Reklama

Reklama

Koronawirus w Polsce. Dyrektorzy szpitali powiatowych: Wciąż brakuje sprzętu

- Na rynku nie da się kupić pewnych rzeczy i trzeba to uczciwie powiedzieć. Nie może być tak, że pomaga się tylko szpitalom jednoimiennym zakaźnym, a pozostałym mówi się, żeby radzili sobie sami – narzekają dyrektorzy szpitali powiatowych w całej Polsce. W czarnych prognozach w ciągu kilku dni może zabraknąć w nich sprzętu.

Dwa dni temu na konferencji prasowej minister Łukasz Szumowski wskazywał, że maseczki i inny potrzebny sprzęt priorytetowo ma trafiać do szpitali jednoimiennych zakaźnych i oddziałów zakaźnych. Pozostałe szpitale pracują w trybie normalnym i to dyrektorzy tych placówek powinni zaopatrywać je w środki ochrony osobistej. Jego wypowiedź wywołała burzę, szczególnie w placówkach powiatowych.

Reklama

- Ministerstwo uznało, że szpitale jednoimienne są najważniejsze. I bardzo słusznie. Nie znaczy to jednak, że można zlekceważyć wszystkie inne - obrusza się w rozmowie z Interią Leszek Pluciński, dyrektor szpitala w Chełmży.

- Chciałbym, żeby minister mówił uczciwie, jak jest, a nie obarczał dyrektorów odpowiedzialnością. Na rynku nie da się kupić pewnych rzeczy i trzeba to uczciwie powiedzieć. Nie może być tak, że pomagamy tylko jednym, a pozostałym mówimy, żeby radzili sobie sami - dodaje.

Kilka telefonów do dyrektorów szpitali powiatowych w całej Polsce daje jasny obraz sytuacji - dwa tygodnie po potwierdzeniu pierwszego przypadku pacjenta zakażonego koronawirusem, wciąż brakuje sprzętu. Co więcej, w ciągu kilku najbliższych dni sytuacja może się jeszcze pogorszyć. Jak przyznają dyrektorzy placówek powiatowych, wystarczy jeden przypadek zakażonego w szpitalu, by zapasy sprzętowe wyczerpały się błyskawicznie.

Tomasz Paczkowski, dyrektor szpitala w Rawiczu (woj. mazowieckie): - Ściągamy skąd się da środki dezynfekcyjne, środki ochrony osobistej. Miejscowe firmy zadeklarowały szycie, np. maseczek. Staramy się zabezpieczyć personel i pacjentów na wszelką ewentualność.

Dariusz Gałecki, dyrektor szpitala w Hrubieszowie (woj. lubelskie): - Zamówiłem w dwóch źródłach sprzęt ochronny. Zdobyłem maseczki i kombinezony. Sprzęt jest na rynku, ale ceny są zaporowe. Maseczki chirurgiczne mieliśmy w przetargu po 50 groszy, a teraz kosztują 7-9 zł za sztukę. Przed nami dopiero najbardziej gorący okres. Może się zdarzyć, że sprzętu naprawdę zacznie brakować.

Adam Jakubowski, dyrektor szpitala w Głubczycach (woj. opolskie): - Spodziewamy się napływu pacjentów z rejonów Kędzierzyna-Koźla i Raciborza. Tamte szpitale zostały przekształcone w szpitale jednoimienne zakaźne, a ich chirurgie, oddziały wewnętrzne itd. przestały funkcjonować. Będziemy potrzebować jeszcze więcej sprzętu.

Janusz Hordejuk, dyrektor szpitala w Parczewie (woj. lubelskie): - Brakuje nam maseczek z filtrami HEPA i kombinezonów. Nie ma płynów dezynfekujących, ale są zapowiedzi, że je dostaniemy. Mamy problem z fartuchami do operacji i za chwilę możemy mieć problem z wykonywaniem zabiegów chirurgicznych.

Leszek Pluciński, dyrektor szpitala w Chełmży (woj. kujawsko-pomorskie): - Staramy się doposażyć szpital, ale w niektórych asortymentach wciąż mamy zapasy zdecydowanie za małe. Ceny wystrzeliły. Maseczka chirurgiczna, czyli nasz strategiczny materiał, w ramach przetargu kosztowała 9 gr. Obecnie, jak nam się w ogóle uda kupić, płacimy 4-5 zł. Najbardziej brakuje mi kombinezonów. Mam ich na ten moment ok. 30. Gdybym miał ok. 200, to powiedziałbym, że jest bezpiecznie.

Szpitale dostaną częściowe wsparcie

Sytuacja szpitali powiatowych w całej Polsce jest zła. Już w tekście "Koronawirus w Polsce. Szpitalom grozi zapaść" wskazywaliśmy, że bez dofinansowania szpitali powiatowych, które są na pierwszej linii kontaktu z pacjentem, trudno o skuteczną walkę z koronawirusem.

Pojawiło się jednak światełko w tunelu, bo po naszej publikacji otrzymaliśmy informację, że te placówki zostaną częściowo dofinansowane. Chodzi o procedury wykonywane w tzw. ryczałcie, które zostaną objęte przeceną w wysokości 4 proc. Oznacza to mniej więcej dodatkowy miliard złotych dla wszystkich szpitali powiatowych na cały rok. Pieniądze mają trafić do tych placówek w kwietniu, z wyrównaniem od stycznia.

Tyle tylko, że szpitale domagały się zdecydowanie większych nakładów. Rosnące koszty związane z podwyżkami wynagrodzeń wymuszonymi podniesieniem pensji minimalnej skutkują coraz większymi dziurami w budżetach. Wyliczono, że potrzebne jest wsparcie na poziomie 15 proc. wszystkich procedur, które są w zakresie leczenia szpitalnego, a nie tylko ryczałtu.

- W trakcie negocjacji z Ministerstwem Zdrowia padła taka propozycja. Traktujemy ją zaliczkowo - mówi nam Waldemar Malinowski, prezes Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych.

50 litrów płynu na szpital

Jak na razie szpitale pracują więc tak, jak do tej pory. Jedni dyrektorzy oglądają się na pomoc z centrali, inni działają na własną rękę.

W obliczu zagrożenia koronawirusem i dramatycznego deficytu sprzętu, dyrektorzy proszą o pomoc lokalne społeczności. I na przykład w Głubczycach panie z lokalnego stowarzyszenia szyją maseczki. Podobnie jest też w Rawiczu, gdzie miejscowe zakłady pracy przestawiły produkcję.

Janusz Hordejuk, dyrektor szpitala w Parczewie: - Nie wydam 5 zł za sztukę na coś, co kosztowało 13 groszy. To bandytyzm. Krawcowe dzwoniły, że mogą sprzedać po 3 zł, bo koszt wykonania jednej maseczki to dla nich 1,20 zł. Te ceny to wariacja. Ale już nad ich propozycją muszę się zastanowić.

- Sytuacja jest nienormalna, więc wymaga nienormalnych działań. To że ludzie szyją szybko maseczki, jest pozytywne. Cieszę się, że ktoś się zgłasza i deklaruje, że coś takiego można zrobić - podkreśla Tomasz Paczkowski ze szpitala w Rawiczu.

Jak na razie większość szpitali dostała z Ministerstwa Zdrowia płyn dezynfekujący. Wszędzie zestaw jest ten sam - 10 butelek po pięć litrów. Nieliczne szpitale zostały zaopatrzone w dodatkowy sprzęt, jak maseczki, fartuchy i kombinezony.

Hordejuk: - Resort zdrowia realizuje wszystko zgodnie z kolejką. Lepiej są zaopatrzone szpitale zakaźne i wyższej gotowości, niż my. Z jednej strony to zrozumiałe, a z drugiej to my jesteśmy na pierwszej linii i też mamy problemy.

Nieco inne kłopoty ma dyrektor szpitala w Głubczycach. W środę (18 marca) dojechał do jego placówki sprzęt z Ministerstwa Zdrowia w znacznej ilości - m.in. 50 litrów płynu dezynfekującego, 1000 maseczek i 1000 kombinezonów. Jeden problem, przynajmniej na jakiś czas, został zażegnany. Pozostał drugi.

- Wprowadzenie urlopów płatnych na opiekę nad dzieckiem sprawiło, że 10 pielęgniarek skorzystało z nich z dnia na dzień. To bardzo dezorganizuje pracę szpitala. Personel był na granicy minimum, a każdy taki ubytek to dla mnie zmartwienie. Zamknięto szkoły, więc dołączyły do nas pielęgniarki szkolne, także emerytki. Załatwiamy sprawy półśrodkami - narzeka Adam Jakubowski.

Ile wart jest dyrektor?

To jednak sprzęt jest bolączką wszystkich zarządzających szpitalami. Jego rosnące ceny na rynku sprawiły, że dyrektorzy muszą wykazywać się kreatywnością. Nawet jeśli dziś udaje się łatać dziury chałupniczymi metodami, jak np. pomocą mieszkańców, że prędzej czy później sprzętu może zabraknąć. Kluczowe może być pojawienie się pierwszego zakażonego pacjenta, który będzie wymagał większej opieki, a co za tym idzie, personel zużyje więcej odzieży ochronnej.

Tym samym dyrektorzy boją się, że w takiej sytuacji braków zaopatrzeniowych nie będzie można już ukryć, a nowa sytuacja może ich przerosnąć.

- Rząd w zasadzie umył ręce w kwestii wyposażenia, a jak szpitale powiatowe sobie nie poradzą, to taki dyrektor jak ja nie będzie nic wart, bo nie potrafi zabezpieczyć potrzeb - rozkłada ręce Pluciński.

Łukasz Szpyrka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje