Reklama

Reklama

Jedynak: Rejestratory Tu-154 zapisały wstrząs i gwałtowny obrót w lewo

Wykluczam teorię o zamachu jako nie znajdującą oparcia w faktach - mówi Wiesław Jedynak, członek Komisji Badania Wypadków Lotniczych.

- Załoga Tu-154 już na 25 minut przed lądowaniem wiedziała że warunki w Smoleńsku są bardzo złe, mogła przerwać, a mimo to zniżała się, nie reagując na sygnalizację. Wstrząsy, o których mówi komisja Macierewicza, to uderzenia o przeszkody naziemne. Wiedzieliśmy o nich pracując nad raportem. Wstrząsy, są skorelowane z czasem kiedy samolot uderzył w brzozę. Rejestratory zapisały jeszcze gwałtowny obrót samolotu w lewo i próbę skontrowania. Próbę nieudaną, bo nie było już czym manewrować - wyjaśnia gość RMF FM.

Reklama

Konrad Piasecki: Teorii, że w Smoleńsku doszło do zamachu, daje pan ile procent prawdopodobieństwa?

Wiesław Jedynak: - Wykluczam w ogóle tę teorię. Ona nie jest oparta na faktach.

A że decydującą przyczyną były dwa wybuchy, dwie eksplozje na pokładzie tupolewa?

- To również, w nawiązaniu do tego, co powiedziałem wcześniej, nie można tego oprzeć na ustalonych przez komisję faktach zamieszczonych przez komisję w raporcie.

Te ustalenia i hipotezy naukowców pracujących dla komisji Macierewicza nic są nie warte?

- Każdy ma prawo do własnego zdania, natomiast dobrze byłoby, gdyby poruszano się w obszarze ustalonych faktów, dokumentów, zgromadzonych danych, a nie dokonywano wybiórczej kwerendy tych danych po to, żeby przekazać swoją prawdę jak gdyby.

To w obszarze faktów. Czym są te dwa wstrząsy czy dwie eksplozje odnotowane przez naukowców związanych z komisją Macierewicza?

- One prawdopodobnie, bo o tym musimy powiedzieć, nie wiemy przecież tak naprawdę, czym były naprawdę te zarejestrowane wstrząsy, są tylko i wyłącznie śladem uderzenia samolotu w przeszkody naziemne. To nie są jakieś znaczące przeciążenia. To są delikatne przeciążenia, które mówią o tym, że samolot zaczął uderzać o przeszkody naziemne.

Ale rozumiem, że komisja też odnotowała te wstrząsy czy jakieś tam zmiany cyrkulacji?

- Oczywiście, to nie są wstrząsy. To są ślady na zapisie przy przeciążeniu poziomym i pionowym, mówiące o tym, że nastąpiło jakieś zakłócenie toru lotu samolotu.

I te ślady są odnotowane po uderzeniu w brzozę czy przed uderzeniem w brzozę?

- Jest to skorelowane właśnie z tym miejscem i z tym czasem, w którym samolot uderzył w brzozę.

Pan jest dzisiaj absolutnie przekonany do raportu komisji Millera i do brzozy, która oderwała część skrzydła?

- Tak, to jest naturalna konsekwencja analizy poszczególnych elementów zapisanych w rejestratorach parametrów lotu, rejestratorach głosu, analizie tych faktów, złożeniu warunków meteorologicznych z całej sytuacji. Trudno to było opisać inaczej.

"Rejestratory Tu-154 zapisały wstrząs i gwałtowny obrót w lewo"

A na ile ta brzoza i to skrzydło zostały szczegółowo przebadane przez naukowców, przez badaczy?

- Ja powiem tak - ważna w tym wszystkim jest taka racjonalizacja badań. Najpierw musimy przeprowadzić ciąg logiczny, analizy prowadzące nas do tej brzozy. My się koncentrujemy na samym efekcie, a tak naprawdę uderzenie w brzozę było skutkiem tego zaniedbania pewnych tam relacji między pilotem a samolotem. Zapominamy o tym, jak to było naprawdę, jeśli chodzi o fakty. Warto te fakty uporządkować. Czyli załoga wiedziała 25 minut przed lądowaniem o tym, że warunki są bardzo złe, poniżej absolutnie minimów. Sama poprosiła o podejście. Nie ma mowy o żadnym zwabianiu załogi w żadną pułapkę, bo na każdym etapie tego lotu mogła przerwać ten lot. Na samej prostej zniżała się do wysokości znacząco przekraczającej tę minimalną, przy której powinna rozpocząć tę procedurę odejścia, nie reagując na sygnalizację generowaną przez samolot. Bardzo dramatyczną, trwającą 20 sekund sygnalizację, mówiącą o tym, żeby odejść. I na samym końcu, gdzie samolot znajdował się na wysokości minimalnej, czyli na wysokości już kilku metrów nad ziemią, rozpoczęło się uderzanie w obiekty naziemne, więc trudno mówić tutaj o tym, żeby cokolwiek innego mogło tu być przyczyną uszkodzenia. Do tego na miejscu zdarzenia znaleziono właśnie ściętą brzozę z fragmentami materiałów pochodzących z samolotu. Znaleziono ułamany dosyć znaczący fragment skrzydła. Zresztą charakter uszkodzeń - ta końcówka skrzydła była zupełnie nieuszkodzona. Widać było bardzo wyraźnie, że została odseparowana od całości.

No, ale druga strona powiedziałaby panu tak: to, że byli na tej wysokości to tylko był moment, w którym już odchodzili, próbowali rozpocząć czy rozpoczęli manewr odchodzenia. W tym momencie wydarzyło się coś takiego, co urwało skrzydło, czytaj - eksplozja, coś, co spowodowało oderwanie skrzydła, a nie brzoza.

- Chciałbym wrócić do tego, co powiedziałem. Pamiętajmy o tym, na jakiej wysokości ten samolot się znajdował. Nie mówimy o wysokości 100 metrów. Nie mówimy o wysokości 50 metrów. Mówimy o wysokości kilku metrów nad ziemią.

Czy komisja Millera stworzyła jakieś symulacje dowodzące, że oderwanie skrzydła przez brzozę było możliwe?

- Wczoraj przewodniczący mojej komisji pan Maciej Lasek mówił o tym w telewizji, że nie prowadziliśmy tego dlatego, że dla nas tak naprawdę był to skutek, a nie powód tego, że ten samolot się rozbił, czyli generalnie taki model lub też symulacja pokazująca sposób rozpadu jest interesująca dla naukowców i dla osób, które chcą ten temat zbadać dokładniej, wyciągając wnioski na temat struktury budowy samolotu i tak dalej. Natomiast z punktu widzenia racjonalności badania wypadku lotniczego to nie miało takiego dużego znaczenia.

A jak to jest z tym słynnym "wywinięciem" kadłuba czy wraku na zewnątrz, co ma też dowodzić wybuchu?

- Na podstawie jakich źródeł to zostało ustalone?

Na podstawie źródeł wizualnych, czyli oglądu relacji telewizyjnych i zdjęć.

- Trzeba się skoncentrować na tym, co zostało ustalone i jest opisane w raporcie, w protokołach. Jest zamieszczona kopia analiz chemicznych wykonanych przez Wojskowy Instytut Chemii i Radiometrii, gdzie przebadano bardzo wiele elementów będących na pokładzie samolotu. Wykluczono obecność gazów bojowych, środków radioaktywnych, materiałów wybuchowych.

Czy jakikolwiek wybuch jest wykluczony?

- W naszym pojęciu tak.

Jest tak, że pan by dzisiaj nie zmienił nic, nawet przecinka w raporcie komisji?

- Podpisałbym się pod tym raportem tak samo spokojnie, mając świadomość tego i musimy wszyscy mieć świadomość tego, że ten raport był pisany rok temu. Mogły zostać pewne okoliczności, które będą różne od naszych ustaleń. Ale nie były to tego typu ustalenia, które mogłyby znacząco zmienić...

...bardzo różna jest kwestia obecności generała Błasika. Instytut Sehna jego głosu nie rozpoznał wśród tych osób, które były w kabinie.

- To jest przykład na to, że są ustalone jakieś kolejne fakty, pojawiają się kolejne ekspertyzy. Jeżeli nawet przyjęlibyśmy tę ekspertyzę jako ostateczną to musimy ją przeanalizować do końca. Obecność pana generała Błasika w kabinie pilotów nigdy nie była pokazywana jako jakikolwiek element mający wpływ na zaistnienie...

...z punktu widzenia komisji Millera, bo MAK z tego uczynił...

- ...ja nie mogę brać odpowiedzialności za to co MAK zrobił...

Ale jest istotna kwestia kto odczytywał te wysokości. Że nie odczytywał ich generał Błasik tylko drugi pilot.

- Jeżeli byśmy przyjęli tezy zamieszczone w raporcie instytutu Sehna to wtedy one by wzmacniały nasz przekaz. Jeżeli rzeczywiście drugi pilot odczytywał te wysokości to powstaje pytanie dlaczego nie reagował? Samolot był sprawny, w każdej chwili można było przerwać to podejście. Jego zadaniem jako osoby, która wspomagała działania kapitana, który pamiętajmy był nadmiernie obciążony, prowadził korespondencję, prowadził samolot, powinien przerwać to podejście i przebić się z tą informacją. A pamiętajmy kiedy nastąpiło przerwanie podejścia. To była wysokość 40 metrów nad ziemią. A wysokość barometryczna, którą mierzyli zgodnie z raportem Instytutu Sehna moglibyśmy powiedzieć, że załoga obserwowała wynosiła wtedy zero metrów.

Tylko, że znowu posługując się argumentem strony przeciwnej reakcję uniemożliwiła awaria, wybuch, czy cokolwiek takiego co sprawiło, że piloci nie byli w stanie dokonać takiego manewru.

- Musimy na czymś się oprzeć. Jeżeli wykluczymy materiał zgromadzony do tej pory to wtedy nie mamy niczego. Natomiast jeżeli zaufamy zapisom rejestratorów lotów a przecież pamiętajmy, że chociaż jeden z tych rejestratorów był polskiej konstrukcji, zbadany tylko i wyłącznie w Polsce, to on zapisał do ostatniej sekundy lotu to, ze ten samolot był sprawny.

Wszystkie jego urządzenia były sprawne.

A co on jeszcze zapisał? Że ten samolot się przechylił, odchylił?

- Nawet już zaczął rejestrować potem po tym wstrząsie zarejestrowanym, zarejestrowany został bardzo gwałtowny obrót w lewo, któremu towarzyszyła reakcja załogi kontrująca ten obrót, ale ona była nieskuteczna, bo nie było czym sterować tym samolotem, najzwyczajniej w świecie.

Czy komisja nie rozważa powrotu do pracy, wznowienia swojej pracy, dopisania czegoś do raportu?

- To jest zawsze możliwe, ale w sytuacji gdy pojawiają się rzeczy naprawdę istotne z punktu widzenia określenia przyczyn. Pamiętajmy, że celem komisji...

Rozumiem, że przez ten rok nic się z pańskiego punktu widzenia nie pojawiło?

- Celem komisji jest określenie profilaktyki i wskazania przyczyny wypadku także w tym aspekcie nie pojawiło się nic nowego.

Czytaj też na rmf24.pl

interia360: Polityczna bijatyka PO z PiS, czyli co nas to obchodzi?

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację
Dowiedz się więcej na temat: Nie | tupolew | katastrofa w Smoleńsku | Wiesław Jedynak | Tu-154

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy