Środek-Wschód. Raport INTERIA.PL

Na bezwładnej Ukrainie. Dlaczego z władzą w Kijowie jest tak źle?

Z punktu widzenia Janukowycza, sprawa Tymoszenko i Łucenko miała mieć niewiele wspólnego z wielką polityką. Wbrew jego planom, stała się jednak probierzem politycznej dojrzałości kraju i jego elity politycznej do uczestnictwa w europejskiej polityce.

Skąd się wzięły podziały na Ukrainie i dlatego są takie mocne?

Przez 50 lat istnienia ZSRR wszelkie spory pojawiające się między politycznymi, regionalnymi czy gospodarczymi graczami na Ukrainie były rozwiązywane za pomocą nieodwołalnych decyzji siły zewnętrznej posiadającej aparat represji zdolny spacyfikować ewentualny sprzeciw. W momencie, kiedy kraj zyskał niepodległość i wertyklana zależność od Moskwy z dnia na dzień zniknęła, skumulowane przez lata pretensje, urazy i konflikty między przedstawicielami elit regionalnych uległy rozmrożeniu i stały się osią życia politycznego niezależnego państwa.


 A ponieważ ukraińskie regiony różniły się nie tylko pod względem struktury gospodarczej i społecznej, ale także w kwestiach orientacji ideologicznej, poglądu na historię i tożsamość odrodzonego państwa, spory między nimi przybrały charakter nie tyle racjonalnej konkurencji o przekonanie społeczeństwa do własnego zdania, ale śmiertelnej walki o totalne wyeliminowanie przeciwnika.

Kto gra na Ukrainie?

Wśród uczestników tej bratobójczej walki wewnątrz Ukrainy, można wyróżnić kilka grup skonsolidowanych w oparciu o więzy terytorialno - rodzinno - towarzyskie, łączące ich przedstawicieli. Od początku istnienia niepodległej Ukrainy, o władzę walczyły między innymi klany: Galicyjski, Krymski, Doniecki i Dniepropietrowski. Za oddzielne acz niesamodzielne klany uznać należy także klan Kijowski oraz mniej lub bardziej zintegrowaną ukraińską diasporę, które przenosiły swoje sympatie na przedstawicieli różnych regionów, w zależności od aktualnej koniunktury i taktycznej potrzeby kompromisu z wiodącą siłą.

Reklama

Degeneracja struktur państwa

Ze względu na brak możliwości osiągnięcia strategicznego kompromisu między opartymi na strukturach regionalnych grupami interesu, na Ukrainie uformował się specyficzny charakter władzy centralnej. Kontrola urzędu prezydenta, rządu czy parlamentu, a także centralnych instytucji państwowych stała się nie tyle środkiem dla realizacji interesów narodowych, co instrumentem wzmocnienia własnego klanu i osłabienia konkurentów.

Problem polega na tym, iż tak funkcjonujący system polityczny doprowadził do degeneracji struktur państwa i dysfunkcji działania jego instytucji. Ukraińskie państwo okazało się nieobecne lub bezradne nawet w najbardziej krytycznych obszarach polityki wewnętrznej i zagranicznej. Dwadzieścia lat wyrywania sobie zabawek przez przekrzykujących się i niestroniących od bijatyki polityków doprowadziły do sytuacji, w której sens istnienia całej piaskownicy (czyli władzy centralnej) stał się coraz mniej widoczny, zarówno dla samych Ukraińców, jak i konsolidujących swą politykę zagraniczną sąsiadów. I dopiero wymuszona przez równoległe działania Rosji i Unii Europejskiej konieczność konkretyzacji polityki zagranicznej unaoczniła ukraińskim politykom, iż kraj pogrążony w walce wewnętrznej stał się bezwładny w swoich działaniach zewnętrznych.

"Dorżnąć dniepropietrowską watahę"

Nacisk integrującej się Europy z jednej strony i konsolidującej swą strefę wpływów Rosji z drugiej, doprowadził do tego, że Wiktor Janukowycz znalazł się w sytuacji zasadniczej sprzeczności między wektorami polityki wewnętrznej i zagranicznej. Z jednej strony, priorytetem jego polityki jest osiągnięcie realnej suwerenności wewnętrznej, która w warunkach ukraińskich oznacza eliminację wpływu konkurencyjnych klanów i "zabetonowanie" władzy Donieckich w Kijowie. Zapożyczając frazeologię od wykształconych w Oksfordzie przedstawicieli europejskiej elity, można podsumować jego priorytety stwierdzeniem, iż należy dorżnąć dniepropietrowską watahę (z Dniepropietrowska pochodzi Julia Tymoszenko - przyp. INTERIA) zanim skonsoliduje siły i znów wygra wybory lub zorganizuje kolejną rewolucję.

Z drugiej strony, medialny rozgłos nadany sprawie Tymoszenko i kategoryczna reakcja partnerów zachodnich na nadużycia prezydenta, spowodowały, iż sprawa z jego punktu widzenia czysto wewnętrzna, zyskała nieoczekiwany aspekt międzynarodowy. Sadzając do więzienia Tymoszenko i jej współpracowników, Janukowycz i jego otoczenie liczyli na ostateczne uregulowanie zaległych rachunków między doniecczanami i ich rywalami z Dniepropietrowska.

Odwołując się do metod, do których przywykli podczas całej swojej kariery, liczyli, iż zdobycie przez przedstawiciela Doniecka najwyższego urzędu w państwie, pozwoli zastosować w skali całego kraju schematy znane z okresu biznesowej i politycznej działalności w rodzinnym mieście i obwodzie. A jednak, siła współczesnych technologii przekazu, moc perswazji agencji PR-owskich i kontakty Tymoszenko na Zachodzie doprowadziły do sytuacji, w której element międzyklanowej walki stał się główną przeszkodą realizacji polityki zagranicznej państwa. Postawiony pod murem Janukowycz musiał poluzować uścisk konkurentom w imię przetrwania na arenie międzynarodowej, tym bardziej, iż zatrzaśnięcie dzwi do Europy oznacza zamknięcie europejskiego rynku dla stojących za nim oligarchów i oddanie ich na pożarcie rosyjskim gigantom.

Nowa jakość?

Ułaskawienie Łucenki jest pierwszym krokiem do spełnienia przez ukraińskie władze warunków postawionych przez UE dla podpisania w listopadzie umowy o stowarzyszeniu. Jeżeli Janukowycz zdecydował się ustąpić, to oznacza, iż dobro kraju stawia on powyżej wąsko rozumianych interesów klanowych. A to na Ukrainie nowa jakość polityki i warto zachować nadzieję, iż także nowy, trwały standard postępowania.

Jakub Korejba

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje