Reklama

Reklama

Rewolucja w krajach islamskich

Czy w Syrii użyto broni chemicznej?

Coraz więcej wskazuje na to, że w czasie syryjskiej wojny mogło dojść do użycia broni chemicznej. Takie informacje płyną z Izraela oraz brytyjskich i amerykańskich mediów.

Prezydent Stanów Zjednoczonych po raz kolejny ostrzegł syryjskie władze, że użycie takiej broni oznaczałoby przekroczenie "czerwonej linii", ale wydaje się, że do międzynarodowej interwencji w Syrii droga jeszcze bardzo daleka.

Pogłoski o tym, że wojska prezydenta Baszara al-Assada lub siły opozycji mogły użyć broni chemicznej, pojawiają się od kilku miesięcy. Podejrzenia wróciły w ostatnich dniach, po tym jak jeden z izraelskich generałów przedstawił w Tel Awiwie rzekome dowody.

Informacje na temat użycia paraliżującego organizm gazu sarin opublikował też brytyjski "The Times". Żadne ze źródeł nie potrafi jednak jednoznacznie stwierdzić, która ze stron konfliktu miała dopuścić się tej zbrodni.

Amerykanie twierdzą, że nie ma na razie wystarczających dowodów na wykorzystanie broni chemicznej. Prezydent Barack Obama kolejny raz ostrzegł jednak syryjskie władze. "Nie możemy pozwolić na używanie broni chemicznej przeciwko cywilom" - mówił Obama.

Wydaje się jednak, że światowi liderzy nie kwapią się do interwencji w Syrii. Niektórzy przypominają lekcję z Iraku, gdzie nie znaleziono dowodów na istnienie broni masowego rażenia. Brytyjski premier David Cameron wprost zapowiedział, że nie wyśle wojska do Syrii.

"Powiedzmy sobie jasno, nie chodzi tu o brytyjskich żołnierzy na miejscu, ale o bliższą współpracę z naszymi sojusznikami" - mówił Cameron w BBC.
Syryjskie władze zaprzeczyły wczoraj, by miały użyć broni chemicznej w trwającym już ponad dwa lata konflikcie.

ONZ szacuje, że w czasie wojny domowej w Syrii zginęło 70 tysięcy osób, ale syryjskie organizacje praw człowieka twierdzą, że liczba ofiar wynosi co najmniej 120 tysięcy.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje