Reklama

Reklama

Wciąż wędrujemy do NATO

12 marca 1999 roku w miejscowości Independence ówczesny minister spraw zagranicznych prof. Bronisław Geremek przekazał na ręce sekretarz stanu USA akt przystąpienia Polski do NATO. Tym samym zakończyły się lata starań polskiej dyplomacji, a nasz kraj stał się pełnoprawnym członkiem Sojuszu Północnoatlantyckiego. "Sukces i epokowa chwila" - tak określano to wydarzenie, i choć dziś nie można tym terminom odmówić słuszności, to moment przystąpienia okazał się jedynie etapem na drodze zmian, jakie musiała przejść nasza armia, by sprostać wymaganiom stawianym przez NATO.

Wchodziliśmy na kredyt

Reklama

To był jeden z podstawowych celów polskiej polityki zagranicznej w latach 90. XX wieku.

- Kiedy rozpoczęliśmy starania o przystąpienie do Sojuszu polska armia była szykowana głównie na konwencjonalną wojnę. Nasze kadry dowódcze wyrosły w zupełnie innej kulturze strategicznej. Istotna była też kwestia zaufania ze strony państw członkowskich. Jeżeli wewnątrz Sojuszu funkcjonuje wiele poufnych dokumentów, to trzeba ufać każdemu sojusznikowi, że tajemnice zostaną zachowane. Tego zaufania w przypadku naszej kadry dowódczej, która kończyła szkoły na Wschodzie, na początku nie było - mówi w rozmowie z Interią dr hab. Jacek Barcik ekspert ds. bezpieczeństwa z Katedry Prawa Międzynarodowego Publicznego i Prawa Europejskiego Uniwersytetu Śląskiego.

Niewątpliwą zaletą poza wysiłkami polskich dyplomatów było natomiast wysokie poparcie społeczne. W styczniu 1998 roku - na ponad rok przed oficjalnym przyjęciem Polski do NATO - po tym, jak pierwsze państwa członkowskie ratyfikowały przystąpienie naszego kraju do tej organizacji - zdecydowana większość Polaków uznała wejście do NATO za ważne wydarzenie. W tym 44 proc. postrzegało je jako "przełomowe", "o historycznym znaczeniu".

- To wpłynęło na pozytywną percepcję Polski przez państwa członkowskie. W 1999 roku przystępowaliśmy do Sojuszu będąc już na dość silnej pozycji politycznej, ale militarnie weszliśmy na kredyt - podkreśla.

- Wojsko Polskie, po finansowej, sprzętowej i mentalnej zapaści z lat 90., nie spełniało wówczas standardów NATO - potwierdza reporter wojenny Marcin Ogdowski. - Potem nastąpiły poważne jakościowe zmiany, ale nadal jest z tym kłopot - dodaje.

Prawda o polskiej armii wychodzi na jaw

Pobudką dla armii okazały się misje w Iraku i Afganistanie.

- Rozpoczęcie tej pierwszej operacji pokazało, jak przestarzały jest sprzęt, który posiada nasze wojsko. Unaoczniło też wiele innych słabości, jak choćby nieznajomość języka angielskiego wśród żołnierzy, co w przypadku funkcjonowania ramię w ramię na polu walki z wojskowymi z innych krajów, pozostaje kluczową umiejętnością - mówi Ogdowski. - Wnioski wyciągano powoli i dopiero Afganistan stał się poważnym impulsem do modernizacji - dodaje.

Poza de facto bojową misją ISAF w Afganistanie, Polska brała udział w pokojowych i humanitarnych przedsięwzięciach NATO w Bośni i Hercegowinie (IFOR, SFOR), Albanii (AFOR) i Macedonii (Amber Fox, Allied Harmony), w misjach szkoleniowych w Iraku (NTM-I) i Afganistanie (NTM-A), w operacjach morskich Sojuszu, a także w misji humanitarnej Swift Relief w Pakistanie (2005-2006).

- Misje, zwłaszcza bojowe, pozwalały i pozwalają zbierać doświadczenie, ale są też ważne pod względem międzynarodowej integracji i współpracy.  Żołnierze z różnych krajów  pracują wspólnie, a tworzące się wówczas relacje procentują długo po ich zakończeniu - zwraca uwagę ekspert ds. bezpieczeństwa UŚ.

Rosja nie odważy się zaatakować?

Obecność w NATO, zgodnie z art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego, dała nam gwarancję wsparcia przez członków Sojuszu na wypadek ataku. 

- To zdecydowanie wzmocniło naszą zdolność odstraszania ewentualnego agresora. Sami nie bylibyśmy w stanie obronić się np. przed agresją ze strony Rosji.  Zresztą, w dzisiejszej rzeczywistości, kiedy źródła zagrożeń są o wiele bardziej złożone niż 50, 60 lat temu - myślę tu m.in. o wojnie hybrydowej czy cyberatakach - można postawić tezę, że żadne państwo nie jest w stanie zapewnić sobie bezpieczeństwa na własną rękę - stwierdza dr Barcik. Jak dodaje, jesteśmy więc zdani na współpracę sojuszniczą.

- Obecność w NATO, któremu przewodzą Stany Zjednoczone, stanowi dla nas gwarancję bezpieczeństwa - potwierdza Marcin Ogdowski. - Już porównując potencjał militarny Rosji i USA, bilans wypada na niekorzyść Rosji, a dysproporcje zwiększają się, jeśli dodamy potencjał Europy Zachodniej. Mając świadomość tych różnic, Rosja nie odważy się zaatakować, bo w totalnej konfrontacji nie ma szans z armią NATO - przekonuje.

Wydajemy sporo, ale czy efektywnie?

Starając się odpowiadać na stawiane przed państwami członkowskimi wyzwania, przez 17 lat naszej obecności w Sojuszu następowała standaryzacja militarna i profesjonalizacja sił zbrojnych. W 2010 roku zakończył się proces całkowitego uzawodowienia armii. Nad wojskiem sprawowana jest również cywilna kontrola (w osobie ministra obrony narodowej - red.). Nasze siły zbrojne liczące aktualnie około 96 tys. żołnierzy zawodowych - informuje ministerstwo obrony narodowej. 

- Aktualnie jesteśmy jednym z państw członkowskich, które procentowo ma najwyższe nakłady na wojsko - zauważa dr Jacek Barcik.

Podniesienie udziału wydatków obronnych w PKB było jednym ze zobowiązań podjętych we wrześniu 2014 r. na szczycie w Newport. Sojusznicy zadeklarowali wtedy, że państwa, które wydają na obronność mniej, osiągną poziom 2 proc. PKB w ciągu 10 lat. Już w 2016 r. polski Sejm niemal jednogłośnie zdecydował o podniesieniu wydatków na obronność do co najmniej 2 procent.

Mimo to, sposób dysponowania środkami publicznymi, czy organizacja przetargów pozostawiają wiele do życzenia.

- Wydajemy sporo, ale znaczna część z budżetu przeznaczonego na amię, to tzw. wydatki personalne (pensje, emerytury i renty dla byłych żołnierzy, itd.; w budżecie MON na 2016 r. wydatki te wynoszą 15 mld 622 mln 408 zł z łącznego budżetu w wysokości 35 mld 453 mln 215 zł itd.) - mówi ekspert z UŚ.

- Niemal każdego roku wojsko nie potrafi wydać kilkuset milionów złotych. Zgodnie z przepisami ta kasa przepada - MON musi ją zwrócić do budżetu - wyjaśnia z kolei reporter wojenny.

Czołgi starsze niż żołnierze

- Nasza armia musi jeszcze doszlusować do NATO-wskich standardów, wyznaczonych przez armie Zachodu. Stąd ogłoszony 4 lata temu wielki plan modernizacji, który zakładał wydatkowanie w ciągu dekady 130 miliardów złotych. Niestety, dziś ów program kuleje. To niewątpliwie kłopot NATO i Polski, że tak istotny frontowo członek Sojuszu ma w tej chwili armię, która owszem, posiada wyspy nowoczesności, ale w swojej masie jest wciąż wojskiem przestarzałym - ocenia Ogdowski i wskazuje: 70 proc. sprzętu, a w niektórych rodzajach sił jeszcze więcej, pochodzi z czasów radzieckich.

- Mają po minimum 30 lat, a nawet więcej. Duża część czołgów, którymi jeżdżą nasi żołnierze, jest starsza od obsługujących je załóg - nie ukrywa.

Polska ma również problem z jakością kadry oficerskiej.

- Choć jesteśmy dużym krajem, wciąż nie widać tego w strukturach NATO w zadowalającym stopniu. Wszystko dlatego, że niewielu Polaków spełnia kryteria. Zazwyczaj przyczyny są dość proste. Podobnie jak w przypadku misji w Afganistanie, problemem okazuje się nieznajomość języka angielskiego na wysokim, specjalistycznym poziomie. Często jest to jedyna przeszkoda do tego, by generała o wysokich kompetencjach, a takich u nas nie brakuje, wydelegować do struktur Sojuszu - mówi Ogdowski.

Odpowiedź na rosyjską retorykę wojny

- Na ogół pozycja Polski w Sojuszu jest dość silna i stabilna - ocenia dr Jacek Barcik.

Ze względu na nasze położenie geograficzne, jako państwo frontowe, jesteśmy obdarzeni dużą uwagą NATO, co stanowi niewątpliwie ważny argument w negocjowaniu naszych interesów. A te na przestrzeni lat są coraz wyraźniej artykułowane.

Od momentu przystąpienia Polski do Sojuszu, w naszym kraju zaczęto rozbudowywać NATO-wską infrastrukturę. Powstały stacje radarowe, modernizowano lotniska, przebudowano port w Świnoujściu i poczyniono szereg innych inwestycji przygotowujących nasz kraj na przyjęcie wojsk sojuszniczych.

Jednak dopiero pod wpływem wydarzeń na Krymie i Donbasie oraz wzrastającej aktywności Państwa Islamskiego, członkowie Sojuszu zaczęli dostrzegać konieczność wypracowania nowych rozwiązań, podnoszących gwarancje bezpieczeństwa dla państw NATO. Na szczycie w Newport podjęto decyzję o utworzeniu w ramach NATO Responce Force (szybkiego reagowania) - tzw. szpicy (5 tys. żołnierzy), która w przypadku kryzysu w ciągu 48 godzin będzie mogła znaleźć się w dowolnym miejscu na świecie.

- To krok w dobrą stronę, będący odpowiedzią przede wszystkim na rosyjską retorykę wojny - stwierdza Marcin Ogdowski. - Rosjanie muszą mieć świadomość, że NATO jest w stanie szybko przebazować w rejon państw nadbałtyckich przygotowanych do akcji żołnierzy. Bo chociaż nie zaatakują, to wojskowe planowanie powinno zakładać scenariusze maksymalnie pesymistyczne - wyjaśnia.

Jeśli na wschodniej flance Sojuszu, konieczne byłoby przeprowadzenie operacji szpicy NATO, jej dowodzeniem ma zająć się Dowództwo Wielonarodowego Korpusu Północny-Wschód, ulokowane właśnie na terenie naszego kraju - w Szczecinie.

Od czasu wspominanego szczytu z Newport, w Polsce częściej i intensywniej prowadzone są ćwiczenia wojskowe sił Sojuszu, jak niedawna Anakonda-16.

Polskie dążenia

Kolejnym czynnikiem poprawiającym pozycję naszego kraju zarówno wewnątrz Sojuszu, jak i na zewnątrz, jest rotacyjna obecność wojsk NATO na terenie polskich garnizonów. Głównym celem polskich zabiegów dyplomatycznych jest dążenie do tego, by ta rotacyjna obecność zamieniła się w stałą.

- Wielkie bazy NATO w Europie Zachodniej to de facto małe miasteczka, w których żołnierze, przyjeżdżając na kilkuletnie kontrakty, mieszkają z całymi rodzinami. Pośrednio to dowód na determinację państw wysyłających wojskowych i gotowości do tego, by na wypadek konfliktu dosłać kolejne odziały do wsparcia nie tylko członka Sojuszu, ale i własnych żołnierzy - tłumaczy Ogdowski.

Stała obecność wiąże się również ze sprowadzeniem do Polski ciężkiego sprzętu, gotowego do użycia w każdej chwili (proponowany póki co wariant baz logistycznych nie zawiera takiej możliwości).

Obecnie wiadomo już, że po raz pierwszy od wielu lat liczba żołnierzy amerykańskich w Europie, w tym w Polsce, zwiększy się. Jednak będą oni stacjonować u nas na zasadzie stałej rotacyjnej obecności. Szef sztabu sił lądowych USA gen. Mark Milley przekonywał, że Stany Zjednoczone wolą wysyłać do Europy brygady na kilkumiesięczne rotacje, bo po pierwsze, w Europie brakuje infrastruktury, a po drugie, będzie to możliwość przećwiczenia zdolności do wysyłania sił na inny kontynent.

Apetyty są znacznie większe

- Nasze starania zmierzały do tego, by w Polsce stacjonowały dwie ciężkie brygady armii USA, czyli 8 tys. żołnierzy. Warszawski szczyt zatwierdzi formalnie obecność jednego batalionu, czyli około tysiąca żołnierzy. To i tak sporo, ale trudno mówić o spektakularnym sukcesie polskiej dyplomacji - zauważa Marcin Ogdowski.

Każde z państw Sojuszu zabiega o to, by wzmocnić swoje bezpieczeństwo i zdolność odstraszania agresora.

- Cały czas toczy się rywalizacja między flanką wschodnią i południową. Przekonanie Włochów czy Portugalczyków, że Wschód jest równie ważny, jest trudne z naszej perspektywy. Polska musi więc cały czas prowadzić aktywną dyplomację uczulającą sojuszników na nasze problemy. Jeżeli jednak oczekujemy, by Włosi czy Hiszpanie rozumieli nasze obawy w związku z zagrożeniem ze wschodu, to my musimy być wrażliwi na ich obawy związane z Południem (m.in. zagrożenie ze strony Państwa Islamskiego) - przekonuje dr Jacek Barcik.

Sojusz Północnoatlantycki to nie tylko wspólnota zagrożeń, ale wyzwań i wartości, a jedną z najważniejszych jest solidarność.

- Polska powinna w NATO negocjować wysoko, ale jednocześnie musimy mieć na względzie także obawy innych, frontowych państw Sojuszu - podsumowuje ekspert ds. bezpieczeństwa.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje