Uczulić urzędników na pamiątki z przeszłości

Na terenie Polski wciąż są ukryte zrabowane przez Niemców dzieła sztuki, ważne dokumenty i pamiątki z czasów II wojny światowej. Jednak nawet zlokalizowanie skrytek nie daje gwarancji, że ktoś oficjalnie się nimi zainteresuje - mówi Włodzimierz Antkowiak, pisarz i przewodniczący Międzynarodowej Agencji Poszukiwawczej.

Ewa Wysocka, Interia: Jest pan przewodniczącym MAP zajmującej się m.in. rozwiązywaniem zagadek przeszłości.

Reklama

Włodzimierz Antkowiak, pisarz i przewodniczący Międzynarodowej Agencji Poszukiwawczej: Agencja powstała w 1994 roku i do 2003 roku zajmowaliśmy się poszukiwaniami. Od 2003 roku od zajmujemy się zbieraniem informacji o ukrytych skarbach i przekazywaniem ich muzeom, ministerstwom, instytucjom. Przypomnę, że skarb to cenny przedmiot lub zbiór przedmiotów ukryty w celu przechowania lub zabezpieczony. MAP tworzą głównie naukowcy. Ostatnio powiedziano o nas - pejoratywnie - że jesteśmy już tylko grupą przyjaciół. Podobało mi się to określenie.

Rozpocznijmy rozmowę od wielkich skarbów. Należy pan do grona osób, które uważają, że Bursztynowa Komnata nie spłonęła w czasie II wojny światowej podczas bombardowania Królewca.  

- Jestem przekonany, że Bursztynowa Komnata wciąż istnieje. Nigdy nie znaleziono dowodów na to, że spłonęła. Dla mnie to są spekulacje innych autorów. Gdyby zostałaby zniszczona, na pewno istniałby jakiś przekaz, informacja - a tych nie ma. Jestem też przekonany, że Niemcy doskonale wiedzą gdzie jest ona ukryta, ale nie ruszają jej żeby nie drażnić Rosjan.

Bursztynowa Komnata jest ukryta - pana zdaniem - na terenie Polski.

- Tak, być może na terenie Polski. To przypuszczenie jest uzasadnione. Wiadomo, że wiele transportów z Królewca trafiło do nas. Często na prowincję, do ówczesnych pałaców, gdzie zabytki zabezpieczano. W Polsce prowadzono poważne i oficjalne poszukiwania Bursztynowej Komnaty. Robiono to na podstawie wiarygodnych informacji. Między innymi w gospodarstwie w Ząbkowicach Śląskich, w czasie stanu wojennego. Pojawiła się wtedy informacja, że na terenie gospodarstwa ukryto transport z Królewca. I to była prawdziwa informacja. Rozryto całe hektary pola, a o postępach prac codziennie meldowano Mieczysława F. Rakowskiego.  

- Komnaty szukano też na zamku w Pasłęku, też po informacji, że ukryto tam transport z Królewca. To też była prawda, ale chodziło o Srebrną Bibliotekę księcia Albrechta Hohenzollerna - to ten, który sekularyzował Zakon Krzyżacki. Bibliotekę odnaleziono wcześniej i jest teraz w Toruniu. Zgodę na jej przewiezienie wydał Bierut.  

Czyli można przypuszczać, że Bursztynowa Komnata jest największym skarbem ukrytym na terenie Polski....

- Moim zdaniem, największym skarbem jest archiwum niemieckiej 17. Armii Polowej. Na Dolnym Śląsku ukrywanie zagrabionych dzieł sztuki trwało do 10 maja 1945 roku. Dopiero wtedy wkroczyli tam Rosjanie. Niemcy mieli dużo czasu, żeby wszystko dobrze schować. A zajmowali się tym właśnie żołnierze 17. armii. Wszystkie protokoły z akcji ukrywania zabytków przekazywali do dowództwa stacjonującego w Wałbrzychu. Archiwum Wehrmachtu zostało wprawdzie znalezione przez Amerykanów i teraz jest w Bibliotece Kongresu USA, ale brakuje w nim dokumentów z ostatnich tygodni wojny, kiedy armia stacjonowała na Dolnym Śląsku. Czyli nie ma najważniejszych protokołów, gdzie i co jest ukryte. Wiadomo tylko, że archiwum ukryto w okolicach Wałbrzycha. Kto je znajdzie, będzie miał klucz do wszystkich skrytek.  

Ktoś jednak musiał o tym wiedzieć.

- O miejscu ukrycia nie wiedział po wojnie nawet niemiecki rząd. Pamiętajmy, że esesmani nie przekazali rządowi wielu informacji. Zrobili to umyślnie, bo po wojnie pułkowników i generałów III Rzeszy zdegradowano i uznano za nazistów, odebrano im wszelkie przywileje. Oni zaś uznali, że zostali zdradzeni. A wśród esesmanów panowało silne koleżeństwo. Podwładni byli lojalni wobec wyższych szarżą. Tych informacji nie mają niemieccy urzędnicy. Z pewnością.  

Przed kilkoma dniami wyszła pańska książka "Depozyt Ollenhauera". To opowieść o poszukiwaniu i odnalezieniu skarbu ukrytego na Dolnym Śląsku przez nazistów. W tej fikcji jest trochę prawdy.

- Tak, przed laty odnalazł mnie Niemiec. Zamożny pan, właściciel zamku. Długo mnie szukał, ale był bardzo uparty i wreszcie mnie dopadł. Chciał, żeby Agencja zajęła się oficjalnymi poszukiwaniami dzieł sztuki ukrytych w jednej z kopalń. To były zabytki zwiezione tam z 60 niemieckich muzeów na Dolnym Śląsku. Dokładne dane miejsca ów Niemiec miał od oficera SS, który je ukrywał, był dowódcą jednego z konwojów. Mój gość nie chciał wskazać miejsca za darmo, ale też na prośbę esesmana nie chciał tych informacji oddać Niemcom. Mimo że był przesłuchiwany przez Niemców, po śmierci esesmana przeszukano jego biuro i dom. Szukano danych dotyczących skrytki. Ale on był lojalny, nie wydał.

Scenariusz jak z filmu...

- Niestety, bez happy endu. Przez kilkanaście lat rozmawiałem na ten temat z Ministerstwem Kultury i Sztuki. Do poziomu dyrektora departamentu rozmowy były przyjazne, im wyżej - tym trudniejsze. Nikt nie mógł się zdecydować na podpisanie umowy. Mimo że zobowiązaliśmy się tego szukać na własny koszt i własne ryzyko. Czyli - jeśli informacja okazałaby się fałszem, to ministerstwo nie straciłoby prestiżu. Niemiec zaś cierpliwie czekał.

I dalej czeka?

- Stracił nagle zainteresowanie tematem. Stąd wyciągnąłem wniosek, że nie ma już czego szukać. Ale żyje i ma się świetnie, prosperuje, handluje płynnymi paliwami. Mogę się tylko domyślać, jak to się rozegrało. Pewnie doszedł do wniosku, że skoro Polacy są głupi, to niech to wszystko wezmą Niemcy. Moją interpretację wydarzeń opisałem w książce.

W książce dzieła sztuki są przemycane przez granicę przez TIR-y.

- Przemycić dzieło sztuki nie jest trudno. Łatwo się to robi. Firma spedycyjna wystawia świadectwo, a na granicy celnik sprawdza albo nie sprawdza. Zdarza się, że przez granicę przejeżdżają TIR-y, których nikt nie skontroluje.

Napisał też pan książkę o “złotym pociągu". Nie uwierzył pan w niego zanim poszukiwania zakończyły się fiaskiem. 

- Tak, napisałem w niej, że to bzdura i poszukiwacze byli dotknięci. Bo to była ewidentna bzdura To nie był zresztą pierwszy "złoty pociąg". Szukano go wcześniej w Miechowicach. Tam też miała być wyimaginowana sztolnia, worki diamentów i wrocławskie złoto, które nigdy nie istniało.   

Ale akurat tym wydarzeniom sekundowała cała Polska, z urzędnikami włącznie.

- Owszem. Ale trzeba pamiętać, że w Polsce nie ma procedur dotyczących poszukiwania skarbów. Trzeba samemu - jak w dżungli - wycinać sobie ścieżkę. Często byliśmy chętni do pomocy jedynie za zwrot kosztów, ale nie mieliśmy z kim rozmawiać. Teraz, kiedy zaprzestaliśmy czynnych poszukiwań nie wiadomo, kto powinien tego szukać. My od lat udzielamy tylko informacji.

A czy zdarzyło się, że mając konkretne dane nie mogliście się przebić przez urzędnicze decyzje?

- Wiele razy. Na przykład w przypadku kilku tysięcy zdjęć z powstania warszawskiego ukrytych na podwórku przy Wilczej. Informacja o skrytce pochodzi od człowieka, który był przy ich ukrywaniu. Zgłaszałem to, gdzie tylko mogłem. Pamiętam, że dzwoniła kobieta z Muzeum Powstania Warszawskiego, chciała tego szukać. Jednak sprawa utknęła gdzieś w martwym punkcie. Wciąż się z nimi nic nie dzieje, mimo że to niezwykle cenna rzecz.

To smutne. Coś więcej?

- Dostałem też list od człowieka, który chciał żebym szukał skrytki AK i WiN-u (Wolność i Niezawisłość - antykomunistyczna organizacja założona w 1945 r. - przyp. E.W.) Chciał wskazać jej miejsce a w zamian prosił, abym zobowiązał się do opieki nad grobem jego przyjaciela. Znalazł mnie po 1991 roku, po wyjściu mojej pierwszej książki, “Nie odkryte skarby. Przewodnik dla poszukiwaczy". To było krótko po upadku PRL-u, nikt wtedy nie myślał o żołnierzach wyklętych. Ten człowiek był niezwykle ostrożny. Myślał, że o tych rzeczach wciąż publicznie się nie mówi. W liście napisał, że w skrytce są stare książki, druki, plakaty z wykazem powieszonych i rozstrzelanych, przedwojenne mapy. Jest w niej też lista 27 żołnierzy wyklętych, którzy byli na ostatnim spotkaniu - w listopadzie 1955 roku. Inna lista zawierać ma dane policjantów i ubowców. Nazwiska niektórych - jak napisał - wiszą na tablicy pamiątkowej pod słowami: “Zginęli za wolną Polskę".

I wskazał dokładne dane miejsca ukrycia?

Skrytka z dokumentami miała zostać ukryta w grobowcu. Długo trwało zlokalizowanie cmentarza, bo kapliczka, której fotografię mi przesłał nie jest wpisana na listę zabytków. Pamiętam, że pokazywałem ją w telewizji. Dzięki pomocy widzów udało nam się ją zlokalizować. Jest na Kielecczyźnie. Od dwóch lat próbuję zainteresować kogoś tymi wskazówkami. Zawiadomiłem IPN w Kielcach, a potem w Krakowie - nie odpowiedzieli. Wojewódzki urząd konserwatora napisał, co mam zrobić, żeby szukać. A ja nie chcę szukać, tylko wskazać miejsce. Jestem gotów przekazać te informacje każdemu zainteresowanemu urzędnikowi. Muszę mieć jednak gwarancję, że poważnie je potraktuje. Nic za to nie chcę. Będzie mi miło jeśli dostanę podziękowanie.

Rozmawiała Ewa Wysocka

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje