Reklama

Reklama

Lewandowski: To świadectwo niechęci wobec polityków PiS

- To świadectwo tego, że w dużej części Parlamentu Europejskiego jest niechęć i próba izolacji europarlamentarzystów z PiS - mówi europoseł PO Janusz Lewandowski o wczorajszym głosowaniu w sprawie kandydatury Beaty Szydło na szefową komisji zatrudnienia w PE. Pytany o projekt nowego wieloletniego budżetu unijnego, polityk opozycji ocenia, że region Europy Środkowo-Wschodniej "odsiaduje rodzaj wyroku zbiorowego za antydemokratyczny kurs Kaczyńskiego i Orbana". Lewandowski przyznaje też, że martwi go fakt, że opozycja nadal nie wie, w jakiej konfiguracji wystartuje w wyborach parlamentarnych.

Agnieszka Waś-Turecka, Interia: - Beata Szydło nie została wybrana na stanowisko przewodniczącej komisji zatrudnienia i spraw socjalnych Parlamentu Europejskiego. O czym to świadczy?

Reklama

Janusz Lewandowski, europoseł PO, członek frakcji EPL: - Generalnie jestem zwolennikiem trzymania się zasad, które umożliwiają współpracę ponad różnicami, a taką zasadą jest system d’Hondta przy rozdziale stanowisk. To, co się stało teraz z panią premier Szydło i wcześniej ze Zdzisławem Krasnodębskim, gdy kandydował na stanowisko wiceprzewodniczącego PE, jest świadectwem tego, że w dużej części Parlamentu Europejskiego jest niechęć i próba izolacji europarlamentarzystów z PiS.

Ale kandydaci z PiS w innych komisjach PE zostali przegłosowani, np. Witold Waszczykowski został wiceprzewodniczącym komisji spraw zagranicznych. Może problem jest tylko z Beatą Szydło?

- To nie jest niechęć personalna, ale pewne deklaracje, które poszły w świat - o wyimaginowanej Wspólnocie, o tym, że UE dokłada się do chodników... Posłowie pamiętają, że nasza była pani premier w pierwszym swoim ruchu wyprowadziła flagę UE z urzędu. Europarlamentarzyści PiS próbują teraz przedstawić swoje porażki jako odwet za utrącenie kandydatury Fransa Timmermansa. W rzeczywistości zapracowali na to słowem i czynem przez ostatnie cztery lata. PiS samo sprawiło sobie kłopot i obniżyło swoje szanse w PE.

Jak to głosowanie i niezastosowanie się do zasady d’Hondta wróży tej kadencji europarlamentu? Współpraca ponad różnicami jest możliwa? 

- W większości przypadków jednak ta zasada jest przestrzegana.

Ale w tym najbardziej prestiżowym dla rządu PiS nie jest.

- W tym akurat nie. Natomiast ja od początku wiedziałem, że ten parlament będzie trudniejszy do ułożenia niż poprzedni. Kłótliwy debiut sygnalizuje, że może być jeszcze gorzej niż nam się wydawało.

Apeluje pan o przestrzeganie zasady d’Hondta, tymczasem podczas głosowania w sprawie kandydatury Zdzisława Krasnodębskiego na wiceprzewodniczącego PE głosów "za" było tak mało, że można wyciągnąć wniosek, że EPL także nie poparło Krasnodębskiego.

- To było kuriozalne, wieczorne głosowanie. Z sali wyszła ta część antyeuropejskiej prawicy, której głosy mogły umożliwić przejście tej kandydatury. Brakowało europosłów wszystkich frakcji, ale delegacja PiS w ostentacyjny sposób została osamotniona po prawej stronie. Ujawniła się w tym i w następnych głosowaniach niechęć wobec tych europarlamentarzystów, którzy należą do sił, które w sposób głośny deprecjonują UE, albo otwarcie chcą jej zniszczenia.

W przyszłym tygodniu PE będzie najprawdopodobniej głosował nad kandydaturą Ursuli von der Leyen na szefową Komisji Europejskiej. Zostanie przegłosowana?

- Generalnie uważam, że to najsmutniejsze rozdanie kadrowe odkąd jesteśmy w UE. Europa Środkowo-Wschodnia, a szczególnie my Polacy, patrzymy na to rozdanie z perspektywy wcześniejszej pozycji Jerzego Buzka w europarlamencie, czy Donalda Tuska w Radzie Europejskiej. Było, minęło... Rozdanie 2019 to jest bardzo bolesna porażka całego regionu. Natomiast sądzę, że wystarczy głosów, by PE zaakceptował tę kandydaturę.

EPL miała swojego kandydata na szefa KE - Manfreda Webera. W czym Ursula von der Leyen jest lepsza od Webera?

- Załamał się proces spitzenkandydatów i to nam się nie podoba. Natomiast inaczej oceniamy samą osobę, bo Ursula von der Leyen stoi na straży europejskich wartości. To zresztą znów pokazuje ciężką porażkę naszej dyplomacji w tym rozdaniu, ponieważ rząd PiS uprawia czystą obstrukcję, bo do tego sprowadzała się misja Morawieckiego na ostatnim szczycie. W efekcie PiS dostał w pakiecie von der Leyen i Fransa Timmermansa, jako tandem stojący na straży praworządności. Polska razem z Orbanem zaraziła cały nasz region sztuką obstrukcji, bycia przeciw, nie dając w zamian i nie otrzymując nic pozytywnego. I za to będziemy płacili przez następne pięć lat.

Jak to rozdanie może wpłynąć na negocjacje nowego budżetu i politykę spójności?

- Niechęć wobec PiS wyraża się także w konstrukcji budżetu. Obecny budżet na lata 2014-2020, który projektowałem, był wyrazem solidarności z Wschodem. Był budżetem spójności "starej" i "nowej" Europy. Ten nowy budżet na lata 2021-2027 jest budżetem solidarności z południem Europy.

Tylko na ile to efekt niechęci wobec PiS, a na ile tego, że teraz akurat z południa nadchodzą dla UE największe wyzwania?

- Można było pogodzić jedno z drugim. W konstrukcji nowego budżetu zawiera się rozczarowanie rozwojem sytuacji w Europie Środkowo-Wschodniej. Cały region, z wyjątkiem najbiedniejszych krajów - Bułgarii i Rumunii, odsiaduje rodzaj wyroku zbiorowego za antydemokratyczny kurs Kaczyńskiego i Orbana.

Czyli nie spodziewa się pan, że premierowi Morawieckiemu uda się wynegocjować zwiększenie środków dla Polski?

- Nie spodziewam się, bo rząd PiS ma słabe karty w tej rozgrywce.  Natomiast nam - mnie i Janowi Olbrychtowi - udało się ustalić stanowisko PE, które godzi politykę migracyjną z polityką spójności. Pozycja PE, który wejdzie w negocjacje, jest taka, by finansować nowe polityki związane z  bezpieczeństwem i migracją, ale nie kosztem spójności, która ma pozostać na dotychczasowym poziomie.

Mamy trzy miesiące do wyborów parlamentarnych w Polsce. Jak to możliwe, że PO nadal nie wie, w jakiej konfiguracji pójdzie do wyborów?

- Na pewno nie jest to wina PO, bo zaproszenie do wielkiej koalicji jest cierpliwie kierowane do potencjalnych partnerów. W zgodzie z odczuciami tej części Polski, która wie, jaka jest stawka tych wyborów. To opóźnienie głęboko mnie martwi, bo już w wyborach europejskich ten wysiłek związany z budowaniem Koalicji Europejskiej sprawił, że byliśmy spóźnieni w kampanii wyborczej. Teraz zanosi się na kolejne spóźnienie. Nie możemy fundować naszym wyborcom czegoś, co się nazywa ciągłym rebrandowaniem, czyli zmianą nazwy. Byliśmy PO, następnie Koalicją Obywatelską, potem Koalicją Europejską. Jestem zaniepokojony tym opóźnieniem, ale ono nie jest z naszej winy...

A z winy kogo?

- Wydaje mi się, że liderzy mniejszych partii szukają tratwy ratunkowej - byle przejść próg, byle uzyskać finansowanie. Natomiast gra toczy się o zwycięstwo i do takiej gry zaprasza Platforma Obywatelska.

Tylko jak długo PO może jeszcze zapraszać?

- To musi się rozstrzygnąć na dniach. Bo już jesteśmy w niedoczasie.

Agnieszka Waś-Turecka, Bruksela


Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje