Reklama

Reklama

Koronawirus w USA. Zakażonych może być zdecydowanie więcej. Nowe badanie

W ostatnich dniach sytuacja w Stanach Zjednoczonych zdecydowanie się pogorszyła. Dziewiąty dzień z rzędu wykryto tam ponad 60 tys. przypadków COVID-19. Z najnowszego badania wynika, że liczba infekcji koronawirusem w USA może być jednak od dwóch do nawet 13 razy wyższa niż wskazują na to oficjalne dane.

Jak wynika z najnowszych danych Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa w Baltimore, tylko ostatniej doby w USA z powodu koronawirusa zmarło 1059 osób, a zakażenie stwierdzono u kolejnych 63 967. Bilans ofiar śmiertelnych wzrósł tym samych do ponad 142 tys., a zakażonych do blisko czterech milionów.

Reklama

Nowe badanie Centrum Kontroli i Prewencji Chorób (CDC), którego wyniki opublikowano w "JAMA Internal Medicine", a które przywołuje m.in. CBS News, mówi jednak, że liczba infekcji w Stanach może być od dwóch do nawet 13 razy wyższa. Jak twierdzą badacze, duża liczba ludzi, którzy nie mieli objawów lub nie szukali pomocy medycznej, mogła rozprzestrzeniać wirusa wśród społeczeństwa.

Specjaliści poszukiwali przeciwciał w próbkach krwi ponad 16 tys. osób w 10 różnych miejscach w USA. Próbki pobierano między marcem a majem i pochodziły od pacjentów, którzy oddawali krew do rutynowych badań, jak np. cholesterolu.

Obecność przeciwciał wskazywałaby, że dana osoba była wcześniej zakażona wirusem, niezależnie od tego, czy kiedykolwiek uzyskała wynik pozytywny, czy nie. Opierając się na rozpowszechnieniu przeciwciał, naukowcy doszli do wniosku, że rzeczywista liczba infekcji była "znacznie większa niż liczba zgłoszonych przypadków" - pisze CBS News.

Według szacunków CDC ok. 40 proc. zarażonych wirusem nie wykazuje żadnych objawów. Na przykład w Missouri częstość zakażeń jest, zdaniem naukowców, 13 razy większa niż zgłaszana, co sugeruje, że stan przeoczył większość ludzi z wirusem, którzy mogli przyczynić się do jego nadmiernego wzrostu.

"To naprawdę oznacza, że tacy ludzie nadal wychodzą do społeczności i nieświadomie rozpowszechniają wirusa, i istnieje ogromna luka pod względem tego, jaka jest według nas liczba przypadków, a ile osób jest naprawdę zarażonych" - zaznacza specjalistka od chorób wewnętrznych dr Neeta Ogden.

Badanie, jak czytamy, wykazało, że "większość osób", nawet na obszarach, które wcześniej zostały ciężko dotknięte przez epidemię (jak np. Nowy Jork) nie miała oznak obecności przeciwciał, co oznacza, że zdecydowana większość ludzi w Stanach Zjednoczonych, ostrzega Ogden, jest nadal "wrażliwa i podatna" na koronawirusa. 

Największy odsetek przeciwciał w swojej populacji stwierdzono w Nowym Jorku. Tam prawie jeden na czterech mieszkańców uzyskał wynik pozytywny. "Liczba ta nadal znacznie odbiega od progu 60 proc., który, jak się szacuje, jest potrzebny do uzyskania odporności stada" - czytamy.

Kilka ostatnich badań, przypomina z kolei "The New York Times", sugeruje, że poziomy przeciwciał, szczególnie u osób z łagodnymi objawami lub bez objawów, mogą szybko spaść. Jeśli to prawda, badania takie jak to CDC mogą obejmować tylko osoby zakażone w ciągu ostatnich dwóch do trzech miesięcy, co, jak podkreśla epidemiologa dr. Eli Rosenberga, "może komplikować interpretację wyników w czasie".

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy