Środek-Wschód. Raport INTERIA.PL

Armenia: Kraj, który mógłby grać w filmie Tarantina

Armenia jest w bardzo nieszczęśliwej sytuacji międzynarodowej. Ta sytuacja przypomina znany z filmów Tarantina "Mexican standoff", czyli sytuację, w której wszyscy celują sobie wzajemnie w głowy z pistoletów. I każdy nerwowo zerka na pozostałych, zastanawiając się, kto strzeli pierwszy.

Reklama

Omawiając politylę zagraniczną swojego kraju, rzecznik armeńskiego MSZ Tigran Balajan nawet nie próbuje rozwijać typowej dla dyplomatów (a dla ich rozmówców niezmiernie męczącej) taktyki unikania trudnych tematów. Nie ma po co.

Jeśli chodzi bowiem o armeńską politykę zagraniczną, to po prostu za bardzo nie ma czego unikać: Armenia po prostu nie ma żadnego wyboru. Idzie tam, gdzie musi. Koniec.

Balajan wprost mówi, że Armenia nie ma innego wyjścia, niż ścisły wojskowy sojusz z Rosją. A to dlatego, że z leżącym po sąsiedzku (i ponad trzy razy większym) Azerbejdżanem ma potwornie zepsute stosunki. Charakterystyczne dla państw znajdujących się w stanie wojny.

Zaogniła je sprawa Górnego Karabachu, z którego Ormianie wygonili Azerów, i który uzbroili po zęby (powtarzane są plotki o rozwiązaniach militarnych prosto z filmów o McGyverze, np. o rozpiętych między górami drutach, na które mają wpadać wrogie helikoptery) i który ogłosił się niepodległym państwem.

Choć słowo "zaogniła" to eufemizm. W Azerbejdżanie, gdzie karabascy uchodźcy są dużym problemem społecznym, pielęgnuje się ślepą nienawiść do Ormian porównywalną być może tylko z nienawiścią, jaką dzieciom z Północnej Korei wpaja się w stosunku do Amerykanów.

POLUB PROFIL FACEBOOKOWY RAPORTU "ŚRODEK WSCHÓD" - SERWISU DOSTARCZAJĄCEGO NAJLEPSZE INFORMACJE Z EUROPY ŚRODKOWEJ, WSCHODNIEJ I ŚWIATA PORADZIECKIEGO

W całej Europie odbiła się echem historia azerskiego oficera o nazwisku Safarow, który na konferencji w Budapeszcie obciął głowę swojemu armeńskiemu koledze. Azer, dodajmy, poszedł na Węgrzech do więzienia, ale za rządów Viktora Orbana, w ramach polityki "panturanizmu" (czyli podtrzymywania dobrych stosunków z "pokrewnymi" Węgrom krajami Azji), Budapeszt wydał go Azerom. Choć doskonale wiedziano, że Azerowie powitają go na lotnisku jak bohatera, obsypią kwiatami i darują resztę kary. Co też się stało.

Ramil Safarow, morderca armeńskiego oficera, w roli bohatera narodowego

A jako, że siedzącemu na ropie Azerbejdżanowi ostatnio dobrze się wiedzie, to wydaje petrodolary na zbrojenia, pohukując co jakiś czas, że zbliża się godzina odebrania Karabachu i pomsty na Ormianach.

Groźba jest tym bardziej złowroga, że głównym sojusznikiem Azerbejdżanu jest Turcja, etnicznie i językowo pobratymcza. Kraj po pierwsze: potężny, po drugie: należący do NATO, po trzecie: mający na koncie wymordowanie setek tysięcy (co najmniej, bo niektóre źródła mówią po ponad półtora miliona) Ormian w czasie I wojny światowej. I po czwarte: udający, że żadnego ludobójstwa nie było i że nie ma za co posypywać Ankary popiołem.

Film przedstawiający konflikt w Karabachu z azerskiego punktu widzenia.

Dlatego Armenii pozostaje tylko Rosja. W NATO jest Turcja, ale trudno sobie wyobrazić, by zgodziła się na przyjęcie Erewania do Sojuszu.

W rezultacie tego konflktu granice Armenii z Azerbejdżanem i Turcją są zamknięte. Armenii, by nie udusiła się we własnym sosie, pozostają dwie otwarte granice. A i te są problematyczne.

Jedna z granic bowiem to granica z Gruzją. A Gruzji - jak wiadomo - nie jest po drodze z Rosją, która oderwała od Tbilisi dwie republiki: Adżarię i Osetię Płd. Balajan nie ukrywa, że Erewań musi się nieźle napocić, żeby z jednej strony nie rozdrażnić Moskwy gwarantującej jej bezpieczeństwo, a z drugiej - nie zdenerwować Gruzinów. Bo jeśli, załóżmy, Rosja zaczęłaby się domagać od Armenii, by uznała "niepodległość" Adżarii i Osetii, Gruzini też mogliby zamknąć Ormianom granicę. A wtedy Armenii pozostałaby im już tylko jedna. Z Iranem.

Balajan twierdzi, że w armeńskim wojsku wprowadzane są natowskie standardy, ale do samego NATO Armenia nie aspiruje.

- Jesteśmy już w bloku wojskowym - mówi.

Chodzi o Organizację Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym. Należą do niej Rosja, Białoruś, Kazachstan, Kirgistan i Tadżykistan.

Przy czym, jak zaznacza Balajan po raz kolejny obalając mit powtarzającego komunały dyplomaty, Armenia nie ma złudzeń, że jeśli przyjdzie co do czego, to u jej boku będą walczyć żołnierze z Azji Środkowej. Chodzi wyłącznie o Rosję.

Teoretycznie sytuację w regionie dałoby radę rozbroić. Choćby godząc się na oddanie Azerom Karabachu, uprzednio ewakuowawszy jego mieszkańców (około 130 tysięcy osób). Tyle, że taka decyzja w Armenii, w której prawie każdy ma kogoś, kto żyje albo choć walczył w Karabachu, byłaby politycznym samobójstwem. Nie wspominając o tym, że wiele osób z wysokich sfer władzy - w tym sam prezydent Serż Sarkisjan - to karabachczycy.

Balajan twierdzi, że Armenia (państwo objęte programem Partnerstwa Wschodniego) chce i potrzebuje zbliżać się do Unii Europejskiej, tyle, że trudno sobie wyobrazić członkostwo w UE kraju związanego z Rosją wspólnym blokiem wojskowym.

- To jak to w końcu jest? - Pytam Balajana. - Chcecie wejść do tej Unii, czy nie? A jeśli tak, to co z gwarancjami bezpieczeństwa?

I to jest pierwszy moment, w którym Balajan zasłania się dyplomatyczną formułką.

- Jesteśmy gotowi być tak blisko z Unią Europejską, jak Unia jest to w stanie zaakceptować - mówi.

Prawda jest jednak taka, że sporej części armeńskich elit kurs na Europę może po prostu nie pasować. Trzymilionowy kraj, w którym efektywną politykę robi raptem kilkadziesiąt osób, jest splątany siecią doraźnych interesów. A oligarchowie tkwią w samym środku tej plątaniny. Sytuacja ta - przyznajmy - niewiele ma wspólnego z zachodnimi standardami demokratycznymi.

A tak - można sobie poudawać. Mimo, że zachodni obserwatorzy w miarę pozytywnie ocenili przeprowadzenie zeszłotygodniowych wyborów prezydenckich w Armenii, to ich wynik był z góry oczywisty (wygrał urzędujący prezydent Serż Sarkisjan), a doniesień o nadużyciach było tak wiele, że nie sposób przejść nad nimi do porządku dziennego. Kampanii przedwyborczej w kraju prawie nie było widać. Wyglądało to, w gruncie rzeczy, na udawanie wyborów. Rażących i bezczelnych naruszeń jednak uniknęto, więc Europa się na takie udawanie zgodziła.

W takim właśnie klinczu znajduje się Armenia, w środku kaukaskiego kotła, w którym - po tarantinowsku - wszyscy gracze nerwowo celują sobie wzajemnie w głowy. I rzecz, której wszyscy się boją, to obawa, by któryś z nich - choćby z nerwów właśnie - nie pociągnął za cyngiel.

Ziemowit Szczerek z Erewania

Autor przebywał w Armenii dzięki organizacji European Friends of Armenia

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje