Reklama

Reklama

W poszukiwaniu zrabowanych dzieł sztuki

Od Lebensraum do grabieży Europy

Grabież dóbr kultury odbywała się w czasie II wojny światowej na niespotykaną wcześniej skalę. Dokonywali jej profesjonaliści . O gruncie przygotowanym przez niemieckich naukowców, "zabezpieczaniu" dzieł i obrońcach skarbów mówiła podczas konferencji "Zagrabione - odzyskane" Lynn Nicholas.

Hitler realizował swoją politykę stopniowo, podejmując kolejne, dramatyczne w skutkach kroki. Jak podkreśliła amerykańska badaczka, najazd na Polskę i działania hitlerowców stanowią najlepszy dowód wdrażania tej ideologii.
Kluczowa  - w kontekście grabieży - była koncepcja Lebensraum i związana z nią konieczność "oczyszczenia" terenów i przygotowania ich dla Niemców, których przywożono do Europy Wschodniej w ramach "poszerzania przestrzeni życiowej".

Kosztowna machina Hitlera

Reklama

Z drugiej strony tych demograficznych roszad znaleźli się Słowianie, których masowo deportowano w kierunku wschodnim - do miejsc, w których ich egzystencja miała być ograniczona do niewolniczej pracy.

- Ludzie w ostatnim momencie dowiadywali się o deportacji. Można się tylko domyślać, co się stało z rzeczami,  w tym dziełami sztuki, które zostały w opuszczonych domach - mówiła Nicholas.

Ludność żydowska, którą umieszczano w gettach, została zdziesiątkowana. Polaków wysyłano na odległe rubieże Generalnej Guberni. - Hitler poświęcił dużą machinę finansową, by zrealizować deportacje Słowian i przeprowadzić germanizację - dodała, opisując przy tym los polskich dzieci, które wysyłano do Niemiec na przymusowe roboty lub porywano, by mogły trafić do adopcji w Niemczech.

W poszukiwaniu korzeni

Wschód Europy był uznawany przez Niemców za zupełnie bezwartościowy, jeśli chodzi o dorobek kulturowy. Sprzątanie Wschodu było więc nad wyraz brutalne, ale i wyrachowane. Należało bowiem - wedle wytycznych - zachować wszystko, co mogło mieć niemieckie korzenie.  W tej ocenie "niemieckości" ocierano się jednak o granice absurdu i na siłę doszukiwano powiązań tam, gdzie ich nie było.

W Niemczech z kolei eliminowano sztukę wynaturzoną, piętnując artystów, pozbawiając ich możliwości tworzenia, a także dostępu do materiałów plastycznych (więcej na ten temat w tekście "Degeneraci Hitlera. Mieli cztery lata")

Kradzione polskie dzieła trafiały do niemieckich galerii,  a także prywatnych kolekcji. - Jak podkreślała Nicholas - Niemcy mieli wysokie aspiracje, zakładali nowe muzea. Wiele z tych dzieł było wykorzystywanych również do dekorowania prywatnych posiadłości Hitlera. Niemieccy osadnicy w Polsce także chcieli ozdabiać swoje domy pięknymi obrazami. Mniej wartościowe przedmioty z kolei niszczono.

Bezskuteczne działania Polski

Jednym ze sposobów - jak się wówczas wydawało - na ocalenie dóbr kultury było wysłanie ich na wieś, która uważana była za wiele bezpieczniejsze miejsce niż miasto.

Podobne działania, których celem było znalezienie bezpiecznych kryjówek dla dzieł sztuki, prowadzono w innych państwach. W USA galerie narodowe wysłały na przykład  75 najcenniejszych prac do małego zamku w Północnej Karolinie. Brytyjskie muzea korzystały z kopalni ulokowanych w Walii. Nic więc dziwnego, że po wojnie dzieła sztuki można było znaleźć wszędzie - nie tylko w kopalnianych zakamarkach, ale także piwnicach czy stajniach.

W Polsce jednak  wszystkie środki okazały się bezskuteczne, ponieważ najeźdźcy byli doskonale poinformowani. - Niemieccy naukowcy studiowali polskie zbiory, doskonale znali lokalizacje, więc nie było gdzie tych dzieł sztuki ukryć - mówiła badaczka.

Niemiecka biurokracja

Wewnątrz Trzeciej Rzeszy toczyły się jednak spory dotyczące miejsc, do których miały trafić "zabezpieczone" obrazy. Ta wojna biurokratyczna wprowadziła niemały chaos. Zadanie uporządkowania powierzono wówczas Kajetanowi Muehlmannowi, który został pełnomocnikiem do spraw zabezpieczania dzieł sztuki i skarbów kultury.

Jak podkreśliła Nicholas, świadomy działań wojennych Muehlmann przeniósł wszystkie dzieła sztuki do Krakowa, a następnie zostały one przetransportowane na Zachód, m.in. do Poznania, na Śląsk, do Turyngii, gdzie trafiały również dobra zagrabione z innych terenów.

Słowiański kicz

Jeśli mówimy o grabieży nazistowskiej, to należy pamiętać, że niektóre przedmioty były najpierw konfiskowane, a później odsprzedawane przez nazistów. Szczególną uwagę w tym kontekście należy zwrócić na sztukę uznawaną za zdegenerowaną, za słowiański kicz. Jak podkreśliła Nicholas, te obrazy - które wówczas skonfiskowano, a które nie zostały zniszczone, mogą się obecnie znajdować wszędzie.

- Fakt, że Hildebrandt Gurlitt był zaangażowany w sprzedaż skonfiskowanej  sztuki, wydaje się godny potępienia. Nie należy ignorować jednak tego, że Gurlitt, mający żydowskie korzenie,  niektóre z dzieł zakupił legalnie. Co więcej, dwa razy został zwolniony z pracy za promowanie sztuki nowoczesnej - dodała.

- Oczywiście część jego kolekcji pochodziła z grabieży, ale cała ścieżka - dochodzenie, skąd się wzięły te obrazy - musi być dokładnie udokumentowana -tłumaczyła.

Obrońcy skarbów

W 1943 roku powołano tzw. Monuments, Fine Arts, and Archives program - sekcję składającą się z około 400 osób, która miała chronić dobra kultury w trakcie I po II wojnie światowej.

- Zadanie restytucyjne, stojące przez aliantami, związane było głównie z tworzeniem serii tzw. collecting points, gdzie działali owi "Monuments Men" - mówiła badaczka. Zwróciła jednak uwagę na fakt, że pojawiały się poważne problemy z komunikacją, jak i identyfikacją skarbów, a niezależne decyzje polityczne oficjeli aliantów dodatkowo utrudniały podejmowanie działań.

Nicholas jako przykład przywołała sytuację, gdy amerykański przedstawiciel, świadomy upadku żelaznej kurtyny, zwrócił rysunki Duerera rodzinie Lubomirskich, którzy następnie - nie informując krewnych o zwrocie - sprzedali prace do muzeów.

Nie zabrakło - w kontekście działań "obrońców skarbów" - nazwiska Karola Estreichera, którego wysiłki umożliwiły spisanie i udokumentowanie strat poniesionych w wyniku wojny.

Problemy z proweniencją

Dziś nie ma jednolitego schematu, jeśli chodzi o opis proweniencji (pochodzenia - red.). Brakuje standardów. Każda instytucja zapisuje pozyskane dane w inny sposób, a badania są duplikowane. Nicholas po raz kolejny podkreśliła dużą wagę internetu, który umożliwia stworzenie jednorodnych metodologii badawczych.

Restytucja wygląda obecnie zupełnie inaczej niż po wojnie, a najważniejsza - jak oceniła - jest przede wszystkim sprawna wymiana informacji. Zawsze jednak należy los każdego dzieła rozpatrywać indywidualnie, a towarzyszyć im powinny obiektywne badania z uwzględnieniem kontekstu.

-  Komisje restytucyjne stoją przed trudnym zadaniem - muszą znaleźć złoty środek między naciskami politycznymi, społecznymi a prawami roszczących i tych, którzy zakupili dzieła w dobrej wierze - podsumowała.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy