Afera podsłuchowa

Prokuratura: Podsłuchiwanych było w sumie kilkadziesiąt osób

Według obecnego stanu śledztwa można stwierdzić, że nielegalnie podsłuchiwanych było kilkadziesiąt osób. Są to osoby z kręgu polityki, biznesu, a także byli i obecni funkcjonariusze publiczni - powiedziała w czwartek rzeczniczka Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga Renata Mazur.

Podczas czwartkowej konferencji prasowej w Prokuraturze Okręgowej Warszawa-Praga podano nieco więcej szczegółów śledztwa ws. nielegalnych podsłuchów. Rzeczniczka prokuratury Renata Mazur przyznała, że przed śledczymi jeszcze "bardzo dużo czynności". Poinformowała, że w wyniku przeszukań (nie ujawniła gdzie) zabezpieczono "szereg nośników, z różnymi nagraniami". Trafiły one do laboratorium ABW, gdzie będą badane m.in. pod kątem autentyczności. Ponadto na potrzeby śledztwa będą sporządzane dokładne z nich stenogramy. Do czasu zakończenia tego nie będzie można określić, kto konkretnie był podsłuchany.

Reklama

Według prokuratury "na tę chwilę" można stwierdzić, że podsłuchiwanych było kilkadziesiąt osób. "Są to osoby z kręgu polityki, biznesu, a także byli i obecni funkcjonariusze publiczni" - powiedziała Mazur.

Prokuratura wie, w jakim okresie w tym procederze brali udział Łukasz N. i Konrad L. - podejrzani o nielegalne podsłuchy pracownicy stołecznych restauracji. "W stosunku do Łukasza N. jest to okres od lipca 2013 do czerwca 2014, odnośnie Konrada L. jest to okres od września 2013 do czerwca 2014 r." - powiedziała rzeczniczka. Ujawniła, że ci dwaj podejrzani przyznali się do zarzucanych czynów i złożyli dość obszerne wyjaśnienia.

Dodała, że dwaj inni podejrzani (biznesmeni Marek Falenta i Krzysztof Rybka) nie przyznali się, ale również złożyli wyjaśnienia. "Marek F. i Krzysztof R. również usłyszeli zarzuty z art. 267 par. 3 i 4 , a więc nielegalne nagrywanie wspólnie i w porozumieniu, również z tymi dwoma pozostałymi podejrzanymi, ale też przekazywanie tych nagrań innym, nieustalonym dotychczas osobom" - powiedziała.

Pytana przez PAP, Mazur oświadczyła, że "nie ma wiedzy, by w tym śledztwie pojawił się tzw. wątek węglowy". Według premiera Donalda Tuska ujawnienie nagrań może mieć związek ze "sprawą węglową". Falenta to współwłaściciel firmy Składy Węgla. Na początku czerwca CBŚ zatrzymało 10 osób zajmujących kierownicze stanowiska w firmie Składy Węgla, podejrzanych m.in. o oszustwa, wyłudzanie VAT i pranie brudnych pieniędzy.

Główna część konferencji w prokuraturze była poświęcona akcji prokuratury i ABW w redakcji "Wprost", gdzie w ubiegłą środę zażądano wydania nośników - dowodów przestępstwa. "Chciałabym państwu pokazać, jak naprawdę te czynności wyglądały, jak ze strony prokuratora było staranie o to, żeby nie zakłócić pracy redakcji; aby w sposób spokojny, stonowany, delikatny i jak najbardziej ograniczający zamieszanie przeprowadzić czynność" - powiedziała Mazur. Dodała, że prokurator dążył do "ugodowego przejęcia nośnika" w gabinecie naczelnego "Wprost" Sylwestra Latkowskiego.

"Zdjęcia, które później obiegły Polskę i media, pokazywały ten gabinet po zakończeniu czynności (...). Żadnych działań - ani prokuratury, ani funkcjonariuszy ABW - nie było takich, które mogłyby skutkować jakimkolwiek zniszczeniem mienia znajdującego się w redakcji" - mówiła Mazur. Dodała, że prokurator miał w ręku nośnik, ale nie próbował go zabrać bez zgody naczelnego. Podkreśliła, że to nie prokuratorzy wezwali w pewnym momencie policję, lecz Latkowski, chcąc złożyć doniesienie na działania prokuratury. Według Mazur z nagrań wynika, że Latkowski "trochę wyzywająco prowokuje do zabezpieczenia laptopa siłą".

Na nagraniach widać, jak prokuratorzy zwracają się do naczelnego i mecenasa tygodnika, by umożliwili wykonanie kopii nagrań. Redaktorzy odpowiadali, że uniemożliwi to pracę redakcji; zarzucali prokuratorowi przestępstwo oraz naruszenie konstytucyjnej zasady wolności słowa. Śledczy powoływali się na przepis, że przedmiot zatrzymany, który zawiera tajemnicę dziennikarską, jest w tzw. bezpiecznej kopercie przekazywany do sądu i to sąd decyduje, który fragment zabezpieczony przez prokuratora może być wykorzystany, a który nie. Latkowski replikuje kilka razy, że wyda nośnik dopiero "po wyroku sądu".

Prokurator Józef Gacek odpowiada, że najpierw on musi zatrzymać nośnik; wzywa do jego wydania. Argumentuje, że jeśli uniemożliwia się wykonanie kopii, musi zabezpieczyć pendrivy i laptopa naczelnego; poucza o możliwości zażalenia się na tę decyzję. "To jest szantaż" - mówi na to Latkowski. "Jak pan nie ustąpi, to będzie masakra" - mówi prokuratorowi jedna z osób z "Wprost". Latkowski dodaje: "Trzeba poprosić media", a jedna z osób - jak mówiła Mazur - "wychodzi po posiłki".

Gdy w końcu Latkowski kilka razy podtrzymuje odmowę, na wezwanie prokuratora podeszło doń dwóch funkcjonariuszy ABW, którzy stosując chwyty, próbowali mu wyrwać laptopa, którego Latkowski przyciskał do piersi. Słychać jego słowa: "Łamiecie prawo". "Była to próba siłowego odebrania od redaktora naczelnego laptopa" - przyznała Mazur. Widać też, że jeden z dziennikarzy "Wprost" zaczął wołać: "Otwórzcie drzwi", "Wejdźcie tutaj" (za drzwiami stali dziennikarze i inne osoby; krzyczeli oni: "Do domu, do domu" oraz "Wolne media").

Interwencję przerwało wtargnięcie do pokoju posła Przemysława Wiplera oraz Piotra Ikonowicza, za którymi weszli dziennikarze; wszyscy krzyczeli. "To nie ABW, lecz tłum wszedł z drzwiami" - podkreśliła Mazur.

Komentując film, Latkowski powiedział, że przekazanie nagrań mogło odbyć się w normalny sposób. Dodał, że na nagraniach prokuratury nie ma np. tego, że jeden z prokuratorów był "irytujący", "bezczelnie się zachowywał", "był wyzywający". "Mówiliśmy mu, żeby tak się nie zachowywał. Nie rozumiem, dlaczego nie zarejestrowano całości. Może oni czuli, że są to niewygodne dla nich fragmenty?" - dodał.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje