Reklama

Reklama

"Sieci": Polscy śledczy w Smoleńsku

Tygodnik "Sieci" opisuje wizytę polskich śledczych na miejscu katastrofy smoleńskiej oraz zamieszcza zdjęcia fragmentów szczątków polskiego tupolewa. "W październiku miała miejsce trzecia już wizyta śledczych na miejscu katastrofy, ale przesadzone do granic rozsądku rosyjskie środki ostrożności nie zmieniły się ani trochę" – czytamy. Magazyn pisze również o tajemniczym emisariuszu Rady Europy, który został wyznaczony do mediacji między Polską a Rosją.

Tygodnik "Sieci" opublikował we wtorek fotografie wraku tupolewa, który 10 kwietnia 2010 roku rozbił się w Smoleńsku. To pierwsze od kilku lat zdjęcia tego, co zostało po rządowym samolocie - podaje tygodnik.

Reklama

Jak czytamy, na fotografiach widać obydwa pomieszczenia, w których we wrześniu 2018 r. i w maju bieżącego roku pracowali polscy prokuratorzy.

"Ustawiona na drewnianej konstrukcji aluminiowa wiata, do której dołożono z czasem także boczne ścianki (niektóre z brezentu), to miejsce, gdzie składowane są największe elementy tupolewa - roztrzaskane skrzydła, koła, rozprute burty i szczątki silników. Duży, ciemnozielony hangar jest solidną konstrukcją, ale w jego wnętrzu widać tylko nieposegregowane sterty złomu. Tutaj plątanina kabli, tam coś, co przypomina szczątki poszycia. No i wreszcie drzwi. Ułożone w równym rzędzie, niektóre tylko ubłocone, ale są i mocno zdefragmentowane, to zapewne ten element, który miał 'wystrzelić' z kadłuba jeszcze podczas lotu i z impetem wbił się w ziemię. Sterta czarnych worków to zapakowane fotele. W kartonowych pudłach znajdują się m.in. rejestratory z TU-154M" - czytamy w artykule.

Środki ostrożności

Tygodnik opisuje także środki ostrożności stosowane przez Rosjan.

"Najpierw kontrola osobista (szczegółowa i krępująca) oraz przebieralnia. Należy nałożyć ochraniacze na buty, rękawice oraz szczelne, białe kombinezony z kapturem. Koniecznie zapinane na suwak pod samą szyję, czego skrupulatnie pilnowano. (...) Potem jeszcze: rentgen, detektor metalu, dwa rodzaje spektometru (na obecność materiałów wybuchowych) i dwa detektory jonowe" - czytamy.

Tygodnik podaje, że dokumentacja fotograficzna, bardzo obszerna, zawierająca nawet kilka tysięcy zdjęć została wykonana już podczas pierwszych wizyt. "Za każdym razem wygląda to tak samo: polski śledczy wskazuje element, rosyjski fotograf wykonuje zdjęcie" - informuje gazeta. Dodaje, że tylko niektóre części wraku można podnieść, ale to także robią Rosjanie.

"To jawna kpina"

Gazeta informuje, że wstępny plan kierownictwa zespołu śledczego nr 1 w Prokuraturze Krajowej zakładał, że każdy element zostanie opatrzony indywidualnym kodem paskowym. "Rosjanie stanowczo odmówili, co dziwi tym bardziej, że sami w dość charakterystyczny sposób oznaczyli niektóre odłamki. Zwracają uwagę koślawe napisy żółtą farbą" - czytamy. Na każdym kroku polskim prokuratorom towarzyszyła spora gromada przedstawicieli Komitetu Śledczego Federacji Rosyjskiej.

W artykule przypomniano, że na Moskwa każdorazowo odpowiada, że nie odda wraku do czasu, aż zakończy własne śledztwo. "Jednak żadne realne śledztwo w tej sprawie w Rosji się nie toczy. A więc to jawna kpina. Podobnie jest w wielu bardziej szczegółowych wątkach" - czytamy.

Gazeta wskazuje, że Polska nadal nie otrzymała m.in. dokumentów dotyczących lotniska Smoleńsk-Siewiernyj, zdjęć i materiałów wideo z wyznaczania sektorów na miejscu katastrofy oraz protokołów oględzin elementów samolotu (m.in. agregatów i lewego skrzydła) z lat 2011-12.

"Jak długo jeszcze będzie trwała ta groteskowa gra Rosjan z polską prokuraturą? Nieoficjalnie dowiadujemy się, że śledczy mają już dość udawania, iż da się współpracować z Rosjanami. Wszystko, co można było w Smoleńsku zrobić, już zrobiono" - czytamy w tygodniku. Jak wskazano, prokuratura nie ma narzędzi do wpłynięcia na decyzje Moskwy. Potrzebne jest zaangażowanie władz państwowych, uruchomienie kontaktów i nacisków międzynarodowych.

Kim jest emisariusz Rady Europy?

"Sieci" przypominają o przyjętej przed rokiem przez Radę Europy rezolucji wzywającej Rosję do oddania polskiej własności. Jak podaje tygodnik, kilka miesięcy temu w Warszawie był emisariusz Rady Europy, który został wyznaczony do mediacji między Polską a Rosją. "Chodzi o byłego przywódcę jednego z państw unijnych" - czytamy.

"Prowadzimy wiele zabiegów, o których na pewno nie chcielibyśmy dziś jeszcze głośno mówić. Sprawa jest zbyt delikatna, by ją nagłaśniać. Mogę tylko potwierdzić, że Rada Europy jest tą organizacją, w której intensywnie działamy" - powiedział tygodnikowi urzędnik MSZ.

"Kogo obciąża to, że wrak TU 154M znajduje się, gdzie się znajduje, i jest w stanie, w jakim jest? Przecież ani obecne władze, ani Prokuratura Krajowa prowadząca śledztwo od 2016 r. nie są temu winne, lecz polski rząd, który ani w kwietniu 2010 r., ani w kolejnych miesiącach nie domagał się zwrotu samolotu. Wtedy obowiązywała narracja, że trwa wspólne śledztwo (de facto nigdy takowe nie zaistniało) i gabinet Donalda Tuska - z ministrem obrony Bogdanem Klichem, spraw zagranicznych Radosławem Sikorskim, zdrowia Ewą Kopacz - oraz prezydent Bronisław Komorowski za wszelką cenę nie chcieli drażnić Rosjan i kierować wobec nich jakichkolwiek żądań" - czytamy w tygodniku.

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy