Reklama

Reklama

Klich: Macierewicz nie ma podstaw, by mnie oskarżać

Antoni Macierewicz nie ma żadnych podstaw, by mnie oskarżać; to działanie polityczne - uważa były polski akredytowany przedstawiciel przy MAK płk Edmund Klich. Poseł PiS zawiadomił prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa przez Klicha.

Zawiadomienie zostało skierowane do prokuratury w czwartek. Macierewicz, który jest szefem parlamentarnego zespołu badającego katastrofę smoleńską, zarzuca Klichowi utrudnianie prowadzonego przez Wojskową Prokuraturę Okręgową w Warszawie postępowania karnego w sprawie katastrofy, a także "działania na szkodę Polski jako jej przedstawiciel na terenie Federacji Rosyjskiej".

Reklama

- To są działania według mnie już polityczne, bo nie ma żadnych podstaw, żeby mnie oskarżać - skomentował dziś Klich.

Według Macierewicza, Klich przekroczył swoje uprawnienia, gdy trzy dni po katastrofie w Smoleńsku zażądał od wojskowych prokuratorów przerwania przesłuchania szefa meteo na lotnisku. Poseł PiS zarzuca też Klichowi, że uniemożliwił polskim obserwatorom udział w oblocie środków radiotechnicznej kontroli lotów lotniska. Ponadto Klich - zdaniem Macierewicza - mógł uniemożliwić polskim ekspertom badającym wrak samolotu "dokończenie prac przed zniszczeniem i wywiezieniem jego szczątków przez przedstawicieli Federacji Rosyjskiej".

Dlaczego Rosjanie nie udostępnili danych z oblotu?

W opinii Klicha gdyby na początku badania katastrofy doszło do "wielkiej awantury", to - jak mówił - nic już byśmy od Rosjan nie dostali, np. nagrań rozmów na wieży w Smoleńsku. - Teraz ważniejsze są szczegółowe rozmowy z wieży, w tym kontakty z Moskwą, niż szczegółowe dane z oblotu, bo wiem, że ten sprzęt był byle jaki - ocenił Klich.

Jak tłumaczy, system zainstalowany w Smoleńsku jest bardzo nieprecyzyjny, "szczególnie jeśli chodzi o wysokość". To właśnie słaba jakość systemów lotniska w Smoleńsku zadecydowała - zdaniem Klicha - o tym, że Rosjanie nie udostępnili Polsce danych z oblotu.

Płk Klich skomentował też przygotowania do eksperymentu, jaki ma przeprowadzić polska komisja badająca katastrofę. Badanie to ma m.in. wyjaśnić, czy załoga rzeczywiście użyła systemu automatycznego przerwania podejścia i odejścia na bezpieczną wysokość. Według niego podchodzenie do lądowania "w automacie" - jeśli do tego doszło - było niezgodne z procedurami. Innym błędem miało być korzystanie przez załogę z radiowysokościomierza zamiast z wysokościomierza barometrycznego.

Klich o eksperymencie

Jak tłumaczy płk Klich, samolot może automatycznie przerwać lądowanie tylko, gdy na lotnisku jest system naprowadzania samolotów ILS i gdy jest on wykorzystywany przez podchodzący samolot. - Natomiast w sytuacji, gdy nie ma systemu ILS na lotnisku, jak go nie było w Smoleńsku, takie odejście automatyczne jest niemożliwe - powiedział.

Jeżeli na lotnisku działa system ILS, w wypadku decyzji o odejściu na drugi krąg wystarczy, że ktoś z załogi naciśnie jeden przycisk. - Kapitan naciska na wolancie z prawej strony przycisk "uchod". Wtedy komputer automatycznie wypracowuje najlepsze warunki odejścia, bez udziału załogi następuje przerwanie podejścia i samolot nabiera wysokości. Załoga nie podejmuje żadnych innych działań - wyjaśnia Klich.

Jego zdaniem należałoby rozważyć, dlaczego mimo podjęcia decyzji nie nastąpiło bezpieczne odejście. - To jest zastanawiające. Jedno z wytłumaczeń jest takie, że załoga, prawdopodobnie kapitan, mogła nacisnąć przycisk "uchod" i system nie zadziałał, bo nie mógł zadziałać na tym lotnisku, bo nie miało odpowiedniego wyposażenia. (...) W związku z tym można zakładać, że nastąpiło opóźnienie działań załogi - przypuszcza płk Klich. Jak mówił, brak reakcji samolotu był zaskoczeniem dla załogi.

Komenda "odchodzimy"

Według zapisów rozmów w kokpicie Tu-154M - opublikowanych w styczniu 2011 r. przez polską komisję badającą przyczyny katastrofy - na kilkadziesiąt sekund przed katastrofą pierwszy pilot wydał komendę: "Odchodzimy na drugie zajście". Sekundę później potwierdził ją drugi pilot: "Odchodzimy". Wówczas też - według raportu MAK - drugi pilot wychylił wolant do siebie, ale zbyt mało, by odłączyć autopilota, i tym bardziej za mało, aby wykonać odejście na drugi krąg.

Płk Klich uważa jednak, że nie można przesądzać, kto ruszył drążek - rejestratory Tu-154M nie są w stanie tego wychwycić, bo wolanty są ze sobą fizycznie połączone.

Dopiero po kilku sekundach - według raportu MAK - któryś z pilotów gwałtownie pociągnął drążek do siebie, "zerwał" autopilota, a sekundę później zwiększono ciąg silników. Zanim to się stało, samolot zniżał się z prędkością 8 m/s, ponadto od momentu zdecydowanej reakcji załogi do momentu rozpoczęcia nabierania wysokości, maszyna straciła jeszcze ok. 20 m, gdyż opadała siłą bezwładności.

Klich podkreśla, że te szczegóły ma jeszcze pokazać eksperyment polskiej komisji badającej katastrofę smoleńską. - Na rejestratorach nie było żadnego znaku, że naciśnięto przycisk "uchod". Większość specjalistów twierdziła, że naciśnięcie tego przycisku nie daje żadnego znaku na rejestratorze. Daje go dopiero aktywacja systemu automatycznego odejścia. Dopiero eksperyment ma wyjaśnić, że coś takiego zostało uruchomione - wyjaśnia płk Klich.

Terminu eksperymentu jeszcze nie wyznaczono. Trwają uzgodnienia między polska komisja badająca katastrofę a Dowództwem Sił Powietrznych.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy