Reklama

Reklama

Wierzchowski: Dopiero jak zobaczyłem biało-czerwone malowania...

"Boże, to niemożliwe, że prezydent i wszystkie osoby na pokładzie zginęły. To nie ten samolot" - o 10 kwietnia mówił w RMF FM Marcin Wierzchowski.

Konrad Piasecki: 10 kwietnia, to była sobota podobna do dzisiejszej, rano stał pan na płycie smoleńskiego lotniska. Kiedy pojawiła się mgła, pomyślał pan sobie, że ten samolot tam nie wyląduje?

Reklama

Marcin Wierzchowski (pracownik Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego): - Ja uczestniczyłem w wielu wizytach pana prezydenta, w kraju i za granicą, latałem tym samolotem. I powiem szczerze, że nie miałem takich myśli, że ten samolot nie będzie mógł wylądować.

Nie było też żadnych sygnałów, że on może zostać skierowany na inne lotnisko?

- W pewnej chwili któryś z konsulów z polskiej ambasady coś takiego wspomniał. Ale ja nie miałem takiej świadomości, bo ten samolot lądował w różnych sytuacjach.

Pan widział na płycie tego lotniska polski samolot Jak-40, który tam wcześniej wylądował. Jakiś kontakt z jego załogą państwo nawiązaliście?

- Nie. Kontaktu przed lądowaniem nie mieliśmy, samolot stał z boku na płycie postojowej.

O 8:40 usłyszał pan silnik Tupolewa?

- Tak, usłyszałem odgłos silników, to był głośny samolot. A potem cisza.

Słychać było, że stało się coś niezwykłego, coś niepokojącego? Czy cały czas pan myślał sobie, że doszło do normalnego lądowania?

- W pewnym momencie zobaczyłem ochronę rosyjską przydzieloną do ochrony pana prezydenta, która ruszyła pędem przez płytę lotniska. I pierwsza myśl, która mi przyszła do głowy, była taka, że samolot wylądował, a Rosjanie się zagapili i kolumna nie ruszyła.

Wsiadł pan w samochód? Pobiegł pan?

- Wsiadłem do samochodu ambasadora Bahra razem z nim oraz jego kierowcą i pognaliśmy za tymi samochodami rosyjskimi.

Z myślą, że samolot gdzieś stoi na płycie, nie w tym miejscu, w którym powinien stać?

- Tak, do głowy by mi nie przyszło, że to może być tak wielka tragedia, jak się później okazało.

Co było takim momentem, w którym pan zrozumiał, że wydarzyło się coś naprawdę niezwykłego, straszliwego, tragicznego?

- To trwało minutę, może dwie, trzy. Jak dojechaliśmy do takiego miejsca przy bocznym pasie, ja wysiadłem i zobaczyłem trzy czy cztery osoby, które wbiegły w las, to wtedy się zaniepokoiłem. Ale adrenalina działała, ja wbiegłem za nimi i jak zobaczyłem ogrom zniszczeń, to wiedziałem, że doszło do tragedii.

Od razu pan sobie uświadomił, że to był ten samolot, którym leciał prezydent i polska delegacja?

- Pierwsza myśl, która mi przyszła do głowy, to było: "Boże, to niemożliwe, że prezydent i wszystkie osoby na pokładzie zginęły. To nie ten samolot". Ale po kilkunastu sekundach, jak zobaczyłem, że na rozrzuconych po terenie szczątkach są biało-czerwone malowania, to już wiedziałem, że to jest polski samolot.

Tam pojawiła się myśl o ratowaniu, o wyciąganiu kogoś z pobojowiska? Czy od razu pan sobie uświadomił, że o żadnej akcji ratunkowej mowy być nie może?

- Ogrom zniszczeń, które zastałem na miejscu, to było coś niesamowitego. To zabrzmi dość przykro, ale ja już wiedziałem, że nikt nie przeżył. Na różnych filmikach w internecie widać było, że tamte miejsca się paliły.

Co pan wtedy zrobił? Pan, urzędnik Kancelarii Prezydenta? Wyciągnął pan telefon, zadzwonił do swoich przełożonych?

- Pierwsza myśl, która od razu przyszła mi do głowy, była taka, że muszę zadzwonić do ministra Sasina, który oczekiwał na cmentarzu w Katyniu na przyjazd pana prezydenta i poinformować go - jako mojego bezpośredniego przełożonego - o tym, że jest taka tragedia i że nie przyjedziemy.

Zadzwonił pan?

- Tak, zadzwoniłem z wielkim bólem. On mi mówił: "uspokój się", "co ty mówisz", "to niemożliwe".

Ale był w stanie uwierzyć w to, co pan mówi? Był w stanie przyjąć to do wiadomości?

- Później, jak z nim rozmawiałem, to on mi nie wierzył, mówił, że to niemożliwe. Że nawet, jeżeli coś się stało, to samolot zjechał z pasa startowego gdzieś na pobocze. Dopiero jak przyszedł z lasu, to był biały jak ściana, miał łzy w oczach, widząc to wszystko, co się stało. Chyba zrozumiał, co mu wtedy chciałem przekazać.

Zaczęto przeszukiwać miejsce tragedii, szukano ciała prezydenta. To była dojmująca myśl na miejscu tragedii - odnaleźć prezydenta?

- Przeszukaliśmy wszystkich, ja nie ingerowałem we wrak tego samolotu. Mieliśmy telefony z Warszawy z pytaniami, kto został odnaleziony. Ważne było, aby odnaleźć i rozpoznać jak największą ilość osób, żeby można było powiadomić bliskich, że ciała ich krewnych odnaleziono. Rosjanie w pierwszej kolejności szukali ciała pana prezydenta i pani prezydentowej jako głowy państwa polskiego.

Jak wyglądał moment odnalezienia ciała Lecha Kaczyńskiego?

- Ja stałem obok miejsca katastrofy, przyszedł do mnie jeden z polskich konsulów i poprosił mnie, abym był obecny przy identyfikacji, bo jest wytypowane ciało, które może należeć do prezydenta Lecha Kaczyńskiego. I zapytał, czy ja - jako osoba, która prawie codziennie go widziała - czy mógłbym w tym uczestniczyć. No i ja się zgodziłem.

Rozpoznał pan ciało prezydenta bez żadnych problemów?

- Byłem pewien na 75 proc., że to jest pan prezydent.

Pan w tym momencie powiadomił oficjalnie kogoś? Czy to już było tak oczywiste, że prezydent nie żyje, że takich urzędniczych procedur już nie trzeba było wszczynać?

- W tamtym momencie zadzwoniłem bodajże do ministra Sasina, żeby mu o tym powiedzieć. W tym momencie nie pamiętam, jak ta rozmowa dokładnie wyglądała, bo odbyłem w tym czasie wiele rozmów. Dzwonili do mnie moi bliscy, koledzy z kancelarii. Wydaje mi się, że podczas rozmowy z ministrem Sasinem nie byłem w stanie na 100 proc. powiedzieć, że to jest prezydent Kaczyński.

Do dziś trwa dyskusja, wiele osób zarzuca Rosjanom i polskiemu rządowi, że ciało prezydenta potraktowano z nienależnym szacunkiem. Pan wtedy o tym myślał?

- Ja nie mam się czego wstydzić. W tamtym okresie byłem załamany. Miałem świadomość, że ci wszyscy ludzie zginęli - że zginęła Kasia Doraczyńska, że zginął Paweł Wypych, koledzy z BOR-u, stewardessy, z którymi na co dzień pracowaliśmy, że zginęli ci wszyscy generałowie, rodziny katyńskie, pan Stefan Melak, który cały czas walczył o przywrócenie pamięci o Katyniu. Nie myślałem wtedy o takich rzeczach. To może zabrzmi dość niezręcznie, ale ja wtedy chciałem odnaleźć jak największą ilość osób, żebyśmy wiedzieli, kto jest. Pan prezydent był już odnaleziony i wstępnie zidentyfikowany.

Identyfikacji zawsze dokonuje najbliższa rodzina.

- Wiedząc, że później przyjedzie Jarosław Kaczyński, nam też zależało na tym, żeby ciało pana prezydenta pozostało tam na miejscu do jego przyjazdu. Mieliśmy świadomość tego, że jeżeli by został zabrany, to już by go nie zobaczył, a wiedziałem, że będzie chciał się pożegnać ze swoim bratem.

Dowiedz się więcej na temat: Niemożliwe | prezydent | Nie | katastrofa w Smoleńsku | wywiady

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje