wiele słów o niekompetentnych psychologach, bezdusznych urzędnikach, niesprawiedliwych sądach. Organizatorzy marszu mówili też, że osobiście znają Bajkowskich i że są oni "wspaniałymi rodzicami".

Takie są postulaty

Na zakończenie manifestacji odczytali sześć postulatów, odwołując się w nich nie tylko do toczącej się właśnie sprawy, ale do historii innych rodzin, które ucierpiały z powodu wadliwych przepisów.

Organizatorzy sprzeciwili się odbieraniu dzieci prawidłowo funkcjonującym rodzinom, w których nie ma przemocy, alkoholizmu lub jakiejkolwiek patologii, a jedynym powodem do ograniczenia władzy rodzicielskiej jest ubóstwo lub niezgodne z wyobrażeniami urzędników "funkcjonowanie rodziców w swoich rolach".

Zaprotestowali przeciw stosowaniu przez sądy rodzinne środków drastycznych i nieadekwatnych do sytuacji. Pozbawienie rodziców ich praw uznali za przerażająco łatwe, podczas gdy powinno to być ostatecznością. Zauważyli, że dzieci są odbierane rodzinom i umieszczane w rodzinach zastępczych z powodu ubóstwa, a kwota przekazywana w takim wypadku rodzinie zastępczej to ok. 1000 zł miesięcznie na każde dziecko.

"Gdyby tej wysokości pomoc była kierowana do rodziców dziecka, potrzeby rodziny byłyby zaspokojone, a dziecko nie doświadczałoby dramatu rozstania z rodzicami" - stwierdzono. Domagali się także takiej polityki rodzinnej, która daje rodzicom prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnym światopoglądem i szanuje jej jedność.

Będziemy o tym pisać

Na krakowską manifestację przyjechali ludzie z całej Polski. Po to, by wyrazić swój sprzeciw wobec tak mocnej ingerencji państwa w sprawy rodziny. Protestowali rodzice z małymi dziećmi na rękach, dziadkowie, ale i osoby samotne. Gdyby nawet okazało się, że państwo Bajkowscy mają poważniejsze problemy, niż się o tym głośno mówi, oczekiwałoby się, że najpierw zostanie im podana pomocna dłoń.

A gdy to nie zadziała, to dopiero wtedy państwo wkroczy w tak intymną przestrzeń, jaką jest dom. Uprowadzanie dzieci ze szkoły i wykręcanie im przy tym rąk jest niedopuszczalne. W każdej sytuacji.

Wiele razy pisaliśmy w "Przewodniku", że ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie to de facto zamach na rodzinę. Będziemy wracać do tego tematu tak długo, aż prawo przestanie traktować każdego rodzica jak potencjalną patologię.         

Kiedy zamykamy ten numer "Przewodnika", o sprawie Bajkowskich wiemy tyle, ile napisałam. Coś i... nic. Mimo że dziennikarze nie mają wglądu do akt sprawy, szybko i chętnie wydają wyroki. Czy słusznie? Historia dzieci, które bezdusznie wyrywa się spod troskliwej pieczy rodziców, budzi sprzeciw. Tylko... czy my na pewno wiemy o wszystkim? Ziarno niepewności zasiał we mnie program "Bliżej" Jana Pospieszalskiego, w którym mecenas Ewa Milewska-Celińska, doradca rzecznika praw dziecka oraz Michał Lewoc, szef Centrum Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie Ministerstwa Sprawiedliwości sprawiali wrażenie, że wiedzą o czymś, o czym dziennikarze i opinia publiczna nie mają jeszcze pojęcia.

Czy był to teatrzyk pod publiczkę, bronienie "swoich" , czy może naprawdę znają fakty, które rzucają na sprawę inne światło? Oczywiście, wolałabym, żeby się okazało, że to kolejna urzędnicza wpadka. Że zastosowane środki były bardzo na wyrost. Oznaczałoby to, że chłopcy mogą wrócić do zdrowej, kochającej się rodziny, która zupełnie przypadkiem stała się ofiarą biurokratyczno-ideologicznej nagonki na rodzinę. Ale co za tym idzie?

Po pierwsze, krzywda dzieci, której nie da się zapomnieć. Po drugie, drastyczny spadek zaufania do psychologów, pedagogów, terapeutów. Niby mieli pomóc, a dzieci z normalnego domu wysłali do bidula. Po trzecie, frustracja, że rodzic nie ma prawa do choćby najmniejszego błędu, że musi być idealnym nadczłowiekiem. I po czwarte, świadomość, że z byle powodu kurator może przyjść także do mnie.

Bo moje niepoprawne politycznie poglądy zakłócają "normalny" rozwój dziecka, a poza tym znęcam się psychicznie. Na przykład nie pozwalam, żeby córka jadła z ziemi, wyrywała mi włosy albo bawiła się zużytą pieluchą. Słowo "przemoc" jest tak pojemne, że można wrzucić do niego prawie wszystko. A stąd już krótka droga do ograniczenia władzy rodzicielskiej. Ale może właśnie o to chodzi. Słabą i rozbitą rodziną rządzi się z pewnością o wiele łatwiej.

Tekst: Magdalena Guziak-Nowak

Dowiedz się więcej na temat: przewodnik | dzieci

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje