Reklama

Reklama

Toruń: Syn chorej na COVID-19 zawiadamia prokuraturę ws. działań szpitala

Syn kobiety zakażonej koronawirusem SARS-CoV-2 zawiadomił prokuraturę ws. działań podjętych wobec jego matki w szpitalu miejskim w Toruniu. W jego ocenie narażono ją na utratę życia, gdyż teraz znajduje się w stanie ciężkim w szpitalu w Grudziądzu. Śledczy prowadzą postępowanie sprawdzające.

6 kwietnia Prokuratora Rejonowa Toruń Centrum-Zachód wystąpiła do powiatowego sanepidu z wnioskiem o niezwłoczne przeprowadzenie kontroli procedur sanitarnych realizowanych w toruńskim szpitalu miejskim. 

Reklama

Miało to związek z zakażeniami koronawirusem w tej placówce oraz z listem jednego z pracowników lecznicy opublikowanym przez Onet, w którym podnosił on szereg kwestii świadczących w jego ocenie o nieprzestrzeganiu procedur bezpieczeństwa w szpitalu w związku z epidemią.

Sanepid poinformował prokuraturę 15 kwietnia, że nie może obecnie przeprowadzić kontroli w miejskim szpitalu w związku z wykonywaniem innych zadań związanych z epidemią.

Trwa postępowanie sprawdzające

"Obecnie prowadzimy ws. szpitala miejskiego w Toruniu postępowanie sprawdzające. Poza listem jednego z pracowników, który opublikował Onet, wpłynęły do nas zawiadomienia od dwóch innych osób. Mają one wątpliwości odnośnie do zachowania procedur sanitarnych w tym szpitalu" - powiedział w poniedziałek 20 kwietnia rzecznik Prokuratury Okręgowej w Toruniu Andrzej Kukawski. 

Dotychczas potwierdzono w szpitalu miejskim w Toruniu 51 przypadków zakażeń koronawirusem.

Dodał, że prokuratura wystąpiła do szpitala o przekazanie dokumentacji medycznej pacjentki, której syn złożył zawiadomienie.

"Gdy tylko otrzymamy tę dokumentację, zostanie on wezwany i odebrane zostaną od niego zeznania" - zapewnił prokurator Kukawski.

Syn oskarża szpital

Syn pacjentki skontaktował się z PAP i przekazał swoje wątpliwości związane z postępowaniem szpitala w odniesieniu do jego matki.

"Mamę chorą na białaczkę limfocytową zawiozłem do szpitala w Toruniu 30 marca. Nie była ona w stanie zagrożenia życia, a jej pobyt w szpitalu miał się wiązać z poznaniem nowego lekarza hematologa, gdyż do tej pory leczyła się ona w szpitalu w Grudziądzu, w którym po przemianowaniu w jednoimienny taki oddział zamknięto. Normalnie wszedłem z nią na oddział. Tak samo było drugiego dnia, gdy wypisano ją do domu. Nikt nie informował nas wówczas o podejrzeniu zakażenia koronawirusem w tym szpitalu" - powiedział agencji Tomasz Wąs.

Dodał, że o przewiezieniu 30 marca do Grudziądza tzw. pacjentki "0" z tego szpitala, u której było podejrzenie zakażenia koronawirusem, dowiedział się dopiero 1 kwietnia z mediów.

"Przez dwa dni nikt z nami się nie skontaktował, mogliśmy nieświadomie roznosić wirusa po całym mieście. Choć przezornie stosowaliśmy wszelkie środki bezpieczeństwa. Zdecydowałem zatem sam się dowiedzieć. Tego samego dnia zadzwoniłem do szpitala zapytać, czy to prawda? Od lekarzy dowiedziałem się, że od wtorku 31 marca siedzą zamknięci w gabinecie i że "sanepid będzie dzwonił"" - podkreślił Wąs.

Dodał, że do takiego kontaktu nigdy nie doszło ze strony sanepidu i on sam musiał tam zadzwonić, a stacja nie miała jeszcze nawet jego matki na liście osób do pobrania wymazu. Test wykonano u niej w domu 3 kwietnia. W konsekwencji zakażony okazał się również jego ojciec, u którego koronawirusa, w formie bezobjawowej, zdiagnozowano w drugim teście.

"Moja mama walczy o życie"

"Moja mama trafiła do szpitala zakaźnego w Grudziądzu we wtorek 7 kwietnia. Przebywa na oddziale intensywnej terapii. Walczy o życie" - powiedział PAP Wąs.

PAP poprosiła dyrekcję szpitala w Toruniu o odniesienie się do wypowiedzi syna pacjentki.

"W dniu 30 marca w godzinach przedpołudniowych do Izby Przyjęć szpitala trafiła chora (wypisana z oddziału hematologii w dniu 27 marca), wobec której wysunięto podejrzenie zakażenia koronawirusem. W związku z tym chorą przewieziono do szpitala w Grudziądzu. Chora pojechała prosto z izby przyjęć, nie miała w tym dniu kontaktu z Oddziałem Hematologii" - poinformowała dyrektor szpitala miejskiego w Toruniu Justyna Wileńska.

Dodała, że 31 marca ok. godziny 15.00 szpital otrzymał informacje z Grudziądza o dodatnim wyniku zakażenia wirusem chorej przekazanej dzień wcześniej.

"Natychmiast zamknięto oddział, wstrzymano przyjęcia i wypisy. Do tego momentu oddział Hematologii funkcjonował normalnie. Po otrzymaniu informacji poinformowano Dyrektora Powiatowej Terenowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Toruniu o zaistniałej sytuacji oraz podjęto wspólną decyzję o objęciu kwarantanną wszystkich chorych i całego personelu Oddziału Hematologii" - dodała dyrektor.

Dlaczego nie zamknięto oddziału?

Syn pacjentki stawia pytanie dotyczące tego, dlaczego przy pierwszym podejrzeniu zakażenia koronawirusem u pacjentki oddziału hematologicznego natychmiast nie zamknięto tego oddziału.

Dyrektor szpitala miejskiego w Toruniu, odpowiadając na pytania w tej sprawie 2 kwietnia, napisała, że "trudno ustalić, która z pacjentek była tzw. pacjentką "O", czy ta, która na etapie podejrzenia o zakażenie została w dniu 30 marca przewieziona do Grudziądza, czy inna, u której również rozwinęło się zakażenie koronawirusem potwierdzone badaniami, których wyniki otrzymaliśmy w dniu 31 marca ok. godz. 14.30".

"Dlaczego więc ten oddział działał normalnie do 31 marca do godzin popołudniowych? Moja mama została z niego wypuszczona ok. 14.30 bez chociażby jednego zdania ostrzeżenia, że dzieje się coś niepokojącego. Mamy też wiedzę o tym, że do ok. godziny 17.00 przebywali na oddziale dziennym pacjenci, którym przetaczana była krew. Jak to możliwe?" - pyta syn pacjentki.

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje