Reklama

Reklama

Iran, USA, Europa. Jak doszło do tego, że świat stanął na krawędzi wojny

Będzie odwet, który doprowadzi do wojny? Czy jednak Trump uzna, że nikomu się to nie opłaca? W zalewie informacji o możliwych, choć ciągle trudno przewidywalnych konsekwencjach zamachu na irańskiego generała Sulejmaniego, umyka coś innego. Choć równie ważnego. Bo do takiego wzrostu napięcia doszło na pewno nieprzypadkowo.

Eskalacja na Bliskim Wschodzie to efekt kontrowersyjnych decyzji, czasami też zaniechań, a przede wszystkim niekończącej się wojny podjazdowej. Z obydwu stron.

Reklama

Dr hab. Radosław Bania, ekspert od Bliskiego Wschodu z Uniwersytetu Łódzkiego przypomina jedną scenę sprzed lat, która dobrze pokazuje, jak to napięcie narastało. Od dawna. I jak Iran stopniowo budował wielkie wpływy poza swoimi granicami. - W 2004 roku byłem na konferencji w Londynie, na której wykład miał Gary Sick, swego czasu doradca Zbigniewa Brzezińskiego i jeden z prominentnych członków amerykańskiej Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Już wtedy mówił wyraźnie, że atakując Irak oraz zupełnie zmieniając sytuację strategiczną na Bliskim Wschodzie, Stany Zjednoczone strzeliły sobie w kolano. Że trzeba liczyć się z tym, iż Iran będzie to wykorzystywał, bo ma stworzone nowe możliwości dla swojej polityki - mówi prof. Bania.

Innymi słowy, już wówczas w amerykańskich kręgach politycznych była świadomość, że układ sił na Bliskim Wschodzie może się w najbliższych latach diametralnie zmienić. Przede wszystkim z powodu zaburzenia swoistej równowagi politycznej u czołowego gracza bliskowschodniego, czyli w Iraku.

Dzisiaj duże wpływy Iranu na Bliskim Wschodzie dotyczą przede wszystkim obszaru, który można nazwać "półksiężycem szyickim". Chodzi o pas ziemi biegnący od Iraku, przez Syrię, aż do Libanu.

Na czym polega specyfika polityki irańskiej?

- Wzrost znaczenia Iranu stał się niewątpliwie najbardziej problematyczny. A Teheran stara się wpływać na otoczenie, wykorzystując do tego słabość i wojny domowe, które toczą się w sąsiednich krajach, czyli w Iraku, Syrii czy Jemenie - mówi dr Łukasz Fyderek z Instytutu Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ. 

I dodaje: - Specyfiką polityki irańskiej jest to, że Teheran nawiązuje relacje nie z państwami (poza Syrią, gdzie rząd Asada jest dla niego formalnym sojusznikiem), ale z ruchami polityczno-religijno-militarnymi, opartymi o ludność szyicką.

W Iraku są to np. Ludowe Jednostki Obrony, w Libanie - Hezbollah, w Jemenie - Ansar Allah.

Co spowodowało, że te wpływy w ostatnich latach znacznie się powiększyły, a zabity generał Sulejmani, potężny szef wywiadu i przywódca elitarnych jednostek Al-Kuds mógł czuć się w wielu sąsiednich krajach niemal jak u siebie? W największym skrócie przyczyniły się do tego dwa wydarzenia, w zasadzie diametralne różne, za którymi - paradoksalnie - stali Amerykanie. Najpierw inwazja na Irak, gdy w 2003 roku został obalony Saddam Husajn, a 10 lat później brak interwencji w Syrii, mimo przekroczenia "czerwonej linii" przez prezydenta Asada i użycia broni chemicznej.

Obalenie sunnickiego dyktatora, chaos wywołany w kolejnych latach, arabska wiosna, a potem jeszcze wojna z nowym wrogiem, tzw. Państwem Islamskim, spowodowały, że władze w Teheranie poczuły się pewniej. "Do 2003 roku była zupełnie inna konfiguracja polityczna na Bliskim Wschodzie, więc istniała naturalna bariera do poszerzania wpływów przez Iran. Jego możliwości działania były ograniczone" - mówi Radosław Bania.

Gdy potem - po wybuchu arabskiej wiosny, po rozpoczęciu długiej wojny domowej w Syrii i po pojawieniu się PI - doszło do kolejnej destabilizacji systemu regionalnego, Iran mógł jeszcze bardziej zaangażować się we wpływ na sytuację geopolityczną na Bliskim Wschodzie. I chętnie to zrobił.

Jest jeszcze jeden bardzo istotny element, na który trzeba zwrócić uwagę. Religijny. "Jeśli Republika Islamska zbudowała swoje wpływy na tych terenach, to w oparciu o społeczności szyickie. Iran ma możliwości wpływu na sytuację polityczną przede wszystkim tam, gdzie może odwoływać się do różnic i napięć między sunnitami i szyitami" - mówi prof. Bania.

Jak krok po kroku wzrastało napięcie. Sześć punktów

Poważne napięcia na linii administracja Trumpa - Iran narastały od półtora roku. W zasadzie można je podzielić na sześć etapów, które krok po kroku przybliżały i ostatecznie doprowadziły do otwartego konfliktu.  

Zaczęło się od amerykańskiej rezygnacji z porozumienia nuklearnego, które zostało w bólach wynegocjowane w 2015 roku w Wiedniu przez Baracka Obamę wespół z partnerami z Europy i z Chin. Zgodnie z ustaleniami Teheran miał zaprzestać prac nad programem atomowym w zamian za zniesienie sankcji ekonomicznych. Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej nie zgłaszała zastrzeżeń do realizacji umowy przez władze Iranu, a jednak w maju 2018 Donald Trump postawił na nim krzyżyk. Szybko i stanowczo. Bez żadnych wątpliwości.

Co więcej, w Teheran uderzyły kolejne sankcje, w rożne punkty gospodarki, w sektor bankowy, naftowy i gazowy, przyczyniając się do poważnego spadku wartości riala.

Nie trzeba było długo czekać, aby Iran ze swojej strony ogłosił wycofanie się z porozumienia atomowego. W lipcu ubiegłego roku pojawiła się zapowiedź wzbogacania uranu do poziomu powyżej dozwolonego, z 3,67 proc. do 4,5 proc. (wartość potrzebna do wyprodukowania bomby jądrowej to ok. 90 proc.). Władze w Teheranie przyznały też, że zasoby wzbogaconego uranu przekraczają 300 kg.

Jednocześnie na innym polu toczyła się wojna wokół sankcji, bo Iran starał się obchodzić blokady nałożone przez Waszyngton na eksport ropy. W jaki sposób? Rejestrując swoje transportowce za granicą.

Kolejnym elementem cichego konfliktu była "wojna dronów", która zaczęła się w czerwcu ubiegłego roku. Amerykański dron został zestrzelony przez Irańczyków, którzy uznali, że znalazł się w ich przestrzeni powietrznej. W odpowiedzi Trump zarządził punktowe ataki, ale "10 minut przed uderzeniem", jak napisał, wycofał się z tego. Najpoważniejsze uderzenie nastąpiło w połowie września - na infrastrukturę naftową w Arabii Saudyjskiej, sojusznika USA i największego rywala regionalnego Iranu w Zatoce, znacznie zakłócając zdolność produkcji państwowej firmy Aramco. Amerykanie oskarżyli Teheran o atak.

Do ostatniego akordu tej wojny podjazdowej, tuż przed zabiciem Sulejmaniego, doszło w grudniu. Najpierw wojska amerykańskie zabiły w nalotach 25 członków proirańskiego Hezbollahu, wreszcie tłum podburzany najpewniej przez milicje szyickie wdarł się nieznacznie na teren rozległej ambasady USA w Bagdadzie.

Z tych wszystkich elementów odejście od porozumienia nuklearnego jest jednak kluczowe. Dlaczego zostało zerwane i co za tym stoi? To jedno z kluczowych pytań, aby zrozumieć obecną sytuację.

Kryzys nuklearny, czyli każdy robi, co chce

Do wypracowania porozumienia nuklearnego z Teheranem doszło w 2015 roku na tle rosnącego - choć często nieformalnie dzięki m.in. Sulejmaniemu i jego elitarnym jednostkom - wpływu Iranu w regionie. Architektami umowy byli Barack Obama, poprzedni prezydent USA, wspólnie z przywódcami europejskimi (Francja, Niemcy, Rosja) i Chinami.

Dzisiaj Donald Trump mówi, że "nigdy nie dopuści do tego, aby Iran miał bombę". Jak to pogodzić ze stanowczym wycofaniem się z porozumienia, które właśnie miało temu zapobiegać? To jedna z tych sprzeczności, którymi prezydent USA lubi zasypywać szczególnie media społecznościowe.

- Z danych, do których mamy dostęp, wynika, że Iran prowadził politykę respektowania wiedeńskich postanowień. Jednak Trump od początku był przekonany, że to porozumienie było błędem, że potrzebne są twardsze rozwiązania wobec Iranu i realne odstąpienie od jakichkolwiek działań nuklearnych. Amerykański prezydent przyjął, że umowa wynegocjowana przez Obamę może tylko odroczyć, ale nie uniemożliwi Iranowi wejście w posiadanie bomby - mówi prof. Radosław Bania. I zwraca uwagę na istotną rolę najbliższych sojuszników USA w regionie, czyli Izrael oraz Arabię Saudyjską, jednocześnie największych przeciwników Iranu. 

Na to samo wskazuje dr Łukasz Fyderek. - Gdy Teheran połączyłby swoje kompetencje w zakresie broni, nawet konwencjonalnej, ze zdolnościami dyplomatycznymi, z siatką ugrupowań polityczno-religijno-militarnych i do tego jeszcze z rozwojem gospodarczym, którego oznaki zaczynały się pokazywać, byłby jeszcze bardziej dominujący. A ta sytuacja była kolei nieakceptowalna dla Arabii i Izraela, najważniejszych amerykańskich sojuszników w regionie - mówi.

Jest jednak jeszcze jeden istotny element, może nawet w tej sprawie kluczowy. - Gdy sankcje zostały zniesione, część firm zachodnich liczyła na kontakty z Iranem. Innymi słowy, dostęp do rynku irańskiego został bardziej otwarty, ale być może okazało się, że Stany Zjednoczone nie odnoszą z tego tytułu spodziewanych korzyści, w przeciwieństwie do innych sygnatariuszy porozumienia. Można przypuszczać, że Trump doszedł do takiego wniosku - wskazuje prof. Bania.

USA - Europa, czyli rozbieżności w polityce bliskowschodniej

Przy okazji zabójstwa Kasema Sulejmaniego uwidoczniły się również rozbieżności w polityce bliskowschodniej między Stanami Zjednoczonymi a Europą. I nie chodzi bynajmniej o to, że prezydent Trump nie poinformował nikogo o planowanej akcji, nawet najbliższych mu Brytyjczyków. Choć trzeba też podkreślić, że żaden z europejskich sojuszników - ani Wlk. Brytania, ani Niemcy, ani Francja - nie potępił tego zamachu. Dlaczego? Jak słychać w Brukseli, "nikt tam nie płakał" za Sulejmanim, ale również dlatego, że wszyscy mają świadomość, że amerykańskie przywództwo militarne w koalicji międzynarodowej na Bliskim Wschodzie jest ciągle konieczne.

A jednak strategiczne różnice są widoczne. Być może najbardziej kluczowa dotyczy walki z teoretycznie pokonanym Państwem Islamskim. Otóż Europejczycy są zdania, że ta wojna z dżihadystami wcale się nie skończyła, o czym świadczy ostatnia wspólna deklaracja Angeli Merkel, Borisa Johnsona i Emmanuela Macrona. Przywódcy Niemiec, Wlk. Brytanii oraz Francji, oprócz apelu do władz Iranu o niewycofywanie się z porozumienia nuklearnego, uznali również, że walka z PI to nadal "priorytet".

Dla Amerykanów priorytety są natomiast inne, szczególnie teraz, gdy chcą wzmocnić obronę przed potencjalnymi atakami z Teheranu.

Rozbieżności widać zresztą po raz kolejny. Mówiąc dokładniej, to jest co najmniej ich czwarty etap. Pierwszym była inwazja na Irak w 2003 roku. Niemcy, a szczególnie Francja próbowały przekonać USA, że to nie jest dobry pomysł. Ze strony prezydenta Chiraka padły wtedy nawet mało dyplomatyczne słowa pod adresem Polski i innych krajów stających u boku USA ("nie wykorzystali okazji, aby siedzieć cicho"), choć po latach okazało się, że konsekwencje amerykańskiej decyzji są widoczne do dzisiaj.

Potem było rozbicie porozumienia nuklearnego i jednostronne odstąpienie od niego przez administrację Trumpa, odwrócenie się od Kurdów, choć byli sojusznikami w wojnie z bojownikami PI, a teraz wzrost napięcia z Teheranem, co Europie jest bardzo nie na rękę.

Przypomnijmy bowiem, że były podejmowane różne zabiegi, także niedawno, aby zbliżyć stanowiska USA i Iranu. Na ostatni szczyt G7 w Biarritz prezydent Macron zaprosił - trochę zaskakując amerykańskiego prezydenta - irańskiego szefa dyplomacji Mohammada Dżarifa Zavada. Najwyraźniej nie obniżyło to napięcia.

- W oświadczeniu Trumpa po irańskim ataku zwraca uwagę jedna rzecz - że Stany Zjednoczone nie potrzebują już Bliskiego Wschodu jako regionu, który dostarcza im surowców energetycznych - mówi prof. Bania. - Choć trudno mi sobie jednak wyobrazić, że - mimo przesunięcia bardziej na Wschód - Amerykanie nie będą jednak chcieli zachować swoich wpływów w regionie - zaznacza.

Dr Fyderek dodaje: - Ale ich wyjście też jest całkiem możliwe, nie mówiąc o redukcji zaangażowania na Bliskim Wschodzie. Odpowiadałoby to strategii bardziej długofalowej.

Remigiusz Półtorak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje