Reklama

Reklama

By było nas więcej...

Nie ma praw do dziecka, bo to zły mężczyzna jest?

Ojcowie w Polsce mają naprawdę ciężko - mówi Łukasz, tata 2-letniej Nikoli. Przez 1,5 roku walczył o córkę ze skłonną do przemocy matką dziecka. Wadliwe przepisy, stereotypy, uprzedzeni biegli... Tych problemów nie widzi jednak Ministerstwo Sprawiedliwości. Oficjalnie wszystko jest w porządku.

O co w ogóle tyle krzyku? - możecie zapytać. Przecież od wieków wiadomo, że najważniejsza w życiu dziecka jest matka, że  to jej potrzebuje i to bez niej mały człowiek nie może się obejść. Ojciec jest co najwyżej od przynoszenia do domu pieniędzy i ewentualnie weekendowych zabaw...

...

Reklama

Mam nadzieję, że powyższe herezje porządnie was oburzyły. Na wypadek gdybyście jednak mieli jeszcze jakieś wątpliwości odsyłam do książki  "Czy ojcowie się liczą?", w której Paul Raeburn, powołując się na badania z ostatnich dziesięcioleci, przekonuje, że ojciec jest tak samo ważny dla rozwoju dziecka jak matka.

 Ekspert podkreśla m.in., że maluchy, które czują ojcowską miłość i opiekę, mają wyższą samoocenę i rzadziej cierpią z powodu chorób psychicznych. Ojcowie, zajęci pracami domowymi, pomagają dzieciom zatrzeć stereotypy związane z płcią, przez co m.in. pobudzają ambicje zawodowe córek.

W świecie idealnym

Wagę relacji - zarówno z matką, jak i z ojcem - w życiu dziecka zdaje się rozumieć polskie prawo. "Zdaje się", ponieważ w zderzeniu z rzeczywistością ten idealny obraz znika. Zwłaszcza w przypadku, gdy walcząc o opiekę nad pociechą rodzice trafiają na salę sądową.

W przesłanym Interii piśmie Ministerstwo Sprawiedliwości przekonuje, że "prawo zapewnia równoprawne wykonywanie ról rodzicielskich przez ojców i matki, i nie zawiera przepisów dyskryminujących rodziców ze względu na płeć". Dodatkowo "podstawową zasadą prawa rodzinnego jest dobro dziecka, która powinna determinować wszelkie działania i decyzje sądu opiekuńczego".

Równouprawnienie rodziców mają - zdaniem urzędników - potwierdzać dane statystyczne. W 2013 roku w 4,6 proc. przypadków spraw opiekuńczych władzę rodzicielską powierzono ojcu, a w 33,8 proc. ojcu i matce. W 2003 roku wskaźniki te wyniosły odpowiednio - 3,6 proc. i 31,4 proc.

Według MS, fakt, że liczba orzeczeń w poszczególnych przypadkach utrzymuje się na zbliżonym poziomie, to wystarczający argument za tym, że dyskryminacji ojców nie ma.

Gorsza sytuacja

Tu jednak wkracza brutalna rzeczywistość, która bezlitośnie weryfikuje nawet najlepiej napisane prawo. - Ogólnie przepisy nie faworyzują żadnej ze stron, jednak praktyka może skutkować tym, że jeden z rodziców znajdzie się w gorszej sytuacji - przyznaje adwokat Wojciech Dobosz. 

Najczęściej tym rodzicem jest ojciec, a "praktyka" oznacza notoryczny w polskich sądach problem przewlekłości spraw. Bo o ile postanowienia wstępne w sprawach o opiekę nad dzieckiem można uzyskać w miarę szybko, o tyle rozpatrzenie zażalenia, w przypadku gdy nie zgadza się z nimi jedno z rodziców, to już kilka miesięcy.

- To często trwa bardzo długo i źle odbija się na dzieciach. Dla kilkulatka pół roku to szmat czasu. Po takim okresie zmiany w nastawieniu do któregoś z rodziców mogą być już nieodwracalne. Zwłaszcza gdy dzieci są małe, łatwo ulegają manipulacji - podkreśla Dobosz.

Ojciec na marginesie

W przypadku Łukasza pod pojęciem "długo" kryje się 1,5 roku frustracji, nerwów i łez. Kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, Nikola miała niecałe dwa latka i od miesiąca znajdowała się pod opieką taty. Wcześniej rodzice próbowali dzielić się obowiązkami. Jednak gdy matka zaczęła małą bić, Łukasz złożył pozew do sądu o wyłączną opiekę nad córką. Na czas procesu Nikola - decyzją sądu - trafiła do rodziny zastępczej.

Dziś te dramatyczne dni są już za nimi. Jednak swoje piętno odcisnęły. Gdy umawiamy się na rozmowę, obok mojego dyktafonu na stole natychmiast ląduje dyktafon Łukasza.

- I słusznie - powie mi potem Ireneusz Dzierżęga ze stowarzyszenia Centrum Praw Ojca  i Dziecka, które wspiera ojców walczących o opiekę nad swoimi dziećmi.  - Ojciec musi być zawsze przygotowany, ponieważ fałszywe oskarżenia ze strony partnerek to plaga. A niestety ludzie, którzy decydują w procesach o opiekę, nadal chętniej uwierzą na słowo kobiecie niż mężczyźnie...

Historii takich jak Łukasza i Nikoli nie ma wiele. 4,6 proc. przypadków to w liczbach bezwzględnych niewiele ponad 1700.

- Praktyka jest taka, że w 90 proc. spraw dzieci zostają przy matce, a ojcowie mają określone kontakty i ewentualnie zasądzone alimenty - mówi Dobosz.

Adwokatowi wtóruje Ewa Dryhusz z Biura Rzecznika Praw Dziecka: - W dalszym ciągu ojcowie, posiadający nawet dobre kwalifikacje wychowawcze, są eliminowani z życia dziecka lub ich rola jest marginalizowana.

Trzy główne problemy

Odpowiadając na te zarzuty MS przypomina o równości rodziców wobec prawa i powołuje się na orzeczenie Sadu Najwyższego z 1999 roku, według którego "błędny jest pogląd, że jeżeli matka daje gwarancje należytego wykonania władzy rodzicielskiej, to sąd rozwodowy zawsze powinien jej powierzyć wykonywanie tej władzy". Sąd powinien przyznać ją temu z rodziców, "który pełniej odpowiada wymogom związanym ze sprawowaniem pieczy nad dziećmi".

Jak wiadomo jednak, papier wszystko przyjmie, a w praktyce - zdaniem organizacji ojcowskich - problemy są przynajmniej trzy: złe przepisy, stereotypy i Rodzinne Ośrodki Diagnostyczno-Konsultacyjne.

Z pierwszym zarzutem zgadza się nawet Biuro Rzecznika Praw Dziecka, które ogólnie o machnie sądowniczej wypowiada się dość zachowawczo. - Trudno bezpośrednio upatrywać działań sądów jako celowe, mające świadomie dyskryminować ojców, ale bardziej jako powodowane niedostosowaniem przepisów prawa do zmieniających się warunków społecznych - komentuje Dryhusz.

Widać to zwłaszcza w przypadku tzw. porwań rodzicielskich. - Gdy oboje rodzice mają pełnię władzy rodzicielskiej, a jedno z nich, bez wiedzy i zgody drugiego, zmienia miejsce pobytu dziecka to takie zachowanie nie podlega żadnym sankcjom prawnym - alarmuje Dryhusz.

Wadliwe przepisy

Zdaniem Janiny Fabisiak, prezeski stowarzyszenia Forum Matek Przeciw Dyskryminacji Ojców, tę lukę w prawie z premedytacją wykorzystują matki, które chcą odciąć dziecko od ojca.

Problem stanowi m.in. art. 58 i 107 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, które - jak tłumaczy Dryhusz - przewidują automatyzm orzekania o ograniczeniu władzy rodzicielskiej jednego z rodziców, jeśli nie dojdą oni wcześniej do porozumienia. Dobosz zastrzega wprawdzie, że zgodnie z prawem sąd może, ale nie musi, wydać takiego postanowienia, jednak praktyka dowodzi czego innego. Co więcej - jak mówi Fabisiak - "w kodeksie nie jest napisane, że władzę rodzicielską należy ograniczyć ojcu, ale w większości przypadków tak to niestety wygląda".

Środowiska ojcowskie zwracają uwagę także na art. 26 Kodeksu cywilnego. - Ogólnie mówi on, że miejsce zamieszkania dziecka to miejsce zamieszkania rodziców, albo tego z nich, któremu przysługuje wyłączna władza rodzicielska - precyzuje Dobosz.

Fabisiak tłumaczy jednak, że w przypadku, gdy sprawczynią porwania rodzicielskiego jest matka i to jej na podstawie art. 58 i 107 zostaje przyznana władza rodzicielska, oznacza to wyrwanie dziecka z domu rodzinnego i utrudnienie kontaktów z ojcem.

MS najwyraźniej nie pozostało głuche na te argumenty, ponieważ - jak niedawno doniosła prasa - w resorcie trwają prace nad zmianami w kodeksie rodzinnym, m.in. w odniesieniu do wskazanych artykułów. Do czasu ich wejścia w życie MS radzi ojcom korzystać z możliwości złożenia zażalenia. To jednak - nawet jeśli odwołanie okaże się skuteczne - oznacza kilkumiesięczną rozłąkę z dzieckiem.

Zły mężczyzna

Największym jednak problemem, na który natykają się walczący o prawa do opieki na dziećmi ojcowie, są stereotypy i mentalność ludzi, którzy w całym procesie orzekania mają coś do powiedzenia - od sędziów w sądach rodzinnych i rozwodowych po biegłych z ostro krytykowanych przez organizacje ojcowskie Rodzinnych Ośrodków Diagnostyczno-Konsultacyjnych (RODK).

- Najbardziej przerażała mnie indolencja urzędników i stronnicze podejście; przekonanie, że to mężczyzna musi być tym, który podnosi rękę - wspomina Łukasz - To, co mówiłem, nie miało absolutnie żadnego przebicia, ponieważ jestem mężczyzną. Wcześniej nie wierzyłem, że coś takiego jest możliwe. Uważałem, że ci, którzy tracili opiekę nad dzieckiem, po prostu na to zasłużyli. Aż wreszcie sam zderzyłem się z betonową ścianą stereotypów.

Dobrych słów dla pracowników RODK nie znajduje też Dzierżęga. - Znam przypadki, w których opinia końcowa mówiła zupełnie co innego, niż uważali biegli, którzy ją przygotowali. Sędziowie i tak zazwyczaj czytają tylko wnioski końcowe. Biegli zaś, podczas prywatnych - nielegalnie nagranych - rozmów przyznawali, że córka, która od urodzenia wychowywała się z ojcem, jest mu całkowicie oddana i nie ma żadnej więzi z matką. Ostateczna opinia była jednak korzystna dla kobiety - mówi.

- Niekiedy dochodzi do przypadków ekstremalnych, gdy pieczę nad dzieckiem otrzymują matki, które np. oficjalnie pracują w agencji towarzyskiej czy mają zdiagnozowane choroby psychiczne. Takie decyzje tłumaczy się w absurdalny sposób: by matka czuła się lepiej. O dziecku nikt nie myśli - opowiada.

Szef stowarzyszenia przyznaje, że formułuje bardzo kategoryczne sądy. Jednak zaraz dodaje: - Mówię za tysiące ludzi, ojców, ale też rzeszę babć, dziadków, krewnych, którzy przeszli przez moją kancelarię. Dlatego pozwalam sobie na takie generalizacje. Nie bazuję na pojedynczych przypadkach. To problem sporej grupy społeczeństwa.

Stereotyp czy prawda?

W ciągu ostatnich dziesięcioleci w sferze mentalności niewiele się zmieniło. Już w 1990 roku doktor Maria Gdowska-Wilińska pisała: "Muszę stwierdzić, że właśnie płeć wydaje się determinować rozstrzygnięcia sądu dotyczące miejsca pobytu dziecka u jednej ze stron, czyli z reguły u matki".

- Minęło prawie 25 lat i nic się nie zmieniło. Ojcowie nadal są w gorszej sytuacji z tej tylko przyczyny, że są mężczyznami - przekonuje Fabisiak i wytyka MS, że w debacie na temat równego traktowania ojców i matek powołuje się na uchwałę Sądu Najwyższego z... 1952 roku.

Z tymi jednoznacznie potępiającymi opiniami nie zgadza się jednak Dobosz, który próbuje racjonalizować sytuację. - Często bywa tak, że ojcowie z natury rzeczy mają mniejszy kontakt z dziećmi, ponieważ to matka bierze urlop macierzyński  i w zasadzie to ona wypełnia pierwsze lata życia dziecka. Gdy dochodzi do sporu, to czasem ze stanu faktycznego wynika, że więź dziecka z matką jest większa niż z ojcem. Zwłaszcza gdy dziecko jest małe. Jednak uczestniczyłem też w postępowaniach, gdy sąd powierzał opiekę ojcu, uznając że zachowanie matki jest na tyle nieodpowiedzialne, że szkodziłoby dziecku - tłumaczy adwokat.

Nielegalne opinie

Frustrację środowisk ojcowskich dodatkowo pogłębia fakt, że - w ich opinii - RODK-i działają niezgodnie z prawem.

- Ośrodki funkcjonują w oparciu o rozporządzenie ministra sprawiedliwości z 2001 roku wydane bez upoważnienia ustawowego, czyli bezprawnie - tłumaczy Fabisiak.

Z tymi zarzutami zgodził się już Prokurator Generalny, który w lipcu zeszłego roku skierował sprawę do Trybunału Konstytucyjnego. Obecnie kwestia czeka na rozpatrzenie.

Zanim to jednak nastąpi, MS broni się jak może, zrzucając całą odpowiedzialność na sędziów, którzy angażują biegłych. To oni - jak  przypominają urzędnicy - oceniają "merytoryczną poprawność opinii", określają "zakres przeprowadzonego badania" i "przydatność danego środka dowodowego dla potrzeb konkretnego postępowania". Mimo to resort chyba także dostrzega problem, ponieważ prace nad zmianami w RODK-ach już trwają i "na obecnym etapie mają charakter analityczno-koncepcyjny".

Zdaniem Forum Matek, RODK-i dyskwalifikuje jeszcze jedna kwestia. W myśl ustawy o psychologach nie mogą oni uzyskać potwierdzenia prawa do wykonywania zawodu, a jedynie legitymują się tytułem zawodowym magistra na kierunku psychologia. - Jakie zatem są tak naprawdę kompetencje osób, które nas opiniują? - pyta Fabisiak.

Pomimo tych zastrzeżeń polskie sądy w około 90 proc. spraw o opiekę nad dzieckiem zwracają się o opinię do biegłych z RODK-ów. Jak zauważa jednak Dobosz, nie ma w tym nic dziwnego. - Przecież sam sąd nie ma ani możliwości, ani kompetencji, by ocenić relacje rodzinne i stwierdzić, czy dziecko jest manipulowane. Poza tym trzeba pamiętać, że podejmując ostateczną decyzję kieruje się szerszym materiałem dowodowym, a nie tylko opiniami biegłych - zastrzega.

- To nie oznacza jednak, że zmiany w RODK-ach nie są potrzebne. Nie ukrywajmy - badania są tam ustandaryzowane, biegli są obciążeni dużą ilością opinii do wydania, obowiązują kilkumiesięczne terminy. Może należałoby poszerzyć wachlarz biegłych, do których mogłyby się zwracać sądy, np. o gabinety prywatne... - proponuje Dobosz.

Dobro dziecka?

Sądy i RODK-i zapewniają, że w każdym przypadku chodzi im o dobro dziecka. Skoro zapadł taki a nie inny wyrok, to najwyraźniej był on w najlepszym interesie malucha - przekonują.

Dzierżęga zwraca jednak uwagę na bardziej prozaiczną motywację. - Ten, kto ma dziecko, ten ma pieniądze. Półtora miliona kobiet żyje dziś w Polsce z alimentów, czyli na koszt swych dzieci - mówi.

Finanse to - zdaniem  środowisk ojcowskich - jeden z powodów, dla których tak ciężko przebić im się z postulatem tzw. opieki naprzemiennej, czyli sytuacji, gdy dziecko np. pół miesiąca mieszka z matką, a drugie pół z ojcem.  "Problem" polega jednak na tym, że w sytuacji, gdy rodzice dzielą się obowiązkami po połowie, znika instytucja alimentów, a na to nie chcą się zgodzić organizacje kobiece.

- Opieka naprzemienna nie jest idealna, ale jest dobra. W krajach zachodnich i skandynawskich dobrze się sprawdza. Dzieci tak wychowywane mają to samo środowisko rówieśnicze. My, proponując ten rodzaj opieki, stawiamy na więzi emocjonalne, a nie na jeden kolor pokoju, czy adres jednego tylko rodzica, do czego zdaje się przywiązywać wagę "stara nomenklatura". Najlepiej zapytać dziecka - woli mamę i tatę po równo, czy jeden i ten sam pokój u jednego z rodziców? - przekonuje Dzierżęga.

Przeciwko automatycznemu orzekaniu opieki naprzemiennej jest m.in. RPD. - To nie może być regułą, ponieważ prawo nie jest w stanie przewidzieć wszystkich sytuacji życiowych (...) a rozstrzygnięcie nie ma być kompromisem uszczęśliwiającym dorosłych, a zabezpieczać dobro dziecka - przekonuje Dryhusz.

Mimo to organizacje ojcowskie nie składają broni, a wręcz przeciwnie. Z roku na rok jest o nich coraz głośniej, a historii takich jak Łukasza i Nikoli coraz więcej. Choć to nadal tylko 4,6 proc. wszystkich.

 

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację