"Mieli marzenia, plany". Mija dziewięć lat od katastrofy smoleńskiej

"Takiego dramatu współczesny świat nie widział" – powiedział tego dnia ówczesny premier Donald Tusk. Była sobota 10 kwietnia 2010 roku, 70. rocznica zbrodni katyńskiej.

Przed południem zamarła cała Polska. Na nasz kraj zwróciły się oczy całego świata. Samolot wojskowy Tu-154M, wraz z 96 osobami na pokładzie, o godzinie 8:41 runął na ziemię smoleńską. Zginęli: prezydent RP Lech Kaczyński i jego żona Maria, ostatni prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski, wicemarszałkowie Sejmu i Senatu, grupa parlamentarzystów, dowódcy wszystkich rodzajów Sił Zbrojnych RP, pracownicy Kancelarii Prezydenta, szefowie instytucji państwowych, duchowni, przedstawiciele ministerstw, organizacji kombatanckich i społecznych.

Lecieli, by uczcić pamięć ofiar zbrodni katyńskiej. Nikt nie przypuszczał, że smoleński las będzie miejscem także ich tragicznej śmierci.

"Oni wszyscy mieli krew i kości. Mieli emocje, marzenia, plany. Mieli swoich bliskich. Czekała na nich w domu wielka miłość, czekał obiad albo późna kolacja. Każdy z nich obiecał, że o 18 będzie w domu..." - tak o ofiarach katastrofy mówiła Joanna Racewicz, żona tragicznie zmarłego w katastrofie smoleńskiej Pawła Janeczka, szefa ochrony prezydenta.

Marta Kaczyńska: Nadal dzwoniłam do rodziców

W opublikowanej po katastrofie smoleńskiej książce "Moi rodzice", wywiadzie rzece prowadzonym przez Dorotę Łosiewicz, Marta Kaczyńska tak wspomina dzień, w którym zginęli jej rodzice:

"To była sobota rano. Jak zawsze wstałam, żeby przygotować śniadanie dla dzieci. Mąż był za granicą. Planowałam spokojny dzień z córkami. Włączyłam telewizor. Chciałam zobaczyć transmisję z uroczystości w Katyniu. Nie miałam zamiaru oglądać całości, bo zawsze denerwowałam się publicznymi wystąpieniami taty, choć on wypadał bardzo dobrze - miał fenomenalną pamięć i zazwyczaj mówił bez kartki. (...)

Nagle usłyszałam, jak dziennikarz mówi, że rozpoczęcie uroczystości opóźnia się z powodu problemów z lądowaniem. (...) Wierzyłam, że za chwilę usłyszę, że samolot z prezydencką delegacją właśnie wylądował. (...)

Nadal dzwoniłam do rodziców. Wybierając numery jak automat, wciąż wierzyłam, że przeżyli. A potem w telewizji powiedziano, że wszyscy pasażerowie zginęli. Gdy odczytywałam po raz kolejny tekst wyświetlany na żółtym pasku informacyjnym, nadzieja gasła. Nagle zamknął się pewien rozdział życia, choć w tamtych chwilach nie mogłam w to uwierzyć."

Wojciech Wasserman: Tata miał nie lecieć tym samolotem

Zbigniew Wasserman miał nie lecieć tym samolotem. - Później jednak zwolniło się miejsce i wskazano na Tatę. Czuł się zaszczycony i zobowiązany, żeby polecieć do Katynia i oddać hołd oficerom pomordowanym w czasie drugiej wojny światowej - wyjaśniał Wojciech Wasserman w rozmowie z Joanną Racewicz, opublikowanej w książce "12 rozmów o pamięci. Oswajanie nieobecności" (Warszawa, 2012 rok). 

Kiedy ostatni raz Wojciech Wasserman rozmawiał z ojcem, ten planował: Po powrocie z Katynia do Warszawy wsiądzie prosto w samolot do Krakowa. Zaznaczył, że z Balic wróci taksówką, żeby nikt po niego nie wyjeżdżał, bo będzie późno. "Zwykle ktoś z nas wyjeżdżał po Tatę na lotnisko..."

Wasze komentarze
No hate

Dodawanie komentarzy pod tym artykułem zostało wyłączone

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym, nasyconym nienawiścią komentarzom, niezależnie od wyrażanych poglądów. Jeśli widzisz komentarz w innych serwisach, który jest hejtem – wyślij nam zgłoszenie.

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje