Reklama

Reklama

​Brutalna kwarantanna w Ugandzie. Policja strzela do ludzi na ulicach

W Ugandzie, gdzie pierwszy przypadek śmiertelny COVID-19 potwierdzono 23 lipca, siły bezpieczeństwa wymuszające przestrzeganie obostrzeń sanitarnych, okazują się znacznie bardziej śmiercionośne niż sam wirus. Według doniesień z ich rąk zginęło już kilkunastu Ugandyjczyków, a wielu odniosło poważne obrażenia - informuje BBC.

W związku z pandemią koronawirusa w Ugandzie od 19 do 6 rano obowiązuje godzina policyjna. Zakazano między innymi niezwykle popularnego przemieszczania się z pomocą motocyklowych taksówek. Jak informuje BBC, z rąk uzbrojonych mężczyzn wymuszających przestrzeganie tych obostrzeń zginęło już przynajmniej 12 osób. Za ich śmierć mają być odpowiedzialni policjanci, żołnierze oraz uzbrojone siły cywilne, znane pod nazwą Lokalnych Jednostek Obrony (LJO). Od marca zajmują się oni między innymi obstawianiem blokad drogowych. 

Reklama

Szczególna krytyka spada na Lokalne Jednostki Obrony. Obserwatorzy zwracają uwagę na to, że broń dano do ręki młodym, kiepsko wyszkolonym ludziom, którzy są zupełnie niezdolni do deeskalacji sytuacji konfliktowych.

Obrońcy praw człowieka alarmują, że Lokalne Jednostki Obrony wykorzystują obostrzenia, dotyczące bezpieczeństwa sanitarnego, jako pretekst do łamania praw człowieka. Rodziny ofiar podkreślają, że proces sądowy jest zbyt zagmatwany by były w stanie sobie z nim poradzić. Tym najmniej zamożnym zwyczajnie brakuje środków na podjęcie batalii o sprawiedliwość i zadośćuczynienie za śmierć najbliższych. W ciągu ostatnich pięciu miesięcy odnotowano tylko dwa przypadki, gdy sprawa zakończyła się skazaniem przedstawicieli sił porządkowych. Za kraty trafił jeden żołnierz i jeden członek LJO. 

Kolejne ofiary przemocy

Sytuacje, w których dochodziło do aktów przemocy dowodzą, że nikt nie jest bezpieczny. Eric Mutasiga, 30-letni dyrektor szkoły podstawowej, który razem z żoną prowadził też stragan spożywczy, został postrzelony na początku czerwca. Mężczyzna stanął w obronie chłopaka sprzedającego na ulicy placki pszenne trzy minuty po rozpoczęciu godziny policyjnej. Według relacji rodziny, Mutasiga wyszedł z wnętrza straganu i poprosił policjantów, by odstąpili od aresztowania sprzedawcy. Gdy policjant się nie zgodził, 30-latek zaczął odchodzić. Wówczas został od tyłu postrzelony w nogę. Zabrano go do szpitala, jednak zmarł w czasie operacji - informuje "The Guardian".

Robert Senyonga został skatowany. Jego siostra Farida 7 lipca odebrała telefon od pracodawcy mężczyzny z informacją, że powinna natychmiast przyjechać do miasta Jinja. Robert został pobity kolbą pistoletu. Oprawcą był mężczyzna należący prawdopodobnie do Lokalnych Jednostek Obrony. Przewiną jej brata było to, że jechał na motorze. Senyonga miał wiele pęknięć czaszki. Siostra zdołała dotrzeć z nim na izbę przyjęć renomowanego szpitala w stołecznej Kampali, jednak przez wiele godzin zmuszeni byli czekać na miejsce, koczując na podłodze. Dopiero rano ranny dostał łóżko, a po wielu naleganiach skierowano go na operację, której jednak nie doczekał. Zmarł na rękach swojej siostry - informuje BBC.

Benon Nsimenta w listopadzie 2020 roku miał przyjąć święcenia. 24 czerwca został zastrzelony na autostradzie w mieście Kasese. Razem z żoną jechał motorem. Od lokalnych władz małżonkowie otrzymali dokumenty potwierdzające, że pojazd jest ich własnością (czyli nie jest to zakazana taksówka motocyklowa). W drodze do domu zatrzymali ich żołnierze, którzy - jak twierdzi żona mężczyzny - nie zadając żądnych pytań, zastąpili im drogę i zastrzelili Benona, celując w jego kark. 

O krok od tragedii

Trener piłkarski Nelly Julius Kalema cudem przeżył spotkanie z siłami porządkowymi, pilnującymi przestrzegania godziny policyjnej. 8 lipca, po godzinie 19, wiózł na motorze chorą dziewczynę swojego znajomego do kliniki. Najpierw przepuszczono ich przez blokadę drogową, jednak po chwili jacyś ludzie na motorach ich dogonili i próbowali zatrzymać. Gdy mężczyzna poprosił, by zatrzymali się w jakimś bezpieczniejszym punkcie, człowiek na motocyklu wyciągnął pałkę i uderzył chorą kobietę w kark. Pasażerka spadła, a Kalema stracił równowagę, przewrócił się razem z motorem i uderzył głową w beton. Kobieta skończyła ze złamaną nogą i musiała trafić na stół operacyjny. Niemal cały skalp mężczyzny został zerwany. Policja odmówiła komentarza.

- Leżę tu i myślę, że powinienem czuć się szczęściarzem, bo w wypadku nie było żadnej mojej winy. Jak wielu z nas musi zginąć, lub zostać okaleczonych zanim siły bezpieczeństwa zmienią swoje metody? - zastanawia się Nelly Julius Kalema, którego wypowiedź cytuje BBC.  

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL