Reklama

Reklama

Eksperci o dokumentach dot. TW "Bolka"

W czytelni Instytutu Pamięci Narodowej przy ul. Kłobuckiej 21 w Warszawie udostępnione zostały dokumenty dotyczące TW "Bolka" znalezione w domu wdowy po generale Czesławie Kiszczaku. Treść udostępnionych materiałów komentują eksperci.

"Nie mamy pewności, czy teczki TW "Bolka" są autentyczne"

Jak dotąd nie mamy pewności, czy dokumenty dotyczące TW "Bolka", znalezione w mieszkaniu generała Czesława Kiszczaka, są prawdziwe - powiedział dr hab. Jan Skórzyński, historyk. Te dokumenty nigdy nie zostały użyte - podkreślił.

Reklama

"Ta strzelba nigdy nie wystrzeliła, a więc można się pytać, czy tam były naboje. Według mnie jest to poważna przesłanka, żeby nie spieszyć się z kategoryczną opinią w sprawie prawdziwości tych materiałów" - ocenił Skórzyński, odnosząc się do ujawnionych w poniedziałek przez IPN akt.

Skórzyński podkreślił, że "jak dotąd nie mamy pewności", czy znalezione w mieszkaniu Kiszczaka materiały są autentyczne. "One nigdy nie zostały użyte, one nigdy nie zostały wykorzystane. To dla mnie w tej sprawie jest jedna z większych zagadek. Jeżeli Służba Bezpieczeństwa, a jeszcze bardziej kierownictwo partii, dysponowałoby takimi dokumentami, które mogłyby zdelegitymizować Lecha Wałęsę w oczach opozycji, w oczach jego kolegów, to powinni byli ich użyć" - przekonywał.

Zdaniem historyka, był "cały szereg momentów", kiedy ujawnienie akt "Bolka" mogłoby być dla władz PRL korzystne. "Zwłaszcza wtedy, gdy Lech Wałęsa odmówił podjęcia współpracy politycznej z władzami stanu wojennego w 1982 roku - o czym wiemy na pewno, że była formuła, która miała umieścić go na czele +łże-Solidarności+. Gdy już odmówił, można było próbować zmusić go do kolaboracji z władzą za pomocą takich właśnie materiałów" - powiedział.

"A jednak nigdy tak się nie stało; ani wtedy, ani po otrzymaniu przez Wałęsę nagrody Nobla, ani przed przystąpieniem do rozmów okrągłego stołu, co też byłoby bardzo korzystne do wyeliminowania Lecha Wałęsy czy osłabienia bardzo poważnego Solidarności w oczach jej zwolenników i działaczy podziemia, na których na pewno to by zrobiło wrażenie" - dodał Skórzyński.

Pytany, czy SB nie mogła obawiać, się, że Wałęsę może na czele Solidarności zastąpić ktoś bardziej radykalny i mniej od niego przewidywalny, Skórzyński ocenił, że "tego typu myślenie to dopiero jest rok 1989". "Wcześniej to właśnie Lecha Wałęsę uważano za radykalnego, przynajmniej w porównaniu z niektórymi jego doradcami czy też ludźmi Kościoła, którzy współpracowali przecież z Wałęsą" - zaznaczył.

Historyk odniósł się również do treści odnalezionego wraz z aktami TW "Bolka" listu Kiszczaka do dyrektora Archiwum Akt Nowych. Według Skórzyńskiego treść znalezionego wraz z materiałami na temat TW "Bolka" listu Kiszczaka to "po prostu element gry". "Nie można wyciągać z tego wniosków na temat jego np. planów politycznych. W żadnym wypadku nie był człowiekiem, który by w obozie PZPR tworzył jakąś grupę proreformatorską" - przekonywał.

Jak dodał, list nie jest również godny "wielkich głębokich interpretacji". "Jakiś pomysł za tym stał, ale który nie został zrealizowany. Listy, które nie zostały wysłane, nie istnieją" - powiedział.

W ocenie Skórzyńskiego "gen. Kiszczak był człowiekiem, który lubił się prezentować jako taki kulturalny policjant, policjant-dżentelmen". "Lubił załatwiać jakieś sprawy indywidualne, osobiste, zgadzać się na jakieś ułatwienia wobec niektórych swoich przeciwników politycznych. Jest to element budowania przez generała własnej legendy prawdziwego patrioty. Podobne tony można zresztą dziś usłyszeć z ust jego żony" - dodał.

"Publikacja akt Kiszczaka to zastąpienie prawdy igrzyskami"

Profesor Karol Modzelewski negatywnie ocenia udostępnianie dokumentów z archiwum generała Czesława Kiszczaka przez IPN. Historyk i dawny działacz opozycji demokratycznej z uznaniem wypowiada się o słowach prezesa IPN, który powiedział, że dokumenty autentyczne nie zawsze muszą zawierać informacje prawdziwe. 

Natomiast w jego opinii, opublikowanie dokumentów przed przeprowadzeniem analizy grafologicznej to gra na złych emocjach. Nie usprawiedliwia tego nawet - zdaniem historyka - tłumaczenie prezesa IPN, że natychmiastowego ujawnienia akt domagała się opinia publiczna. 

"To jest ustępstwo przed złymi emocjami, takimi które krzywdzą nie tylko Wałęsę, ale również tych wszystkich prostych ludzi, którzy tym emocjom ulegają" - powiedział Modzelewski. Powołuje się też na notatkę majora SB odpowiadającego za Biuro Studiów MSW, które miało skompromitować Wałęsę jako agenta w oczach komitetu noblowskiego. 

"Major Seliński napisał do generała Kiszczaka, że zadaniem Biura Studiów było od początku wyprodukowanie takich dokumentów fałszywych lub podfałszowanych, które by przedłużyły agenturalny związek" - powiedział. 

Historyk nie przywiązuje dużej wagi do kontaktów służb z Wałęsą, który w grudniu 1970 roku nie znał przysługujących mu praw. "Widział tylko, że na jego oczach ludzi zabijano, absolutnie miał prawo uważać, że jego spotka taki sam los jakby stawiał się tym esbekom i oczywiście odpowiadał na ich pytania, a potem oni musieli jakoś ten protokół sformalizować" - tłumaczył.

Dla Modzelewskiego dowodem, że Wałęsa nie był kontrolowany przez bezpiekę, jest jego późniejszy opór z czasu internowania.

"Teczka mogła być elementem szantażu politycznego"

Historyk doktor habilitowany Tadeusz Rutowski z Instytutu Historycznego UW podkreśla, że znaczną cześć dokumentacji z ujawnionych materiałów badacze znali już wcześniej w postaci opisów i streszczeń esbeków. Do tej pory nie było jednak kompletu dokumentów.

Rozmówca IAR zaznacza, że nie było np. pokwitowań odbioru pieniędzy, tylko informacja, że je wypłacono. Zdaniem Rutkowskiego, fakt, że teczkę znaleziono w domu gen. Kiszczaka, może oznaczać, że mogła ona być elementem szantażu politycznego. 

Wśród dokumentów znaleziono również kartkę z odręcznym pismem gen. Kiszczaka do dyrektora Archiwum Akt Nowych w Warszawie, datowaną na 5 kwietnia 1996 roku. Generał prosi, by dokumenty ujawnić nie wcześniej niż pięć lat po śmierci Lecha Wałęsy.

Zdaniem Tadeusza Rutkowskiego, list świadczy o tym, że "chciano teczkami zagrać". Doktor twierdzi, że chodziło o przykrycie sprawy Olina, czyli Józefa Oleksego, o uciszenie Wałęsy jako wodza buntu przeciwko prezydentowi Aleksandrowi Kwaśniewskiemu.

"Ta klauzula, że pięć lat po śmierci Wałęsy jest chyba takim zabiegiem mającym chronić Kiszczaka przed oskarżeniem o granie teczkami" - mówi Tadeusz Rutkowski.

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację
Wasze komentarze
No hate

Dodawanie komentarzy pod tym artykułem zostało wyłączone

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym, nasyconym nienawiścią komentarzom, niezależnie od wyrażanych poglądów. Jeśli widzisz komentarz w innych serwisach, który jest hejtem – wyślij nam zgłoszenie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne