Nagroda Nobla 2009

Nobel na urodziny

Radość z przyznania przed 26 laty pokojowego Nobla Lechowi Wałęsie była w Polsce dość powszechna. Tak jak powszechna była opinia, że nagroda przyznana przewodniczącemu tak naprawdę przeznaczona była dla całego ruchu Solidarności.

Sam Wałęsa też to podkreślił w przemówieniu, które w Oslo podczas uroczystości wręczania lauru odczytała jego żona Danuta, a co Lechu, który został w Gdańsku, słyszał na żywo w Radiu Wolna Europa.

Reklama

- Przyjmuję tę nagrodę z całym szacunkiem dla jej rangi i zarazem z poczuciem, że wyróżnia ona nie mnie osobiście, lecz jest nagrodą dla Solidarności, dla ludzi i spraw, o które walczyliśmy i walczymy w duchu pokoju i sprawiedliwości - mówiła Danuta Wałęsowa słowami męża. - Niczego też innego nie pragnę, aniżeli tego, by przyznanie tej nagrody służyć mogło pokojowi i sprawiedliwości. Tak w mojej ojczyźnie, jak i w świecie.

Ważniejszy niż Boniek

Jest jesień 1983 roku. Prawie dwa lata stanu wojennego, zniesionego kilka tygodni wcześniej na rocznicę ogłoszenia manifestu PKWN, zrobiło swoje. Demonstracje nie były już tak liczne, związkowe i polityczne podziemie wytraciło impet. Tym ważniejsze były wydarzenia, które dodałyby sił i uzasadniałyby trwanie w oporze.

- Pokojowy Nobel dla Wałęsy dał wszystkim nowe siły - mówi Przemysław Miśkiewicz, niegdyś działacz NZS, dziś szef stowarzyszenia Pokolenia przygotowującego Encyklopedię Solidarności. - Czekało się na niego już rok wcześniej, ale bezpieka robiła wszystko, żeby Wałęsa go nie dostał. Dostał rok później i kto wie, czy przez to radość nie była większa.

Bezpieka rzeczywiście uczyniła wszystko, żeby zdyskredytować kandydaturę Wałęsy. Komitet Noblowski otrzymał sfabrykowane materiały oczerniające lidera Solidarności, a efektem tych zabiegów było to, że nie został laureatem w 1982 r.

Sławomir Rybicki, bliski współpracownik Wałęsy, a dziś poseł PO wspomina, jak 28 września, czyli tydzień przed przyznaniem nagrody i dzień przed 40. urodzinami przewodniczącego "S", zaprowadził go na mecz drugoligowej Lechii Gdańsk z Juventusem Turyn. Połowa włoskiej drużyny składała się z mistrzów świata, do tego Michel Platini i Zbigniew Boniek. Przyszło 30 tys. osób, kibice wleźli na każde drzewo, reklamę, tablicę świetlną. Lechiści tylko nieznacznie przegrali, ale najważniejsze działo się na trybunach.

W przerwie meczu w tłumie na stadionie pojawił się Wałęsa.

- Kiedy Lechu został rozpoznany, rozpoczęły się pielgrzymki po autograf, a potem te tysiące ludzi zgotowało mu owację. Długo skandowali "Lech Wałęsa" i "Solidarność, Solidarność"! - wspomina Sławomir Rybicki. Zomowcy przyglądali się bezradnie. Ludzie nie przestali skandować nawet po rozpoczęciu drugiej połowy meczu, dlatego telewizja przerwała transmisję.

- Pierwszy i ostatni raz spotkałem się wtedy z tak wielką owacją na swoją cześć - mówił potem Wałęsa. Aż serce rosło. To był przedsmak tego, co się miało zdarzyć 5 października.

Gdzieś poza Gdańsk

Relacje ówczesnych współpracowników Lecha o tym, co działo się w nocy 4 i rankiem 5 października są różne, bo pamięć jest złudna. Według zapisanej na gorąco relacji Antoniego Pawlaka i Mariana Terleckiego w książce "Każdy z was jest Wałęsą.", 5 października o drugiej w nocy Wałęsę obudził telefon od Krzysztofa Wyszkowskiego.

- Lechu, masz Nobla! - miał krzyknąć.

- Dobra, dobra - odpowiedział zaspany Wałęsa i odłożył słuchawkę.

Dziś Wyszkowski mówi, że było inaczej. Informację o tym, że Wałęsa na pewno dostanie Nobla, otrzymał od Tadeusza Mazowieckiego wieczorem, 4 października. Wyszkowski miał ją przekazać Arkadiuszowi Rybickiemu, bratu Sławomira.

- Nie chcieliśmy zawiadamiać samego Wałęsy, trzeba było go do tego przygotować, przemyśleć, co powinien powiedzieć. Chcieliśmy wyeliminować emocje, zanim wszystko będzie wiadomo na pewno. I wywieźć Lecha gdzieś poza Gdańsk, żeby się przygotował na stresujące dni - mówi dziś Krzysztof Wyszkowski. Wałęsę powiadomiono o wszystkim dopiero rano.

Według Sławomira Rybickiego Wałęsa dowiedział się rano, ale żadnych przygotowań w przeddzień nie było. Rano zadzwonił do niego Wałęsa i mówi: Zaraz będę u ciebie, jedziemy na grzyby. I rzeczywiście wkrótce był, przyjechał białym volkswagenem busem, który sam prowadził.

- Chodziło o wyciszenie się, odizolowanie od dziennikarzy, żeby nie być pod presją mediów spodziewających się, że Nobel jest blisko - wspomina Sławomir Rybicki. Tyle że było o to trudno, bo za samochodem Lecha podążały auta wszystkich możliwych stacji telewizyjnych.

Zrywali zielonki

Na grzyby jechali ponad 100 km, na Kaszuby, gdzie miał znajomych Henryk Mażul, nieżyjący już, legendarny ochroniarz Wałęsy, i poszli do lasu. Razem ze znajomymi i z dziennikarzami zbierali zielonki, których była masa.

- Nagle podbiegła jakaś dziennikarka i mówi, że jest nagroda - wspomina Rybicki. - Mówię: Lechu, masz Nobla. A on spokojny, skupiony. Nie skakał do góry. To my w kilka osób złapaliśmy Wałęsę i zaczęliśmy go podrzucać. Radość udzieliła mu się dopiero, gdy wróciliśmy do Gdańska.

Ludzie machali radośnie już na rogatkach miasta, gdy rozpoznali auto z Wałęsą. Odpowiadał im znakiem "V".

- Prawdziwe szaleństwo działo się pod mieszkaniem Wałęsy na Zaspie. Tam wiwatował kilkutysięczny tłum - mówi Sławomir Rybicki. Drogę od samochodu do mieszkania Wałęsa odbył na rękach ludzi. Po chwili pojawił się w oknie.

- To jest nasza wspólna nagroda, uznanie dla nas wszystkich - powiedział. Gdy kilka dni potem pytano go, czy nagrodę odbierze osobiście, odpowiedział, że skoro tylu ludzi siedzi w więzieniach, jest pozbawionych pracy, nie nadszedł jeszcze dzień do świętowania. Ale tak naprawdę, bał się, że nie zostanie wpuszczony z powrotem do kraju.

10 grudnia do Oslo pojechała odebrać nagrodę Danuta Wałęsowa z najstarszym synem Bogdanem. Jej mąż był wtedy na plebanii św. Brygidy i w otoczeniu współpracowników słuchał wszystkiego w Radiu Wolna Europa. U ks. Henryka Jankowskiego nie zabrakło wtedy szampana.

W uzasadnieniu werdyktu członkowie Komitetu Noblowskiego stwierdzili, iż prowadzone przez Wałęsę "starania o zapewnienie robotnikom prawa do zakładania własnych organizacji są ważnym wkładem do kampanii na rzecz uniwersalnych praw ludzkich". Podkreślano, że działalność Wałęsy charakteryzuje przekonanie, iż "wszystkie problemy należy rozwiązywać bez odwołania się do przemocy. [...] Komitet uważa, że Pan Lech Wałęsa jest propagatorem aktywnego dążenia do pokoju i wolności, które są niezniszczalnymi wartościami dla całego świata niezależnie od warunków, w których żyją ludzie. Komitet przez przyznanie kilku poprzednich nagród uznał, że walka o prawa człowieka jest także walką o pokój".

Telegramy nie dotarły

Przemysław Miśkiewicz, wówczas działacz zdelegalizowanego NZS, pamięta radość po przyznaniu Nobla, jaka wybuchła na Śląsku. - Wszyscy się cieszyli, świętowali. W akademikach na katowickiej Ligocie wybuchło absolutne szaleństwo - wspomina.

Wałęsa był ważny, ale Miśkiewicz i jego koledzy nie uznawali Nobla jako nagrody tylko dla przewodniczącego, lecz dla całej Solidarności, dla wszystkich, którzy walczyli z komuną.

- Poszliśmy z kolegami z NZS na pocztę i wysłaliśmy telegram z gratulacjami do Wałęsy - wspomina Przemysław Miśkiewicz. - Potem słyszałem, że 200 tysięcy takich telegramów nigdy nie dotarło do adresata.

Dotarły za to grypsy. "Ta nagroda jest potwierdzeniem, że aspiracje naszego społeczeństwa, jego uporczywa walka o prawa związkowe, o prawo do tego, by być gospodarzem we własnym kraju jest na świecie rozumiana i spotyka się z najwyższą sympatią i uznaniem" - pisali do Wałęsy więzieni w Barczewie przywódcy Solidarności: Piotr Bednarz, Władysław Frasyniuk, Jerzy Kropiwnicki i Andrzej Słowik. List przysłał ukrywający się Zbigniew Bujak.

Na Wałęsie największe wrażenie zrobiła jednak depesza od Jana Pawła II. "Szczególnej wymowy nabiera fakt, że w ten sposób nagrodzona została wola i wysiłki podejmowane z myślą o rozwiązaniu trudnych spraw świata robotniczego" - pisał papież.

Przyznanie Nobla to było prawdziwe święto. Ale czy miało wpływ na dalszy rozwój sytuacji w Polsce? Tego nie da się udowodnić - podkreśla prof. Jerzy Eisler, szef warszawskiego IPN. Z pewnością miało to wpływ na to, że radykałowie nie zostali dopuszczeni do głosu. Polski ruch wolnościowy twardo trzymał się zasady non-violence. Po tej nagrodzie już nie wypadało inaczej.

Wałęsa mówił, że Nobel go ocalił, a nawet, że ocalił mu życie. - W pewnym sensie tak. Był teraz lepiej strzeżony. Nic nie mogło mu się stać. Nikt nie uwierzyłby w potrącenie przez samochód, upadek ze schodów itd. - tłumaczy prof. Eisler.

Gdy amerykański dziennikarz spytał Jerzego Urbana, rzecznika rządu, czy przyznanie nagrody będzie miało wpływ na sposób traktowania Wałęsy przez rząd i partię, ten odpowiedział, że nie, bo żadna nagroda nie może zmienić biegu wydarzeń w Polsce. - Nagroda nie stanowi dla nas zaskoczenia - mówił Urban. - Jest po prostu jedną z bardzo wielu premii i zachęt otrzymywanych z Zachodu przez tych polskich obywateli, którzy zajmują postawę destruktywną wobec interesów własnego kraju.

Armaty SB

Co dokładnie podesłała Komitetowi Noblowskiemu SB (a co spowodowało odsunięcie Nobla o rok) dziś możemy się tylko domyślać. I najpewniej szybko się nie dowiemy. Komitet nie ujawnia świeżych - z jego punktu widzenia - dokumentów.

Wiemy za to, jakie armaty wytoczyła SB w kontrolowanych przez siebie mediach. Propagandyści nie wahali się przeinaczać, wyrywać z kontekstu i po prostu fałszować wypowiedzi Wałęsy. Tak było 27 września 1983 r., gdy telewizja pokazała program "Pieniądze".

- Zaprezentowano spreparowane wypowiedzi z rozmów rzekomo prowadzonych przez Lecha Wałęsę z odwiedzającym go w 1982 r. w Arłamowie bratem Stanisławem - mówi prof. Jerzy Eisler. - Brutalne, ordynarne i wulgarne wypowiedzi miały świadczyć o kulturalnym, intelektualnym i moralnym poziomie przewodniczącego.

Wcześniej tylko raz w historii pokojowej Nagrody Nobla jej przyznanie spotkało się z wyrażaną otwarcie niechęcią władz państwa, z którego pochodził laureat - przypomina prof. Eisler. - Było to w 1935 r. w Trzeciej Rzeszy, gdy laureatem został Carl von Ossietzky, pacyfista więziony w obozie koncentracyjnym.