Reklama

Reklama

Koronawirus. Prof. Krzysztof Pyrć: Musimy zmniejszyć wysokość fali epidemicznej

- Od tego, czy teraz będziemy postępowali mądrze, zależy, czy zrealizujemy scenariusz, który widzimy w Niemczech czy raczej ten we Włoszech, gdzie – niestety – przybiera on formę dramatyczną - mówi w rozmowie z Interią prof. Krzysztof Pyrć, kierownik Pracowni Wirusologii Małopolskiego Centrum Biotechnologii UJ.

Remigiusz Półtorak, Interia: Krzywa zakażeń koronawirusem rośnie każdego dnia zgodnie z prognozami?

Reklama

Prof. Krzysztof Pyrć: - Na dzisiaj wygląda to tak, że mamy epidemiczne rozprzestrzenianie się wirusa SARS-CoV-2 na terenie Europy. Z przewidywaniami sprawa jest bardziej skomplikowana. Prognozy były takie, że epidemia się mocno rozszerzy i liczba zakażeń będzie znacząco przyrastać. Jeśli przypomnimy, jak wzrost zachorowań przebiegał w Chinach czy we Włoszech, obecna sytuacja jest rzeczywiście zgodna z przewidywaniami.

Mając obecne dane, wiadomo, kiedy może nastąpić szczyt zakażeń w Polsce?

- Nie, na ten temat nie ma żadnych wiarygodnych prognoz. Dlatego, że nie wiemy, czy częstość zakażeń jest zależna od pogody i od pory roku. Mamy nadzieję, że jak zrobi się cieplej, to zagrożenie zakażeniem będzie spadać i fala epidemiczna zacznie odpływać. A w związku z tym epidemia będzie ustępować. Jeśli tak nie jest, to wszystko zależy od tego, jaka strategia zostanie przyjęta na poziomie Europy i poszczególnych krajów oraz od tego, jak my będziemy się zachowywali. Finalnie, epidemia wygaśnie prawdopodobnie dopiero, gdy większość społeczeństwa przechoruje tę chorobę lub gdy pojawi się szczepionka. My możemy dzisiaj tylko modulować kształt fali epidemicznej.

Co zatem należy robić?

- Musimy przede wszystkim zmniejszyć wysokość fali epidemicznej. Czy ona zacznie wygasać w maju czy pod koniec roku - najważniejsze jest, aby nie przybrała kształtu takiego jak we Włoszech, albo gorszego. Jeżeli zachoruje więcej osób niż nasz system opieki zdrowotnej jest w stanie przyjąć, to problem stanie się poważny.

Po kilku dniach dostosowania się do zaleceń ludzie częściej wychodzą na ulice. Nieodpowiedzialnie?

- Kompletnie. Zalecałbym zdecydowanie, żeby nie odpuszczać, nie lekceważyć dystansowania się od innych, nie lekceważyć izolacji. Od tego, czy teraz będziemy postępowali mądrze, zależy, czy pojawi się scenariusz taki, jak widzimy w Niemczech czy raczej we Włoszech, gdzie - niestety - przybiera on formę dramatyczną.

- Nie można oczywiście przesadzać. Jeśli ktoś ma ważną pracę, której nie może wykonywać z domu, wiadomo że powinien do niej pójść. Ale jeśli nie musi i może pracować z domu, niech tak zrobi.

Po jakim czasie będzie można określić efekty, które przynosi niewychodzenie z domu w obecnej sytuacji?

- Efekt naszego działania powinniśmy zobaczyć najwcześniej po tygodniu, dwóch. Czemu akurat tyle? Ponieważ tyle zajmuje okres wylęgania choroby. Przypadki, które się teraz pojawiają, zaraziły się już jakiś czas temu. 

Zespół pod pańskim kierunkiem wyizolował wirusa z próbki polskiego "pacjenta zero". Co to oznacza? Czy wypracowanie szybkich testów na obecność koronawirusa jest możliwe?

- Na ten moment musimy polegać na testach laboratoryjnych. Coraz więcej laboratoriów podejmuje takie działania, żeby zwiększyć przepustowość. We współpracy m.in. z firmą SensDx, korzystając z opracowanej przez nią platformy, podjęliśmy badania, które mają na celu powstanie bardzo nowoczesnego systemu detekcji tego wirusa. Jednak trzeba pamiętać, że są to prace badawczo-rozwojowe. Nowy sensor, który działa na zupełnie innej zasadzie niż obecnie stosowane testy, musi być bardzo bardzo dobrze sprawdzony. To nie jest praca, którą można wykonać w ciągu jednego dnia. Celujemy w sezon jesienny, kiedy jest zagrożenie, że epidemia zacznie wracać.

Czy testów na koronawirusa jest dzisiaj wykonywanych w Polsce wystarczająco dużo? Minister Szumowski mówił w czwartek o ok. 10 tysiącach, w tym 1,5 tys. w ciągu doby.

- Można oczywiście nad tym dyskutować, ale to nie jest pytanie do mnie. Raczej do Ministerstwa Zdrowia, które ustala, jaka jest liczba testów, jakie jest zapotrzebowanie i kto testuje. Z mojej strony to byłyby jedynie spekulacje.

Pojawiają się informacje, że wiele osób na świecie nie miało objawów, a jednak zakaziło się koronawirusem. "Forbes" napisał, że prawie jedna piąta. Czy te informacje są wiarygodne, a jeśli tak - jak to wytłumaczyć?

- Raportów o chorobie bezobjawowej pojawiło się już kilka. Część z nich dowodzi, że takich pacjentów jest bardzo mało, poniżej jednego procenta, część spekuluje, że znacznie więcej. Tak naprawdę dzisiaj tego nie wiemy, a dowiemy się dopiero po wykonaniu badań serologicznych.

Jakie sprawy są teraz bezwzględnie najpilniejsze?

- W tym momencie absolutnie najbardziej kluczowe jest to, żeby osoby, które są w grupie wysokiego ryzyka - przede wszystkim starsze i osoby chorujące - były jak najbardziej chronione. Trzeba powstrzymać rodziców, dziadków przed wychodzeniem z domu. Powinni się odizolować od świata. Teraz to jest numer jeden wśród pilnych spraw.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje