Reklama

Reklama

By było nas więcej...

"Dzieci i ojcowie w Polsce mają naprawdę ciężko"

Najciężej było przebić się przez betonową ścianę stereotypów, głoszących, że to mężczyzna musi być tym złym. Nieustannie musiałem udowadniać, że tym razem to ojciec i dziecko są ofiarami, a nie matka - mówi Łukasz Kołton, tata małej Nikoli. Z matką dziewczynki przez prawie półtora roku walczył o opiekę nad dzieckiem.

Spotykamy się w jednej z krakowskich kawiarni. Łukasz przychodzi z córką Nikolą - uśmiechniętym małym człowiekiem. Podczas naszej prawie godzinnej rozmowy dziewczynka siedzi grzecznie w wózeczku. Chyba że akurat chce pić, albo sprawdzić zawartość mojej kosmetyczki. Łukasz jest na wszystko przygotowany - ciasteczka i butelka czekają w pogotowiu, podobnie jak niesłychanie ciekawy dla takich maluchów pęk kluczy.

Reklama

Nikola ma 20 miesięcy, niebieskie, duże oczka i krótkie, rude włoski. Od ponad miesiąca mieszka z tatą. Tak zdecydował sąd. Z mamą widuje się tylko w weekendy.

Historia Łukasza i Nikoli to przypadek jakich w Polsce niewiele. Wciąż bowiem rzadko zdarza się, by sąd zdecydował o powierzeniu opieki nad dzieckiem jego ojcu. Nawet gdy matka w rażący sposób zaniedbuje syna czy córkę. W wypadku Nikoli rodziców podzieliła przemoc. Tylko, że wbrew stereotypowi tym razem biła kobieta.

Agnieszka Waś-Turecka, INTERIA.PL: Dlaczego musiał pan walczyć o prawo do opieki nad córką?

Łukasz Kołton, tata 20-miesięcznej Nikoli: - Ponieważ z powodu skłonności do przemocy nie mogła jej sprawować mama Nikoli.

- Nasz związek był ogólnie bardzo burzliwy, z uwagi na dziwne czy niestandardowe zachowania mojej byłej partnerki. Ponieważ rodzice wyrzucili ją z domu rodzinnego, po urodzeniu Nikoli  zamieszkała w Domu Samotnej Matki.

- Codziennie po pracy przychodziłem do małej, ale gdy córka miała około dwóch miesięcy, zaczęły do mnie docierać informacje, że jej mama jest wobec niej agresywna. To wtedy złożyłem wniosek do sądu o przejęcie opieki nad dzieckiem. Powiadomiłem też prokuraturę i Rzecznika Praw Dziecka.

Matka nie stawiała przeszkód, gdy przychodził pan do Nikoli?

- Początkowo nie, ale z czasem oskarżyła mnie - klasycznie w naszym kraju - o stosowanie przemocy i moje kontakty z dzieckiem zostały wstrzymane. Od stycznia do maja zeszłego roku w ogóle nie widziałem córki.

- W domu samotnej matki - miejscu, gdzie przebywają same kobiety - mężczyźnie jest bardzo ciężko. Tym bardziej jeśli pojawiają się jakieś dziwne oskarżenia. Obrona przed nimi jest praktycznie niemożliwa.

Jak wyglądał sam proces o przyznanie opieki i dochodzenie prokuratury w sprawie przemocy stosowanej przez mamę Nikoli? Musiał pan dostarczyć dowody?

- Tak. Miałem esemesy i nagrania. Prokuratura zdecydowała jednak o umorzeniu postępowania. W Polsce to niestety standard - prokuratura prawie zawsze umarza postępowanie, gdy ofiarą jest dziecko lub mężczyzna, a stawia zarzuty, gdy ofiarą jest kobieta.

Dlaczego?

- Podejrzewam, że wśród prokuratorów wciąż pokutują stereotypy dotyczące mężczyzn. W tym przypadku stwierdzono na przykład, że wprawdzie doszło do naruszenia nietykalności cielesnej dziecka poprzez uderzanie w policzek, ale nie dopatrzono się w tym znamion czynu z art. 207 KK, czyli znęcania się psychicznego i fizycznego nad dzieckiem. Oczywiście się z tym nie zgadzałem, ale niestety nie miałem nawet możliwości zastosowania środka odwoławczego.

A sąd? Przesłuchano świadków?

- Świadkowie, którzy mogliby rzucić jakieś światło na przebieg zdarzeń, wycofali się w momencie, gdy zapukali do nich policjanci. Wtedy okazało się, że nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Tylko moje słowo zostało.

- Pomogło natomiast stwierdzenie prokuratury, że doszło do naruszenia nietykalności cielesnej dziecka. Próbowano to wprawdzie zrzucić na karb depresji poporodowej, jednak mama Nikoli już wcześniej przejawiała skłonności do przemocy. O czym zresztą sam też się na własnej skórze przekonałem.

- Ogólnie przez cały ten czas musiałem udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Dzieci i ojcowie w Polsce mają naprawdę ciężko. Kiedy złożyłem wniosek o powierzenie mi tymczasowo wykonywania pieczy nad dzieckiem, sąd uznał, że nie udowodniłem swoich predyspozycji do bycia rodzicem. To tak, jakby parze, której rodzi się pierwsze dziecko, odbierać malucha, bo oni przecież też jeszcze niczego nie udowodnili... Absurd. W rezultacie we wrześniu Nikola trafiła do rodziny zastępczej.

Sąd wolał powierzyć dziecko rodzinie zastępczej, a nie ojcu?

- Niestety tak. Uznano, że jako mężczyzna nie będę potrafił się nią zająć. Zacząłem szukać pomocy w MOPS-ie, ale tylko spadłem z deszczu pod rynnę. Odnoszono się do mnie tak, jakbym to ja był winien całej sytuacji, ponieważ ośmieliłem się zwrócić do sądu.

- W pewnym momencie wydawało się nawet, że ani ja, ani matka Nikoli nie dostaniemy opieki. Że córka wyląduje w rodzinie zastępczej. W życiu bym się nie spodziewał, że tam, gdzie szukałem pomocy, zostanę tak potraktowany...

- Na szczęście razem z moim pełnomocnikiem udało nam się wywalczyć okresy urlopowania, które Malutka mogła spędzać ze mną. Najpierw całe soboty, potem weekendy i święta.

Matka Nikoli też w tym czasie widywała córkę?

- W geście dobrej woli zgadzałem się, by przychodziła, jeśli chciała.

I przychodziła?

- Tak, choć czasem w "nieodpowiednim" stanie. 

W trakcie postępowania opinię musieli wydać biegli z Rodzinnego Ośrodka Diagnostyczno-Konsultacyjnego. Organizacje ojcowskie oskarżają RODK-i o stereotypowe podejście do mężczyzn. Pan też tego doświadczył?

- Niestety tak. W opinii biegłych zawarto wiele pozytywów na temat mojej wiedzy wychowawczej, ale stwierdzono, że za krótko zajmowałem się córką i nie wiadomo, czy sobie poradzę, jeśli będzie ze mną przez cały czas. Tym samym skazano Nikolę na dłuższy pobyt w rodzinie zastępczej. Proszę pamiętać, że to oczywiście wszystko w imię tzw. dobra dziecka...

Organizacje ojcowskie zarzucają RODK-om, że króluje w nich przekonanie - nieważne jaka matka, byle matka.

- Mam kontakt z ojcami, którzy mają podobne problemy. Niektórzy opowiadają naprawdę straszne historie. Biegłe z RODK-ów potrafią na przykład stwierdzić, że rażące przypadki zaniedbania dziecka nie mają istotnego wpływu na sposób wykonywania władzy rodzicielskiej przez matkę.

Jaka jest obecnie wasza sytuacja prawna? Nikola od miesiąca mieszka z panem...

- Ostateczną decyzją sądu bezpośrednie wykonywanie władzy rodzicielskiej jest w moich rękach. Matka ma ograniczoną władzę rodzicielską do współdecydowania w najważniejszych kwestiach dotyczących dziecka, czyli wychowanie, kształcenie, leczenie.

- Mnie też - z braku materialnych przesłanek, a jedynie na podstawie niespójnych przepisów prawa - ograniczono władzę rodzicielską poprzez nadzór kuratora.

Jak to wygląda?

- Kurator może w każdej chwili przyjść i sprawdzić, jaka jest sytuacja małej.

- Nie rozumiem, dlaczego sąd się na to zdecydował. W treści opinii kuratorów sporządzonych w trakcie postępowania nie ma żadnych przesłanek, by mi w ten sposób ograniczać władzę rodzicielską. Kuratorzy chwalą mnie za bardzo dobrą opiekę nad dzieckiem. Dodatkowo w samej treści uzasadnienia wyroku sądu jest bardzo dużo pozytywnych, ciepłych rzeczy na temat moich kompetencji wychowawczych.

- Przeciwko samemu kuratorowi nic nie mam, ponieważ może mi pomóc w sytuacji, gdyby matka dziecka zaczęła sprawiać jakieś kłopoty. Całkowicie niezrozumiałe jest jedynie to, że w ten sposób ograniczono mi władzę rodzicielską.

Jak reagowała na tę trudną sytuację córka?

- Część moich znajomych zwracała uwagę, że wykonałem tytaniczną pracę, by mała tego nie odczuła. Jednak to były dla niej z pewnością traumatyczne przeżycia. Myślę, że Nikola podskórnie czuła, że coś jest nie tak. Rozdzierające - także dla mnie - były zwłaszcza momenty, gdy musiałem ją oddawać opiekunom zastępczym. Płakała, wyrywała się... Mnie też się łza w oku kręciła. Ale kogo interesują uczucia ojca?

A teraz? Od ponad miesiąca jesteście razem. Jest jakaś zmiana w zachowaniu?

- Na pewno jesteśmy oboje o wiele spokojniejsi. Zwłaszcza ja - wiem, że Nikola jest bezpieczna, otoczona miłością i ma wszystko, czego potrzebuje. Staram się z nią dużo rozmawiać. Szybko się uczy. Jestem szczęśliwy. I widzę, że ona przy mnie też.

- Choć oczywiście ma czasem humory. W końcu kobieta - Skorpion. Nie wierzę w horoskopy, ale potrafi być uparta.

Które momenty z córką są teraz dla pana najprzyjemniejsze?

- Wszystkie są wspaniałe. Uwielbiam, jak się przytula, albo jak zaczyna tańczyć, gdy tylko usłyszy jakąś muzykę. Wspaniale jest móc patrzeć, jak się rozwija, jak każdego dnia uczy się czegoś nowego. Bycie rodzicem to cudowna sprawa. Nie wyobrażam sobie, że mogłoby jej w moim życiu zabraknąć.

A rzecz, z którą najmniej pan sobie radzi?

- Na razie takiej nie ma... Choć może obcinanie paznokci. Tego zdecydowanie nie lubi.

Mama Nikoli odwiedza córkę?

- Z uwagi na jej zachowanie spotkania odbywają się w sobotę i w niedzielę po dwie godziny. Na razie nie są uregulowane prawnie. To moja dobra wola, bo - mimo że nadal nie mogę się z nią dogadać - chcę, by córka miała kontakt z matką.

Co pana najbardziej deprymowało podczas walki o opiekę nad Nikolą? Był taki moment, że stwierdził pan "chyba nie dam rady dłużej"?

- Nie. Miałem oczywiście chwile zwątpienia, ale nigdy nie chciałem się poddać. Moje uczucie do malutkiej było silniejsze. Wiedziałem, że muszę przez to przejść.

- Najbardziej przerażała mnie indolencja urzędników i stronnicze podejście; przekonanie, że to mężczyzna musi być tym, który podnosi rękę. W sytuacji, gdy to ja potrzebowałem pomocy, rzucano mi kłody pod nogi. Fabrykowano "niebieską kartę"...

- To, co mówiłem, nie miało absolutnie żadnego przebicia, ponieważ jestem mężczyzną. Wcześniej nie wierzyłem, że coś takiego jest możliwe. Uważałem, że ci, którzy tracili opiekę nad dzieckiem, po prostu na to zasłużyli. Aż wreszcie sam zderzyłem się z betonową ścianą stereotypów. Nie wiem, jak by się to skończyło, gdyby nie pomoc mojego pełnomocnika, który zawsze wykazywał się zdrowym rozsądkiem i bardzo dobra orientacją w przepisach prawa.

Z jakimi reakcjami otoczenia spotykał się pan podczas walki o Nikolę?

- Miałem bardzo duże wsparcie znajomych i rodziny. Wielu przyjaciół pomogło mi przetrwać ten trudny okres. Nie byłem sam.

- Czasem, choć bardzo rzadko, spotykam się z opinią, że to z mojej winy ograniczono matce kontakty z dzieckiem. Ale to przecież nie ja się tak zachowywałem. Moje działanie nikomu nie wyrządziło krzywdy. Co najwyżej - zapobiegło tragedii!

Po tych doświadczeniach zaangażował się pan w działalność krakowskiego stowarzyszenia pomagającego ojcom.

- Tak. Są różne rodzaje stowarzyszeń ojcowskich. My, w Stowarzyszeniu "Tata Dzieciom",  skupiamy się na edukowaniu rodziców w zakresie świadomego rodzicielstwa, ze szczególnym uwzględnieniem roli ojca. Bo do prawidłowego rozwoju dziecko potrzebuje obojga rodziców.

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację