Reklama

Reklama

Mniej pieniędzy z UE do Polski. Trzy powody

Kilka państw odczuje cięcia, a są to m.in. Polska, Malta i Niemcy. Kwotowo stracimy najwięcej, bo byliśmy i pozostaniemy największym beneficjentem. Jednak nadal powinniśmy otrzymać ok. 65 mld zł, czyli tyle, ile Polska dostała na lata 2007-2013 – tak o propozycji nowego budżetu Unii Europejskiej na lata 2021-2027 mówi dr Filip Skawiński z Przedstawicielstwa KE w Polsce.

Łukasz Szpyrka, Interia: Jaki jest obecnie stan gry w sprawie nowego wieloletniego budżetu UE na lata 2021-2027? 

Reklama

Dr Filip Skawiński, Przedstawicielstwo KE w Polsce: - Komisja Europejska przedstawiła swoje propozycje w maju 2018. Dość późno, ale związane jest to z przyszłością Wielkiej Brytanii. Budżet jest od tego uzależniony. Jeśli Wielka Brytania wychodzi z UE, ale będzie wpłacać składki do końca tego budżetu, to są nieco inne warunki od tych, gdyby opuszczała UE od razu.

W ostatnim czasie sprawa nieco się skomplikowała.

- Tak, ale obecnie pracujemy na założeniu, że nie dojdzie do brexitu bez umowy, choć na to KE też będzie przygotowana. Dużą zmianą byłoby, gdyby Wielka Brytania w ogóle pozostała w UE, ale na razie nie ma powodów, by zakładać, że tak się stanie. 

Wracając do budżetu - przedstawiliśmy propozycję w maju, a to dawało rok na negocjacje, do wyborów europejskich. Gdyby udało się do tego czasu porozumieć z Radą Europejską i Parlamentem Europejskim, nie byłoby żadnego opóźnienia. Zawsze jest jednak tak, że jedne państwa uważają, że budżet jest za duży, inne że za mały. Ci, którzy są płatnikami netto, czyli wpłacają więcej do budżetu, chcą by był on mniejszy - to naturalne. Ci, którzy więcej otrzymują, chcą budżetu większego. Zresztą za większym budżetem opowiada się też PE.

Z czego więc wynika tak skalkulowana propozycja KE?

- Są nowe obszary, na które muszą się znaleźć pieniądze, bo zmienia się sytuacja międzynarodowa. Ważne są więc polityka migracyjna i ochrona granic z jednej strony, a z drugiej kwestie bezpieczeństwa, rozumiane też jako zwiększanie potencjału obronnego UE. A jeśli są nowe wydatki, to kosztem czegoś, np. polityki spójności.

Jak różnią się oczekiwania PE i Rady od propozycji Komisji?

- Propozycja KE wyraża się w procencie PKB, który wynosi 1,11. Są państwa, które uważają, że 1 proc. to byłoby w sam raz. PE z kolei mówi o 1,3 proc. PKB, czyli znacznie więcej.

Jakie jest rozwiązanie dla tak wyraźnych różnic?

- KE przedstawia propozycję realistyczną. To poziom, który jest pomiędzy oczekiwaniami jednych i drugich. Tak naprawdę później pałeczkę przejmują PE i Rada Europejska, do których należy głos decydujący. Największy kłopot ma Rada, czyli państwa członkowskie, które mają problem, by wypracować wspólne stanowisko. Byłoby dobrze, gdyby do jesieni 2019 roku zapadły konkretne decyzje.

A jeśli nie?

- Czarny scenariusz zakłada, że po wyborach nowy PE będzie chciał zaznaczyć swoją obecność - tak wynika z doświadczenia. Taka sytuacja może sprawić, że wszystko opóźni się o kilka miesięcy. Jeśli budżet nie będzie gotowy na początku 2020 roku, to nowe programy raczej nie ruszą na początku 2021 roku. Najbardziej pesymistyczny wariant zakłada, że budżet zostanie uchwalony jesienią 2020 roku.

Niezależnie od tego, kiedy budżet zostanie uchwalony, Polska otrzyma mniej pieniędzy niż w poprzedniej perspektywie.

- Dostaniemy mniej więcej 20 mld euro mniej. Kilka państw odczuje cięcia, a są to m.in. Polska, Malta i Niemcy. Kwotowo Polska straci najwięcej, bo była największym beneficjentem, którym zresztą pozostanie. To ciągle będzie ok. 65 mld zł, czyli tyle, ile Polska dostała na lata 2007-2013, kiedy odczuliśmy największy skok.

Czy kwestia praworządności będzie mieć wpływ na kształt nowego budżetu?

- Prawdopodobnie. KE zaproponowała, a duża część państw członkowskich to popiera, żeby wprowadzić mechanizm uzależniający budżet od przestrzegania przez dane państwo zasad praworządności. Chodzi tu głównie o zawieszenie wypłaty środków, a taką decyzję miałaby podejmować KE, jeśli nie sprzeciwi się Rada Europejska. Czy taka propozycja wejdzie w życie? To wciąż negocjacje, ale część państw uważa, że to zły pomysł. Z kolei płatnicy netto twierdzą, że nie zaakceptują nowego budżetu bez tego mechanizmu.

Faktem jest, że Polska dostanie mniej pieniędzy. Dlaczego?

- Są trzy powody. Po pierwsze, trzeba było przeznaczyć część pieniędzy na nowe działania UE jak polityka migracyjna. Po drugie, prawdopodobnie dojdzie do brexitu, a więc UE ubędzie dużego płatnika. Po trzecie, skala pomocy polityki spójności zależy od poziomu rozwoju państwa, a polska gospodarka rozwija się szybko, PKB rośnie, dziś jest już w granicach 70 proc. średniej unijnej. Polskie regiony potrzebują więc nieco mniej pomocy. Kolejne regiony przeskakują granicę z najmniej rozwiniętych do średnio albo nawet wysoko rozwiniętych.

Na przykład?

- Na wniosek polskiego rządu Mazowsze będzie traktowane jak dwa podregiony: jeden to Warszawa z przylegającymi powiatami a drugi to reszta Mazowsza. Warszawa z okolicznymi powiatami ma ponad 150 proc. średniej unijnej, trafi więc do grupy najbogatszych regionów. Bez tego podziału sztucznie zawyżałaby PKB całego Mazowsza.

To pewnie wyjątek. Jak to wygląda na tle innych regionów?

- Powyżej 76 proc. jest Dolnośląskie. Wielkopolskie jest na granicy - pomiędzy grupą słabo a średnio rozwiniętą. W statystykach dość słabo wypada Małopolska, gorzej od Śląska. Świętokrzyskie, Lubelskie, Podkarpackie i Warmińsko-Mazurskie statystycznie prezentują się najsłabiej.

Dlaczego te części Polski wciąż są daleko w tyle? Polityka spójności powstała przecież po to, by wyrównywać te różnice.

- Polityka spójności do tej pory była kierowana do wszystkich regionów i dlatego wszystkie się rozwijają. Te, które mają większy potencjał gospodarczy, niezależnie od funduszy europejskich, rozwijają się szybciej. Tak naprawdę fundusze unijne musiałyby być bardzo nierównomiernie rozkładane, żeby Polska wschodnia mogła zniwelować te różnice.

Jak KE ocenia wykorzystanie środków przez Polskę?

- Ogólnie bardzo dobrze. Mając najwięcej pieniędzy trudniej jest skutecznie je wydawać i zgodnie z regułami. Procent naruszeń jest niewielki. KE nie ma do tego zastrzeżeń. 

Jeśli natomiast mowa o procencie wykorzystania środków, to Polska znajduje się w unijnej średniej. Kwotowo wydała więc najwięcej. KE pracę Polski w tym zakresie ocenia dobrze. 

Są natomiast dwie dziedziny, które budzą wątpliwość: inwestycje kolejowe, bo obawiamy się, że Polska może nie zdążyć z realizacją tych projektów, a także projekty z obszaru informatyzacji administracji publicznej. Kilka z nich ma duże opóźnienia.

Jak KE mierzy efektywność wykorzystania środków?

- Każdy program zakłada pewne mierzalne wskaźniki i łatwo jest ustalićczy zostały osiągnięte. Bardziej skomplikowane oceny odbywają się na zasadzie zamawianych ekspertyz. Zamawia je też KE. W statystykach wychodzi, że jest zależność między skalą zaangażowania środków a PKB. Przykład danych łatwych do interpretacji to informacja, jaki procent inwestycji publicznych pochodzi ze środków unijnych. Dane z 2016 roku wskazują, że dla Polski ten współczynnik wynosi ponad 60 proc.

Co z tymi, którzy słabo wykorzystują fundusze? Prowadzone są jakieś postępowania?

- Była taka inicjatywa, którą zaproponowała unijna komisarz ds. polityki spójności Corina Creţu, skierowana do najsłabiej rozwiniętych regionów UE. Jest wiele przykładów, które pokazują, że regiony, które startują z najniższego pułapu, w mniejszym stopniu mogą wykorzystać szanse jakie daje wspólny unijny rynek. Dlatego komisarz Creţu zaproponowała, by wynająć ekspertów, którzy doradzą, jaka strategia rozwoju im najwięcej da. Głównym doradcą był Bank Światowy. W Polsce wśród tych regionów znalazły się Świętokrzyskie i Podkarpackie, które chwaliły sobie tę współpracę. Wnioski są takie, że w najbliższej perspektywie budżetowej regiony będą musiały stawiać na konkretną specjalizację. Muszą zdefiniować swoje atuty, a to ma sprawić, że szybciej będą doganiać bogatszych.

Rozmawiamy o latach 2021-2027. Czy można wybiec trochę w przyszłość i prognozować, na jakie środki może liczyć Polska w kolejnej perspektywie?

- Jeszcze jest dużo czasu. Jeśli warunki się nie zmienią w jakiś nieprzewidywalny sposób, Polska pewnie wciąż będzie dostawać znaczące pieniądze. Włochy przecież wciąż są drugim odbiorcą, bo choć pod względem PKB północ kraju wygląda dobrze, to południe cały czas słabo. Można się spodziewać, że w Polsce, w 2027 roku, wciąż część kraju będzie na niższym poziomie niż średnia UE a nawet niż 75 proc. średniej UE. A czy to będzie 25, 40 czy 50 mld, to ciężko przewidzieć. Zależy to bowiem od kilku spraw - tempa rozwoju Polski, tempa rozwoju Unii Europejskiej, tego jak duży nacisk w budżecie UE będzie kładziony na politykę spójności i czy do UE przystąpią państwa znacznie biedniejsze od nas - a wśród kandydatów są w zasadzie tylko takie.


Rozmawiał Łukasz Szpyrka

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje