Reklama

Reklama

Karolina Sarniewicz i Anna Salawa: Papież zachęcał do robienia rabanu

Ksiądz, który został księdzem, bo założył dla żartu ornat, potem powiesił go w szafie i - patrząc na niego - uznał, że to jego powołanie. Kobieta, która znalazła na ulicy dokładnie tyle pieniędzy, ile potrzebowała na wyjazd na ŚDM. Dziewczyny, które podczas spotkania młodych w Toronto mieszkały u felicjanek i poznały je od zupełnie innej strony - siostry zakonne nosiły w klasztorze dżinsy i pokazały im najlepsze w mieście dyskoteki. "To nie jest nudny podręcznik do religii dla gimnazjalistów" - mówią autorki książki "Zróbmy raban! Niezbędnik na Światowe Dni Młodzieży". "Jesteśmy przekonane, że Bóg też ma poczucie humoru" - dodają.

Justyna Mastalerz, Interia: Co wspólnego ma raban ze Światowymi Dniami Młodzieży? Skąd takie skojarzenie?

Reklama

Karolina Sarniewicz i Anna Salawa: - Papież Franciszek zachęcał ludzi do robienia rabanu podczas Światowych Dni Młodzieży w Rio de Janeiro. To znaczy zachęcał podczas ŚDM, ale sugerował, żeby robić go stale, więc nie chodziło, wbrew pozorom, o robienie bałaganu na Copacabanie.

Na czym więc ten religijny raban ma polegać? Ma go dokonać Bóg w naszym życiu? Czy chrześcijanie w sercach innych ludzi?

- Ze słów papieża wynikałoby, że chodzi o nas, chrześcijan, ale bohaterom naszej książki przytrafiło się raczej to pierwsze. Każdy z nich stanął w swoim życiu pod ścianą. Stwierdził, że sam sobie z czymś nie poradzi. Powiedział: "Boże, zrób coś z tym, bo nie mam już pomysłów" i właśnie wtedy następował całkowity przewrót.

Przez książkę przewija się blisko 50 bohaterów i tyle samo niezwykłych historii. Które opowieści was osobiście wzruszyły najbardziej?

Karolina Sarniewicz: - Mam wrażenie, że wzruszamy się obie na tych samych.

- Lubimy historię księdza, który został księdzem, bo podczas ŚDM założył ornat, żeby siedzieć bliżej ołtarza. Potem powiesił go w szafie i tak na niego patrząc, uznał, że to chyba jego powołanie. Lubimy też wspomnienia kobiety, która znalazła na ulicy dokładnie tyle pieniędzy, ile potrzebowała na wyjazd na ŚDM. Z kolei Kuba Blycharz, autor tegorocznego hymnu ŚDM, wygrał konkurs na hymn, choć pendrive z piosenką, którą zgłosił, zaginął gdzieś po drodze. Z kolei Monika Rybczyńska, autorka loga, wygrała konkurs na jego stworzenie, mimo że wcale nie brała w nim udziału (śmiech). Specyfiką tej książki jest przede wszystkim to, żeby nie tylko dziwić się i roztkliwiać nad pomysłowością Stwórcy, ale też zwyczajnie się pośmiać. Bo jesteśmy przekonane, że Bóg też ma poczucie humoru.

W jednym z wywiadów mówiłaś: "Byłam totalnym zaprzeczeniem uczestnika Światowych Dni Młodzieży. Zaproszono mnie, żebym została wolontariuszem na ŚDM w Rio de Janeiro. Nie widziałam się w tej roli i odmówiłam". Co takiego wydarzyło się w Twoim życiu, że postanowiłaś zaangażować się w ŚDM? Czy to też efekt Boskiego poczucia humoru?

Karolina Sarniewicz: - No właśnie ta książka mi się przydarzyła (śmiech). Zadzwonił Adam Gutkowski ze Znaku i oznajmił, że była u nich ostatnio taka Ania Salawa, która chce, żeby powstała książka o ŚDM, ale nie bardzo widzi się w roli jej autorki, bo po prostu nie ma doświadczenia w pisaniu. Poczułam się wtedy rozdarta na pół. Z jednej strony nowy projekt pisarski to coś maksymalnie dla mnie ekscytującego, z drugiej te Światowe Dni Młodzieży wciąż wydawały mi się nudne, jałowe i mało atrakcyjne. Wyobrażałam sobie, jak siedzę z bohaterami w ciemnym kącie jakiejś kawiarni, a oni sztywnym kościelnym językiem opowiadają, jak to stali w tłumie ludzi i machali chorągiewkami, co pozwoliło im "stanąć w prawdzie" i "iść do światła" (śmiech).

Ale jednak w to weszłaś.

Karolina Sarniewicz: - Weszłam, bo moja próżność nie pozwoliła mi się poddać już na samym starcie. Przełom nie nastąpił jednak tak od razu. Pierwsze dwa wywiady przeżyłam bez wielkich emocji. Dopiero przy trzecim uświadomiłam sobie, że ci ludzie, na zgoła innych przykładach, opowiadają dokładnie to samo! Każda z opowieści dodawała mi skrzydeł. Pomyślałam: "Boże, trafiłam na skarb". A on w dodatku przez cały czas leżał zakopany w moim ogródku.

A gdzie leżał skarb Anny? Pamiętasz moment na Światowych Dniach Młodzieży, który odmienił twoje życie?

Anna Salawa: - Dla mnie najbardziej przełomowym momentem na ŚDM-ie była modlitwa "Ojcze Nasz" na spotkaniu w Kolonii. Na mszy zamknięcia, ponad milion ludzi z całego świata wziął się za ręce i każdy w swoim języku zwrócił się do Ojca. Naszego wspólnego Ojca. Poczułam się wtedy częścią ogromnej wspólnoty i ta świadomość dała mi niesamowicie dużo siły.

Kolejnym, podobnym i przełomowym momentem w twoim życiu było tworzenie książki? Pisałaś, że słuchanie opowieści bohaterów było dla ciebie czasem niesamowitych rekolekcji.

Anna Salawa: - Czas powstawania książki był tak naprawdę podsumowaniem mojej dotychczasowej przygody z ŚDM- em. A zarazem spełnieniem jednego z marzeń. Wielokrotnie na przestrzeni kilku lat, pracując w Krajowym Biurze Organizacyjnym ŚDM, słyszałam o cudach Boga, jakie miały miejsce w czasie spotkań młodych i bardzo chciałam, żeby powstała o tym książka. Tak też się cudownie stało.

Cudownie?

Anna Salawa: - Słowo "cudownie" nie jest użyte tutaj bez znaczenia, ponieważ sam proces tworzenia był trudny i obfitował w wiele przeszkód.

Podczas pisania czułyście wsparcie Boga?

- Tak, ale jak to działało, nie możemy zrozumieć do dziś. Podobno Bóg buduje łaskę na naturze, co oznacza, że faktycznie pomagał nam, podrzucając łagodzące stres sytuacje.

Ale podobno były też momenty, w których chciałyście już zrezygnować...

Karolina Sarniewicz: - Tak, było coś jeszcze, o czym rzadko mówię. Przez te ostatnie dwa tygodnie, kiedy tekst powstawał od zera, byłam naprawdę na tyle chora, że nie mogłam wstawać z łóżka. Prawie nie jadłam, ani nie spałam, miałam trudność z wykonywaniem najprostszych czynności. A jednak napisałam ją, bo w godzinach przeznaczonych na pracę, wszystkie dolegliwości ustępowały - czułam się rewelacyjnie, miałam tyle sił, ile nie miałam nawet przed chorobą. Można mówić, że to psychologia, siła motywacji, czy po prostu odwrócenie uwagi od negatywnych bodźców. Może... Ale ja nie jestem przekonana, co do tych interpretacji.

Wspominasz w książce, że przystępując do jej pisania, modliłaś się: "Boże, jeśli możesz, zostań koordynatorem tej książki". A potem zaczęły się dziać cuda.

Karolina Sarniewicz: - Nasi bohaterowie zaczęli w błyskawicznym tempie się mnożyć, bo nagle każdy nasz znajomy opowiadał, że on też przeżył coś pięknego na Światowych Dniach Młodzieży. Ja - dotychczas w dołku i pełna rezygnacji - napisałam dla tej książki nowy projekt, dzięki czemu ma dzisiaj formę leksykonu, a Ania co chwilę dzwoniła z informacją, że ktoś gdzieś tam nas zaprasza, żeby opowiedzieć nam swoją historię, więc zaczęłyśmy wzdłuż i wszerz objeżdżać Polskę. Ja przeprowadziłam się na trochę do przyjaciół, którzy troszczyli się o mnie jak o własną siostrę i dzięki temu, mimo choroby, miałam jeszcze trochę siły na pisanie. I to wszystko zaczęło się dziać, kiedy oglądając pomidory w warzywniaku, powiedziałam: "Boże, ten projekt jest nie na nasze siły. Wszystko się sypie. Proszę, Ty się tym zajmij".

- Książką zaczęło interesować się niejedno wydawnictwo, więc mogłyśmy poczuć się pewniej, zaczęłyśmy wierzyć, że projekt nie zostanie w szufladzie. Później, w trakcie pracy, nasi koledzy i koleżanki zaangażowali się w robienie transkrypcji wywiadów, bo same nie zdążyłybyśmy spisać ich do dziś.

Podobno koledzy ostrzegali cię przed kłodami, które inni będą ci kłaść pod nogi.

Karolina Sarniewicz: - Niestety tak, chociaż najpierw sobie z tych przepowiedni drwiłam. Opowiadanie mi, że skoro piszę o Bożych cudach, Zły będzie mieszał mi w życiu i nie pozwalał napisać tej książki, brzmiało jak kolejna część - i tak już kiepskiego - filmu "Zmierzch". Do śmiechu przestało być mi jednak, kiedy jakieś dwa tygodnie od rozpoczęcia pracy na projektem przeżyłam bolesne rozstanie, a zaraz po nim obie z Anią wylądowałyśmy w szpitalach. Od tamtej pory nie było dnia, w którym nie stawiałybyśmy krzyżyka na tej książce, bo po ludzku oceniając - nie było po prostu szans, żeby powstała. Powstała jednak w dwa ostatnie tygodnie przed terminem oddania, bo w każdym beznadziejnym momencie dostawałyśmy jakiś pomost, który pozwalał nam przez nasze dramaty przejść i mieć cień nadziei, że jednak to wszystko nie dzieje się przypadkiem.

Przydarzyła się wam w trakcie pisania historia, którą mogłybyście umieścić w książce?

Karolina Sarniewicz: - Pamiętam, jak dzień po moim rozstaniu z ukochanym jechałyśmy do Krakowa zrobić wywiad z zakochanymi Brazylijczykami. Żaliłam się wtedy nad sobą w duchu, wyobrażając sobie, że w tych okolicznościach rozpłaczę się w środku rozmowy. Na miejscu okazało się jednak, że Brazylijczycy niespecjalnie mówili po angielsku. Ania przeprowadziła z nimi wywiad po portugalsku, a ja nic nie rozumiałam (śmiech). Przesiedziałam więc całą rozmowę o miłości, radośnie kiwając i wołając "ah, si, si!". Nasza historia jest więc jedną z tych, które mogłybyśmy umieścić w książce - opowiada o Bogu, który troszczy się o najmniejszy fragmencik naszego życia.

Co najbardziej magicznego jest - waszym zdaniem - w Światowych Dniach Młodzieży?

- Że cały świat jest tam w jednym miejscu. A przy odmawianiu "Ojcze nasz" jednocześnie we wszystkich językach odkrywasz, że nie jesteś sam, będąc jedynym wierzącym z twojego biura.

Język książki jest dość zaskakujący. Ani trochę nie przypomina patetycznych kazań, które wielokrotnie słyszymy w kościołach (i na których ziewamy). Czy nie obawiałyście się, że młodzieżowy styl nie pasuje do tak poważnych kwestii, o których piszecie?

Karolina Sarniewicz: - Jest to język, którym ja piszę ogólnie - niezależnie od tego, czy zwracam się do młodzieży, czy do kogokolwiek innego. Jeśli więc miałabym mieć co do niego obawy, to parę lat temu, kiedy zaczynałam pisać. I wtedy faktycznie nie było łatwo! (śmiech), Miałam same dwóje z polskiego, bo nauczyciele nie sądzili, żeby pisanie o Kordianie językiem - jak to zwali popkulturowym - było najlepszym pomysłem. Teraz nie wyobrażam sobie, żeby wejść w inną stylistykę i bardzo się cieszę, że na drodze redagowania książki przez wydawnictwo nie dorzucono do niej takich słów, jak: świadectwo, kroczyć, miłować, czy ubogacać. Jeśli wiara jest nam bliska, życiowa, to dlaczego mielibyśmy opisywać ją językiem zrozumiałym tylko dla prababci Zygmunta Starego?

Dostajecie wiadomości o tym, że opisane przez was historie odmieniły kolejne życia?

Karolina Sarniewicz: - Tak. Ludzie opowiadają, że przywróciłyśmy im radość z chrześcijaństwa. Przypomniałyśmy, że ono jest przecież oparte na wolności. Że skoro Jezus zmartwychwstał, to my żyjemy już zawsze i tylko od nas zależy, czy chcemy korzystać z Jego pomocy, czy uznajemy, że poradzimy sobie sami. Mówią, że uświadomili sobie też, jak często Bóg troszczył się o nich w najbardziej prozaicznych sytuacjach, a oni tego nie zauważali.

Z jakimi komentarzami spotykacie się jeszcze po premierze książki?

- Swego czasu po internecie wędrował obrazek, na którym stał sobie człowieczek, który dostał kamieniem w głowę. Mówił wtedy do Boga: "No hej, gdzie Ty jesteś, przecież miałeś mnie chronić". Wtedy na kolejnym obrazku widzimy już człowieczka z dalszej odległości i okazuje się, że ta biała ściana, na tle której stał, jest Jezusem, w które od tyłu uderzają setki takich samych kamieni. Jezus mówi: "Ups, przegapiłem jeden? Wybacz" (śmiech). Podobno nasza książka daje podobne wrażenia, co ten obrazek, tylko że podaje mnóstwo przykładów na obecność Boga z życia wziętych.

"Niezbędnik na Światowe Dni Młodzieży" to obowiązkowa lektura przed przyjazdem do Krakowa na ŚDM. Jakie jeszcze rady mogłybyście dać pielgrzymom na te ostatnie dni przed rozpoczęciem pielgrzymowania?

Karolina Sarniewicz: - Niech jadą tam pod byle pretekstem i nie wstydzą się, że pakują walizki nie tyle w pobożnym szale, co po prostu myślą o fajnej zabawie, spotkaniu nowych ludzi, czy kupieniu góralskiej chustki w sukiennicach. Bóg nie bez powodu jest też człowiekiem - on po prostu doskonale zna życie i chce, żebyśmy byli przy nim prawdziwi. Przecież żaden święty nie był "święty" tak naprawdę. Święci składający rączki, mówiący tylko o Bogu i chodzący na klęczkach od kuchni do łazienki występują wyłącznie w kiepskich filmach biograficznych (śmiech).

A czego wam życzyć na czas ostatecznych przygotowań do spotkania z papieżem Franciszkiem?

Karolina Sarniewicz: - Żebyśmy nie zapominały, że to, co się tam wydarzy, kompletnie nie zależy od nas. Że im więcej będziemy planować i przewidywać, tym mniej z tego wyjdzie, więc najlepiej po prostu zaufać, że wydarzy się tam to, co aktualnie jest nam potrzebne.

Ania Salawa: - Ja mówię po prostu: "Lubię, kiedy Panu Bogu się udaje, a mnie nie" (śmiech).

Pozostaje więc najważniejsze pytanie... Are you ready?

Anna Salawa i Karolina Sarniewicz: - Yes!

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy