Reklama

Reklama

Drzwi do NATO nie całkiem otwarte

Jednym z najczęściej dyskutowanych wątków w kontekście NATO są szanse na rozszerzenia organizacji. Sojusz Północnoatlantycki opowiada się za polityką otwartych drzwi. Jednak doświadczenia ostatnich lat i dynamicznie zmieniająca się sytuacja międzynarodowa wymuszą przedefiniowanie starych założeń. Dziś perspektywa dołączenia do NATO przez kolejne państwa wydaje się coraz mniej realna.

Państwa członkowskie zgodziły się, że może do nich dołączyć "każde inne państwo, które jest w stanie realizować zasady traktatu (Traktatu Północnoatlantyckiego - red.) i wnosić wkład do bezpieczeństwa obszaru północnoatlantyckiego". 

Reklama

Choć do tej pory szefowie NATO oficjalnie podtrzymują, że założenie wciąż obowiązuje, to z biegiem lat i zmieniającą się sytuacją na świecie, proces zgubił dynamikę. Nadzieje na zmianę są nikłe. 

Sztandarowe hasło

- Polityka otwartych drzwi to sztandarowe hasło NATO od kilku lat. Ale doświadczenia Unii Europejskiej, zwłaszcza po wielkim rozszerzeniu w 2004 r., pokazują, że państwo, które ubiega się o akcesję czy do UE czy do NATO, musi najpierw osiągnąć pewne minimum wymogów, które czynią je kompatybilnym do całej organizacji. Jeśli zaś kraj zostaje przyjęty ze względów politycznych, nie spełniając kryteriów, to rodzi to szereg problemów dla całego systemu - tłumaczy prof. Józef Fiszer, kierownik Katedry Międzynarodowych Stosunków Politycznych na Uczelni Łazarskiego oraz wiceprzewodniczący Komitetu Nauk Politycznych PAN. 

Tak było m.in gdy do NATO, a później do UE przystępowały Polska, Czechy czy Węgier. - Chodziło o to, aby poszerzając NATO, wyrywać kraje byłej strefy radzieckiej spod wpływów Rosji. By w ten sposób ograniczać wpływy rosyjskiego imperium na politykę międzynarodową - wyjaśnia ekspert.


Więcej kłopotów niż pożytku

Litwa, Łotwa czy Estonia, będąc republikami ZSRR, nie dysponowały własnym przemysłem zbrojeniowym, nie posiadały własnych kadr. - To wszystko spowodowało, że dzisiaj Sojusz ma z tymi państwami poważne kłopoty - ocenia prof. Fiszer. 

NATO zorientowano się, że kraje te stanowią obciążenie dla organizacji. - Na dobrą sprawę nie wnoszą, poza potencjałem ludzkim, żadnej siły, zwłaszcza o charakterze strategicznym, możliwym do wykorzystania w bezpośrednich działaniach - zwraca uwagę profesor. 

Nie bez znaczenia jest też fakt, że w sprawie przyjmowania nowych krajów państwa Sojuszu nie mówią jednym głosem. 

Wreszcie zdaje się, że NATO wyciągnęło wnioski, i nie chce popełnić tych samych błędów co Unia Europejska. - Pojawiają się głosy krytyczne, o tym że rozszerzenie było przedwczesne, zbyt rozległe, i to naraziło UE na daleko idące turbulencje i perturbacje wewnętrzne. Wręcz te kraje się dzisiaj oskarża, o to, że są jedną z przyczyn kryzysu UE. Te doświadczenia dzisiaj rzutują na politykę NATO - podkreśla prof. Fiszer. 

A kolejka, do liczącego 28 państw członkowskich NATO, jest spora. 

W tej chwili najkrótszy dystans od Sojuszu dzieli Czarnogórę. Wejście do organizacji, byłoby dla tego maleńkiego, bałkańskiego kraju postawieniem kropki nad prozachodnim kursem wieloletniego premiera Milo Djukanovicia. W maju tego roku podpisano protokół akcesyjny. Teraz muszą go ratyfikować wszystkie państwa członkowskie. Optymistyczne scenariusze mówią o przypieczętowaniu członkostwa Czarnogóry w 2017 r. 

Sprzeciw Rosji

Ale sprawy nie odpuści Moskwa, która coraz śmielej pokazuje swoje imperialne zapędy. Władimir Putin postawił sobie za cel odbudowę prestiżu i pozycji Rosji. Sygnały o możliwym poszerzeniu Sojuszu na Wschód Moskwa ocenia jako prowokacje.

- Z jednej strony będzie starała się ten czas maksymalnie opóźnić i utrudnić. Z drugiej zaś strony spróbuje zapewne wykorzystać związane z tym wydarzenia do realizacji własnych partykularnych interesów - wyjaśnia prof. Sebastian Wojciechowski, kierownik Zakładu Studiów Strategicznych UAM i ekspert Instytutu Zachodniego. 

Rosja szuka też sprzymierzeńców wśród czarnogórskiej opozycji, która niekoniecznie podziela zachodnie nastawienie rządu. Co więcej, wątpliwości mają też mieszkańcy. Przeciwko wiązaniu się z NATO opowiada się aż jedna trzecia tamtejszego społeczeństwa. 

Zdaniem prof. Wojciechowskiego, Rosja będzie chciała pokrzyżować plany Czarnogóry posługując się  w tym celu m.in. "prorosyjskim lobby skutecznie działającym w niektórych państwach członkowskich Paktu". 

Nowi członkowie sprowokują konflikt?

O członkostwo w NATO zabiegają też Macedonia oraz Bośnia i Hercegowina. Według prof. Fiszera, ich ewentualne przystąpienie nie wniesie nic nowego, jeśli idzie o potencjał Sojuszu, a tylko dodatkowo rozdrażni Rosję.

- Będą stanowiły dla niej punkt zaczepny. Rosja będzie mogła oskarżać NATO o łamanie porozumień, o naruszanie nieformalnych stref wpływu, o to, że NATO przyczynia się do zagrożenia bezpieczeństwa narodowego Rosji. Małe kraje mogą wciągnąć cały system natowski w konflikt z Rosją - wyjaśnia.

Burzliwe losy Gruzji

Od lat przewija się też sprawa członkostwa Gruzji i Ukrainy. Dzisiaj te szanse są nikłe. - Gruzja i Ukraina nie będą w stanie dołączyć do Sojuszu - rozwiewa złudzenia prof. Fiszer.   

- Liczono, że z państw poradzieckich, położonych w części azjatyckiej, to Gruzja pierwsza zostanie przyjęta do NATO. Z resztą Amerykanie sporo tam zainwestowali: przeszkolili kadry kierownicze i oficerów, wymieniono prawie cały sprzęt wojskowy - przypomina ekspert z PAN. 

Ale w zderzeniu z rzeczywistością, entuzjazm okazał się zbyt duży i przedwczesny. Na planach cień położył konflikt gruzińsko-rosyjski w 2008 r. - Konflikt rosyjsko-gruziński groził eskalacją, a wręcz wojną, na szerszą skalę. I Amerykanie bardzo szybko się wycofali. Dzisiaj nikt, w USA ani w ogóle w NATO nie mówi nawet w dalszej perspektywie o Gruzji w NATO - mówi prof. Fiszer. 

Wojna na Ukrainie

Dla Ukrainy krytyczny był przełom 2013 i 2014 roku. W listopadzie 2013 r. ówczesny prezydent Wiktor Janukowycz miał podpisać umowę o partnerstwie z Unią Europejską. Tak się jednak nie stało. Oburzeni Ukraińcy wyszli na ulice Kijowa. Z dnia na dzień sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. W końcu wybuchła ogólnonarodowa rewolucja. Polała się krew, życie straciło kilkaset osób. Sytuacja wymknęła się spod kontroli. W efekcie ucieczki Janukowycza, i wymiany władzy, odrodziły się tendencje separatystyczne na wschodzie kraju. Do dziś trwa tam wojna. 

- Kwestia ewentualnego członkostwa Gruzji czy Ukrainy to problem bardzo złożony i odległy w czasie. Jego ewentualna realizacja będzie uzależniona od szeregu różnych czynników - podkreśla prof. Wojciechowski. Wśród nich wymienia: decyzje co do przyszłego kształtu Paktu, realia w państwach członkowskich i kandydujących, relacje na linii NATO-Rosja czy ogólną sytuację międzynarodową. 

Symboliczne działania

Polityka rozszerzania NATO była traktowana jako element wspierania przemian demokratycznych w państwach przechodzących transformację, i stawała się impulsem do przeprowadzania reform wewnętrznych. Nasuwa się pytanie, czy postawienie sprawy jasno i oświadczenie: na macie szans, nie podziała na te kraje "demoralizująco". 

Prof. Wojciechowski tłumaczy, że zazwyczaj NATO w stosunku do kandydatów stosuje metodę "kija i marchewki". - "Marchewka" to synonim nagrody w postaci członkostwa przewidzianej dla państw spełniających określone wymagania. Z kolei ,"kij'' rozumiany jest jako straszak. Może być on użyty wobec kandydatów nie wypełniających  zobowiązań - tłumaczy. 

Od tej zasady istnieją jednak wyjątki. - Jest nim choćby sytuacja, gdy w poczet Paktu zostaje przyjęte państwo, które nie dopełniło wszystkich kryteriów, ale jego członkostwo np. ze względów geopolitycznych będzie korzystne dla NATO. W takim kontekście można hipotetyczne rozpatrywać kandydaturę  Gruzji czy Ukrainy - mówi. 

Kwestia ewentualnego członkostwa tych państw może być problematyczna jeszcze z jednego powodu. Prof. Fiszer przypomina, że przecież obowiązują pewne nieformalne porozumienia między Rosją a USA, czyli głównym państwem NATO.  - Zgodnie z zasadą pacta sunt servanta, USA zobowiązało się respektować dawną strefę wpływów byłego ZSRR. A więc na terenach dzisiejszej Białorusi czy Ukrainy, nie wprowadzać baz natowskich, czyli de facto nie poszerzać NATO o kraje Europy Wschodniej - mówi prof. Fiszer. 

Kierunek północ

W ostatnim czasie, w obliczu coraz śmielszych posunięć Rosji w rejonie Morza Bałtyckiego, coraz głośniej słychać też pytanie o ewentualne rozszerzenie NATO na północ. Zdaniem prof. Fiszera, na dzień dzisiejszy Rosja najbardziej zainteresowana jest Litwą, Łotwą i Estonią, czy krajami, które należą do NATO, i to ich bezpieczeństwo jest najbardziej zagrożone. Państwa te stają Moskwie na drodze do Morza Bałtyckiego. 

- Poprzez aneksję Krymu Rosja odzyskała szeroki dostęp do Morza Czarnego, dalej do Morza Śródziemnego, przez bazy w Syrii. I teraz, by móc prowadzić politykę imperialną, musi mieć szeroki dostęp do oceanów i mórz, poprzez Bałtyk. Putin doskonale wie, że Rosja nie stanie się imperium, jeżeli nie będzie chociażby na wzór brytyjski czy amerykański, miała dużego dostępu do akwenów - wyjaśnia motywy Rosji prof. Fiszer. 

Stąd pomysły, by kraje takie jak Finlandia czy Szwecja dołączyły do Sojuszu. Jednak w ocenie prof. Fiszera, również w tym przypadku szanse na rozszerzenie są niewielkie. - W obliczu nowego zagrożenia ze strony Państwa Islamskiego, kierownictwo NATO będzie szło na pewne nie tyle ustępstwa, co na pewien kompromis z Rosją, żeby Rosji krótko mówiąc jej nie drażnić, nie otwierać dodatkowego frontu konfliktu zbrojnego - uważa ekspert. 

Nieco odmiennego zdania jest prof. Wojciechowski. - Decyzje o dalszym rozszerzeniu NATO są uzależnione od wielu determinantów. Postawa Rosji nie jest w tym przypadku czynnikiem pierwszoplanowym, aczkolwiek polityka ,,nie drażnienia Rosji'' ma wśród państw członkowskich także swoich entuzjastów - zaznacza. 

USA nie obroni całego świata

Odłożenie na dalszy plan rozszerzania NATO wynika też ze zmiany nastawienia USA. Stany Zjednoczone stawiają dziś na umacnianie swoich wpływów w regionach, gdzie występuje dla nich zagrożenie, ale również tam, gdzie prowadzą główne interesy. Punkt ciężkości przesuwa się w kierunku Azji. 

USA podnosi też kwestie partycypowania w kosztach funkcjonowania NATO. - Kolejni sekretarze stanu USA, zwłaszcza w okresie rządów Baracka Obamy, wręcz prosili, aby kraje europejskie należące do NATO zwiększyły swój udział w kosztach utrzymania NATO. Barack Obama, ale też wcześniej jego poprzednicy mówili, że USA już nie stać na zapewnienie bezpieczeństwa międzynarodowego całemu światu - mówi prof. Fiszer. 

Czas na zmiany

Poszerzenie NATO musi być odpowiednio przygotowane, co wymaga czasu i dużych nakładów. Stąd, zdaniem prof. Fiszera, polityka otwartych drzwi będzie dalej tracić na znaczeniu, i konieczne jest przyjęcie nowej strategii. - Lepiej mieć mobilne NATO z państwami, które będą ponosiły odpowiedzialność za cały system, a nie z państwami, które będziemy przyjmowali do NATO, które wymagają dodatkowych nakładów aby zapewnić im bezpieczeństwo - przekonuje. 

I dodaje, że nowe założenia powinny kłaść nacisk na zwiększenie siły bojowej i zdolności operacyjnej w kontekście zagrożeń wojną syryjską czy Państwem Islamskim, a nie na poszerzanie. 

- Szczyt NATO musi wypracować nową, realną do wprowadzenia w życie strategię, która zapewni bezpieczeństwo dotychczasowym członkom Sojuszu. Natomiast o poszerzaniu NATO, moim zdaniem w tej chwili powinniśmy zapomnieć - podsumowuje.    

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację
Dowiedz się więcej na temat: szczyt NATO | NATO

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy