10. rocznica katastrofy smoleńskiej. Paweł Kowal: Należałoby jednak powiedzieć - "przepraszamy"

- Po katastrofie smoleńskiej spełniały się tylko złe scenariusze. Dzisiaj dominuje u mnie poczucie niemocy. Bo nic się nie udało - mówi w rozmowie z Interią Paweł Kowal, były wiceminister spraw zagranicznych w rządzie PiS, który po 10 kwietnia 2010 r. był m.in. przy transporcie ciała prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Polski. Dzisiaj, jako poseł KO, wspomina to, co działo się w tamtych dniach, jaka była reakcja Władimira Putina i co stało się potem.

Remigiusz Półtorak, Interia: Minęło 10 lat. Co panu zostało z tamtego dnia, z tamtego czasu?

Paweł Kowal, były wiceminister MSZ i bliski współpracownik prezydenta Lecha Kaczyńskiego: - Pewnie najwięcej takiego idealizmu, którego brakuje w dzisiejszym świecie. Przekonania, że również z ogromnego nieszczęścia może być jakiś dobry plon. Nawet, jeśli na początku jest trauma. Zapamiętałem siebie z tamtego czasu jako człowieka, który był absolutnie pewny, że to się odmieni na coś dobrego.

Był pan wtedy bardzo blisko wydarzeń, które nastąpiły po katastrofie, rozmawiał pan z Putinem. Jaka była jego reakcja, jak się zachowywał? W książce pisał pan, że osobiście wszystkiego doglądał.

- Miałem rzeczywiście wrażenie, że osobiście kontroluje sytuację; że jest włączone takie super kryzysowe zarządzanie. I że podstawowa rzecz, na której mu zależy, to dobra reputacja Rosji; żeby nic jej nie obciążyło. Generalnie - żeby Rosja dobrze wypadła.

Była też wtedy sytuacja dość nietypowa, bo okazało się, że SMS-y z 10 kwietnia, które pisał pan tamtego dnia, po prostu zniknęły z telefonu. Wiadomo, co się z nimi stało?

- Zgłosiłem to do prokuratury, ale jeśli dobrze pamiętam, postępowanie zostało umorzone. Nie przypominam sobie, żeby coś więcej wydarzyło się w tej sprawie. SMS-y po prostu zniknęły.

Katastrofa smoleńska całkowicie przeorała polską politykę. Jak pan na to patrzy z perspektywy tych 10 lat?

- Byłem jednak zaskoczony, jak bardzo można to wykorzystać politycznie. I faktycznie tak się stało. Dzisiaj jest mi nawet trudno rozmawiać na ten temat bez kontekstu politycznego. W zasadzie wydaje się, że wszyscy, którzy wypowiadają się o katastrofie, mają w tyle głowy ten kontekst. Komisję Macierewicza, zobowiązania, które nie zostały dotrzymane. Oskarżenia związane ze Smoleńskiem stały się częścią życia politycznego. Zdarzyło się wszystko, czego w polskiej polityce miało już nie być.

- Dzisiaj widzę to już bardzo wyraźnie, że po katastrofie spełniały się tylko złe scenariusze. Na początku miałem inne podejście, trochę idealistyczne. Sądziłem, że zostaną wyciągnięte wnioski. Na poziomie praktycznym - że będą lepsze procedury bezpieczeństwa. A na poziomie politycznym czy etycznym - że to jednak zmieni pozytywnie nasze życie. Nie wydarzyło się ani jedno, ani drugie.

Czyli dokładnie coś przeciwnego, niż pan myślał. To bardzo gorzka refleksja.

- Jeśli sądziłem, że coś może być lepiej, to było jeszcze gorzej.

Powiedział pan kiedyś, już na chłodno, parę lat po katastrofie, że przegląda się w niej każdy Polak. Jak to odczytywać?

- To są emocje, które dotyczą wszystkich. Cały czas. Wszystkich środowisk politycznych, wszystkich grup religijnych. W tej katastrofie każdy ma coś swojego, nikt nie może powiedzieć: "Mnie to nie obchodzi, to nie moje". Dla tej całej opowieści właśnie to było charakterystyczne, że nikt nie mógł i nie może przejść wobec niej obojętnie.

Często wspominał pan też o regule św. Benedykta. "Jeśli zdarzy się jakaś kłótnia, pojednać się przed zachodem słońca".

- I o fragmencie Listu do Efezjan: "Oby słońce nie zachodziło nad twoim gniewem". Szczerze mówiąc, nie lubię wracać do tego tematu, ale jak teraz z panem rozmawiam, myślę sobie, że to jest na razie tak - choć przecież może się zmienić - że nic dobrego z tego nieszczęścia nie wyniknęło. Bo jeśli ktoś utwierdził się tylko w swoich uprzedzeniach, to to nie jest nic dobrego.

Przez 10 lat ani wrak nie został ściągnięty, ani nie mamy czarnych skrzynek. Jedynie odczyty, które zresztą się różnią, co dodatkowo stwarza pole do różnych interpretacji. Gdzie popełniono błędy?

- To nie jest łatwe pytanie. Kiedyś myślałem, że gdyby była inna rozgrywka z Rosją, czyli bardziej przebiegła gra ekipy Tuska, to można było ugrać więcej. Dzisiaj myślę, że Tusk i tak by nie uzyskał wsparcia u innych sił politycznych, bo jednak po drugiej stronie była mocna chęć, aby to wykorzystać politycznie. Po drugie, polityka rosyjska w tamtym czasie też była dynamiczna, wszystko zmieniało się na niekorzyść. Stawała się bardziej imperialna, prysnęły złudzenia, że można się z Rosją jakoś umówić. W gruncie rzeczy minęło 10 lat i sytuacja jest taka sama.

To wniosek, jak rozumiem, odnoszący się również do ostatnich pięciu lat, gdy obecne władze nie zrobiły żadnego kroku do przodu?

- Dzisiaj dominuje u mnie poczucie niemocy. Najpierw wydawało się, że można było postąpić lepiej po stronie Tuska, później cała narracja polityczna po stronie PiS-u została zbudowana na obietnicy, że coś się zmieni; że oni wiedzą, jak to zrobić. A teraz tak naprawdę to jest największy zawód. Są u władzy przez ostatnie niemal pięć lat, tymczasem wszystkie postulaty umiędzynarodowienia sprawy, które nawet nie wymagały zgody Rosji, tylko bardziej działań dyplomatycznych, nie zostały zrealizowane. Nawet to się nie udało.

- Nie udało się upamiętnienie w Rosji. Udały się tylko upamiętnienia w Polsce. Ale od strony estetycznej to też urąga pamięci tych, którzy wówczas zginęli. 

Słychać żal w pana głosie. To są cały czas duże emocje?

- Na co dzień może nie, ale jak wraca temat, tak jak dzisiaj, to oczywiście - tak. Są emocje.

Jak pan patrzy na działanie podkomisji smoleńskiej? Nie tak dawno mówił pan, że czuje się oszukany.

- Były obietnice, że to komisja, która wprowadzi coś nowego do dotychczasowych ustaleń. Wszystko opierało się na zakwestionowaniu tego, co zrobił rząd Tuska. A nawet więcej - na politycznym dezawuowaniu przeciwników. Dzisiaj trzeba uczciwie powiedzieć, że to było bezpodstawne. Bo komisja Macierewicza i w ogóle rządy w ostatnich latach nie przedstawiły niczego nowego w stosunku do tego, co było wcześniej. Jestem bardzo ostrożny w oskarżaniu kogokolwiek o złą wolę, ale tych zarzutów było trochę. Więc dzisiaj należałoby jednak powiedzieć: "Przepraszamy". Ci, którzy byli przeciwnikami Tuska, polemizowali z nim, mieli swój czas i niczego więcej nie dołożyli do wyjaśnienia przyczyn katastrofy.

Wtedy była krótka mobilizacja, dzisiaj znowu jest trudny moment, choć na zupełnie innym poziomie, liczy pan, że znowu można się zmobilizować?

- Patrzę uważnie na to, co się dzieje w Wielkiej Brytanii, w Stanach. Jak opozycja z rządem coś wspólnie robią. U nas te momenty kwietniowe - bo przed katastrofą smoleńską, 15 lat temu, była przecież żałoba po śmierci Jana Pawła II - kiedy nam się wydaje, że jest już tak blisko jedności, kończą się niczym. Jako politycy, ale też jako społeczeństwo powinniśmy to z pokorą przemyśleć. Czy tak musi być. W tych traumatycznych momentach różnica między tym, co sobie obiecujemy, czego od siebie oczekujemy, jak się wyobrażamy, a tym, co się udaje jest bardzo duża.

- A dzisiaj znowu potrzebujemy mobilizacji wszystkich sił. 

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje