Reklama

Reklama

TOPR od 110 lat strzeże bezpieczeństwa turystów w górach

Żeby ratować ludzi, trzeba kochać ludzi i góry. Nie idzie się wtedy, kiedy ma się ochotę (...), tylko jak jest najgorsza pogoda: deszcz, burza, lawina, Boże Narodzenie czy sylwester - mawiał Stanisław Gąsienica-Byrcyn, jeden z pionierów ratownictwa górskiego w Polsce. TOPR czuwa nad bezpieczeństwem turystów już od 110 lat.

Tylko w 2017 roku ratownicy Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego spędzili na działaniach ratowniczych 5358 godzin.

Interwencje TOPR w liczbach

Reklama

Statystyki potrafią nieraz mocniej przemówić do wyobraźni niż słowa. Przypatrzmy się zatem bliżej liczbom, stojącym za dokonaniami ratowników TOPR w 2017 roku. Według oficjalnych danych w tym czasie przeprowadzili 754 interwencje, w tym 229 z udziałem śmigłowca, udzielając pomocy 893 osobom.

W co trzecim przypadku poszkodowani doznali ciężkich urazów, 217 kontuzji miało charakter lekki, a 358 osób nie odniosło obrażeń, ale wymagało sprowadzenia ze szlaku. Niestety, doszło również do 15 wypadków śmiertelnych.

Najczęstszymi przyczynami interwencji były potknięcia na śliskim lub stromym terenie, upadek z wysokości, nieodpowiednie wyposażenie lub brak umiejętności, zbłądzenie ze szlaku lub problemy zdrowotne wynikające niejednokrotnie z niedostosowania ambicji do możliwości organizmu turysty.

Jedni z pierwszych w Europie

Dziś trudno wyobrazić sobie bezpieczny wypad w góry bez świadomości, że gdzieś tam w centrali lub najbliższym schronisku czekają zawodowcy, gotowi ruszyć nam z pomocą, kiedy tylko zdarzy się nieszczęście. Kilka pokoleń wstecz tego komfortu nie było.

Początki zorganizowanego ratownictwa górskiego w Polsce sięgają pierwszych lat XX wieku. Moda na Zakopane przyciągała coraz liczniejsze grupy turystów, śmielej i śmielej zapuszczających się w kierunku najwyższych szczytów Tatr. Wzrost liczby amatorów taternictwa pociągnął za sobą również częstsze niż dotychczas wypadki.

Nazwany później przez historię ojcem-założycielem TOPR Mariusz Zaruski wraz z kompozytorem Mieczysławem Karłowiczem już w 1907 roku rozpoczęli starania zmierzające do założenia Straży Górskiej.

Drugi z pionierów tatrzańskiego ratownictwa nie doczekał powstania Pogotowia. Zginął tragicznie, zasypany lawiną na stokach Małego Kościelca 8 lutego 1909 roku. Cytowany wyżej Stanisław Gąsienica-Byrcyn wraz z Mariuszem Zaruskim przybyli na lawinisko zaalarmowani przez matkę Mieczysława Karłowicza. Natrafili jedynie na ślad jego nart, urywający się nagle w tumanach bieli.

Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe, dopiero czwarta tego typu instytucja w Europie, oficjalnie wystartowało osiem miesięcy później. 29 października 1909 roku we Lwowie władze namiestnictwa c.k. zatwierdziły statut organizacji. Mariusz Zaruski został pierwszym naczelnikiem TOPR, a prezesem - lekarz i społecznik Kazimierz Dłuski, prywatnie szwagier Marii Skłodowskiej-Curie.

Służba tylko dla najlepszych

Pierwsi ratownicy zaprzysiężeni zostali 11 grudnia 1909 roku. Poza naczelnikiem w elitarnym gronie znaleźli się: Klemens Bachleda, Henryk Bednarski, Stanisław Gąsienica-Byrcyn, Józef Lesiecki, Jędrzej Marusarz-Jarząbek, Jan Pęksa, Wojciech Tylka-Suleja, Szymon Tatar młodszy, Jakub Wawrytko Krzeptowski i Stanisław Zdyb.

Klemens Bachleda, uznawany przez wielu za najlepszego przewodnika tatrzańskiego swoich czasów, zginął tragicznie niedługo później podczas próby uratowania Stanisława Szulakiewicza na północnej ścianie Małego Jaworowego. Śmierć "Klimka" stała się symbolem poświęcenia ratowników TOPR.

Poświęcenie to ani trochę nie zmieniło się aż do dziś. Tak jak surowe wymogi stawiane kandydatom na członków TOPR. Udokumentowana działalność górska, test sprawnościowo-kondycyjny, egzamin ze znajomości topografii Tatr czy jazdy na nartach i zasad asekuracji to tylko część procesu rekrutacyjnego.

Z uroczystej przysięgi składanej w trakcie zaprzysiężenia ratowników Pogotowia:

"Dobrowolnie przyrzekam pod słowem honoru, że póki zdrów jestem, na każde wezwanie Naczelnika lub jego Zastępcy - bez względu na porę roku, dnia i stan pogody - stawie się w oznaczonym miejscu i godzinie odpowiednio na wyprawę zaopatrzony i udam się w góry według marszruty i wskazań Naczelnika lub jego Zastępcy w celu poszukiwań zaginionego i niesienia mu pomocy.

Postanowienia statutu Pogotowia i regulaminu dla członków czynnych będę wykonywał ściśle, jak również rozkazy Naczelnika, jego Zastępcy i Kierowników Oddziałów. Obowiązki swe pełnił będę sumiennie i gorliwie, pamiętając, że od mego postępowania zależne być może życie ludzkie".

Niezawodny nos ratownika

Media cyklicznie informują o absurdalnych incydentach z udziałem roszczeniowych turystów, traktujących helikopter TOPR niczym taksówkę. Niemal co roku grupę piechurów zaskakują zimą nad Morskim Okiem zapadające ciemności, zdarzają się też osoby zmęczone, które uważają, że w tej sytuacji obowiązkiem ratowników jest zwiezienie ich w dół, najlepiej prosto na Krupówki.

To oczywiście temat bardzo nośny, ale wciąż tylko niewielki ułamek codzienności pracowników Pogotowia, i najlepsza odpowiedź na pytanie: kiedy nie wzywać na pomoc ratowników?

Lwia część ich obowiązków skupia się na prowadzeniu działań ratowniczych w górach i na zorganizowanych terenach narciarskich, opracowaniu komunikatów pogodowych (zimą - szczególnie ważne są ostrzeżenia lawinowe, koniecznie trzeba je śledzić przed wyjściem na szlak) oraz prowadzeniu szkoleń dla ratowników górskich i narciarskich.

Ratownicy - w tatrach TOPR, w innych zakątkach Polski zjednoczeni pod szyldem GOPR - służą nie tylko pomocą w razie wypadku, ale też radą. Warto zajrzeć do ich dyżurki w schronisku, skonsultować planowaną trasę wycieczki, zapytać o warunki. Żadna prognoza pogody nie powie wam tyle, co nos doświadczonego ratownika.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne