Reklama

Reklama

Koronawirus we Włoszech. Prof. Carlo Selmi: Wirus zostanie z nami jeszcze długo

Nie zapomnę widoku cierpiących osób, które musiały umierać w samotności. To momenty, których nie można wykasować z pamięci - mówi Interii prof. Carlo Selmi, szef Reumatologii i Immunologii Klinicznej ze szpitala Humanitas Research w Rozzano w Lombardii, który w ostatnich tygodniach pracuje również w szpitalu Gavazzeni w Bergamo. Jak przewiduje, walka z wirusem potrwa jeszcze wiele miesięcy i opowiada nam, co się zmieniło w ostatnich tygodniach w regionie najbardziej dotkniętym we Włoszech.

Remigiusz Półtorak, Interia: Sytuacja zmienia się w zasadzie z dnia na dzień, ale już nie jest tak dramatyczna jak w ubiegłym miesiącu. W niedzielę zanotowano nawet najmniejszą liczbę zgonów od połowy marca. Choć z drugiej strony zakażeń jest ciągle więcej. Jak by pan opisał obecny czas walki z koronawirusem?

Reklama

Prof. Carlo Selmi: - Dzisiaj do szpitala w Bergamo przybywa dziennie kilku pacjentów z koronawirusem. A jeszcze niedawno, kiedy było najtrudniej, przybywało ich nawet osiemdziesięciu. To najlepiej pokazuje, jak bardzo sytuacja się zmieniła. W praktyce są więc inne warunki, aby lepiej zająć się pacjentami. Ale luzowanie narzuconych rygorów sanitarnych na pewno nie jest wskazane.

No właśnie, czy to oznacza, że najtrudniejszy czas we Włoszech już minął?

- Mam wrażenie, że to jest inna faza pandemii; że jesteśmy na równi schodzącej. Ale również - że zagrożenie jest cały czas bardzo blisko nas. Dlatego mówię, że nie należy tracić czujności. Lekceważenie koronawirusa, jak już wiemy, może szybko spowodować, że liczba chorych znowu będzie gwałtownie wzrastać. Z jednej strony jest więc takie przekonanie, że to, co najgorsze już za nami, z drugiej - widzę na co dzień wielką chęć, aby szybko wracać do dawnego stylu życia. A to niesie za sobą ogromne niebezpieczeństwo.

W ubiegłym tygodniu było już trzy tysiące wyleczonych jednego dnia. W sumie takich osób jest już ponad 50 tysięcy.

- To bardzo dobry sygnał. Bez wątpienia. Taki, który w tych trudnych czasach daje nadzieję, że można chorobę pokonać.

Gdyby pan miał określić - co jest dzisiaj najbardziej pozytywne w walce z koronawirusem we Włoszech?

- Po pierwsze - odpowiedzialność, którą widzę wokół siebie. Odpowiedzialność i oddanie. Lekarzy, pielęgniarek, ratowników medycznych; całego personelu medycznego. To jest walka o życie każdego dnia, w skali, której jeszcze nie mieliśmy. I to zasługuje na uznanie. Z drugiej strony, zauważam u ludzi zdecydowanie większe zainteresowanie tym, co mówi nauka. Opinie specjalistów znowu zyskały na ważności, bo jest taka chęć, aby oddzielić to, co poważne od tego, co wydaje się jedynie przesądem.

A co jest najbardziej negatywne?

- Znowu dwie rzeczy. Bez wątpienia - kwestie ekonomiczne. Wiele osób znajdzie się w trudnej sytuacji w wyniku tego kryzysu i to już jest widoczne, nie tylko we Włoszech. Z sanitarnego punktu widzenia, jest ciągle bardzo duże ryzyko. Więc nie możemy uznawać, że wygraliśmy tę wojnę, aby nie narazić się na kolejną falę, która może być tragiczna.

Z danych, które zostały dotychczas opublikowane wynika, że od początku epidemii w domach starości zmarło w sumie około siedem tysięcy starszych pacjentów, prawie połowa z nich była zakażona koronawirusem. To liczby, które mogą przerażać. Nie dostrzeżono problemu w porę? Myśli pan, że zostały tutaj popełnione błędy?

- Co do tego, że tysiące starszych osób zmarły w ostatnich tygodniach w domach starości - to  niestety prawda. W wielu takich ośrodkach to był dramat. Mówienie jednak teraz o ewentualnych błędach nie wydaje mi się na miejscu.  To nie jest najlepszy moment. Dzisiaj cały czas skupiamy się na ratowaniu jak największej liczby najbardziej zagrożonych osób.

Co pana najbardziej uderzyło w ciągu tych ponad dwóch miesięcy?

- Od dwóch miesięcy pracuję w Bergamo, czyli tam, gdzie walka z koronawirusem jest szczególnie widoczna na każdym kroku. Nigdy nie zapomnę widoku cierpiących osób, które musiały umierać w samotności. To  były niesamowicie smutne momenty; obrazy, których nie można wykasować z pamięci. W takich chwilach jest w zasadzie tylko jedno życzenie - żeby to się już nie powtórzyło.

W Polsce mamy niemały problem z lekarzami i pielęgniarkami, którzy nie mogą pracować, bo albo zostali zakażeni koronawirusem albo muszą przebyć kwarantannę. Jak to wygląda we Włoszech?

- Oczywiście zdarzają się przypadki zakażeń, a nawet śmierci wśród personelu medycznego z powodu koronawirusa, ale na szczęście w szpitalach szybko wprowadzono takie zasady bezpieczeństwa, aby po pierwszych objawach izolować takie osoby. W tych placówkach, z którymi miałem kontakt w ostatnich tygodniach nie było problemu ze środkami ochrony osobistej, co niewątpliwie ma w tym przypadku ogromne znaczenie.

Jak długo potrwa jeszcze pandemia? Bo przewidywania są bardzo różne.

- Myślę, niestety, że wirus zostanie z nami jeszcze bardzo długo. Nie w tak drastycznej formie jak dotychczas, nie z tyloma zakażeniami co obecnie czy w najgorszym dotychczas okresie, ale najpewniej infekcje będą powtarzać się przez długi czas. Przynajmniej dopóki nie pojawi się szczepionka.

Bardzo długo, czyli do kiedy?

- Już wiemy, że jakiekolwiek dokładne przewidywania są niemożliwe. Na dzisiaj nie widzę możliwości, aby przed wrześniem wrócić przynajmniej częściowo do takiego życia, jakie prowadziliśmy przed epidemią. A co będzie potem - również trudno sobie wyobrazić.

A druga fala?

- Oczywiście, że jest prawdopodobna i nie można jej wykluczyć. Najwięcej będzie zależało od tego, bardzo będziemy w stanie przestrzegać reguł dystansu społecznego i tych zasad, które ograniczają rozprzestrzenianie się wirusa.

A może jednym z rozwiązań jest również pozostawienie szpitali zajmujących się tylko zakażonymi koronawirusem?

- Niewątpliwie trzeba to wziąć pod uwagę. I niektóre szpitale będą musiały być tak zorganizowane, aby przyjmować pacjentów z chorobami zakaźnymi.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy