Reklama

Reklama

Sikorski: Polska jest kojarzona z eurofobią i fochami

Znam Ursulę von der Leyen od wielu lat. Jest dobrą Europejką, wypróbowaną przyjaciółką Polski i polskiej demokracji, zwolenniczką europejskiej obronności i wartości europejskich. Gdybyśmy to my popierali niemieckiego kandydata, to PiS wyłby z wściekłości, ale jeśli oni popierają niemieckiego kandydata, to nie mogli wybrać lepszego - mówi w rozmowie z Interią Radosław Sikorski, europoseł PO i były minister spraw zagranicznych.

Agnieszka Waś-Turecka, Interia: O czym to świadczy, jeśli Beata Szydło nie zostaje wybrana na szefową komisji ds. zatrudnienia Parlamentu Europejskiego, a jest flagową kandydatką Prawa i Sprawiedliwości?  

Reklama

Radosław Sikorski, europoseł PO i były szef MSZ: - Europarlament to dość liczna izba. Żeby uporządkować jego pracę od dekad istnieje system uzgodnień miedzy grupami politycznymi oparty na algorytmie, dzięki któremu nawet mniejszościowe partie dostają pewną liczbę wpływowych stanowisk, żeby nie były zupełnie wykluczone. W odróżnieniu do tego, co dzieje się w naszym Sejmie, gdzie zwycięzca w tej kadencji wziął wszystko. Musi się zdarzyć coś nieoczekiwanego albo kandydat być wyjątkowo kontrowersyjny, żeby nie uszanować tego parytetu. Widzimy, że niestety kandydaci wysuwani przez naszą partię rządzącą właśnie ze względu na to, co partia rządząca robi z praworządnością w Polsce, są kontrowersyjni. Ważne grupy polityczne deklarują otwarcie, że nie będą głosowały na wrogów Europy, czyli partie skrajnie eurosceptyczne, oraz na kandydatów z krajów, które są w procedurze przeglądu praworządności. W efekcie niektórzy kandydaci z PiS nie dostali wystarczającej liczby głosów. 

Ale od czego to zależy, że akurat kandydatura Beaty Szydło nie przeszła? Bo na przykład Witold Waszczykowski został wiceprzewodniczącym komisji ds. zagranicznych.  

- To były głosowania tajne, więc trudno powiedzieć, którzy posłowie czym się kierowali. 

Jak to wróży współpracy między grupami w nowej kadencji PE? Skoro zasada d’Hondta, która miała regulować współpracę już na początku została podważona. 

- Mam wrażenie, że ona jednak została generalnie utrzymana, natomiast z nowym elementem - dostaniecie stanowisko, ale pod warunkiem, że wystawicie niekompromitującego kandydata. 

Beata Szydło jest kompromitującym kandydatem? 

- No cóż. Wygląda na to, że wyprowadzanie flag z KPRM jednak zostało zapamiętane. 

Podpisuje się pan po apelem liberałów, by nie popierać kandydatów partii rządzących z krajów, wobec których toczy się procedura z art.7? Przecież kandydaci z węgierskiego Fideszu zostali wystawieni przez pana frakcję - EPL. Jak to pogodzić? 

- To jest trudna kwestia. Przy tak dużej grupie europosłów muszą być jakieś zasady. Myślę, że ta nowa formuła - utrzymujemy parytet na stanowiskach, ale muszą być kandydaci, którzy są postrzegani jako wartościowi - może być dobrym kompromisem. 

Ryszard Legutko zapowiedział, że jeśli zasada d’Hondta nie zostanie utrzymana przy podziale stanowisk w komisjach, to EKR nie poprze Ursuli von der Leyen na stanowisko szefowej KE.

- Pierwsze słyszę, żeby PiS chciał poprzeć niemieckiego kandydata na szefa Komisji Europejskiej. Do tej pory brzmieli raczej jako osoby domagające się reparacji, jako ludzie szukający sprzeczki z Niemcami w sprawach ważnych i mniej ważnych. 

Na szczycie Rady Europejskiej premier Morawiecki zagłosował za takim podziałem stanowisk w UE, według którego na czele Komisji Europejskiej stanie niemiecka polityk. 

- Zatem PiS musi wytłumaczyć swojemu elektoratowi jak to jest, że kolejne kampanie wyborcze prowadzi na hasłach antyniemieckich, a gdy przychodzi co do czego, to woli Niemca od Holendra. 

Ogólnie Parlament Europejski poprze Ursulę von der Leyen? 

- Już dziś widać, że przez to, że dwie największe frakcje nie mają automatycznie większości, w PE zaczęła się prawdziwa polityka. Myślę, że to może być całkiem niezłe dla demokracji. 

A jak dla demokracji będzie się miało to, że wraz z kandydaturą Ursuli von der Leyen upada system spitzenkandydatów? 

- Nie widzę, żeby upadł. 

Von der Leyen nie była spitzenkandydatem. 

- W traktacie jest powiedziane, że państwa członkowskie powinny wybrać przewodniczącego KE z uwzględnieniem wyniku wyborów do PE. Ursula von der Leyen jest z EPL, czyli grupy politycznej, która wygrała te wybory. 

Czyli panu nie jest żal, że szefem KE najprawdopodobniej nie zostanie jeden ze spitzenkandydatów?  

- Znam Von der Leyen od wielu lat. Jest dobrą Europejką, wypróbowaną przyjaciółką Polski i polskiej demokracji, zwolenniczką europejskiej obronności i wartości europejskich. Gdybyśmy to my popierali niemieckiego kandydata, to PiS wyłby z wściekłości, ale jeśli oni popierają niemieckiego kandydata, to nie mogli wybrać lepszego. 

Od nowej szefowej Komisji Europejskiej będzie zależał podział tek między komisarzy. Jest szansa na dobrą tekę dla Polski? 

- Niestety widać, że Polska - z uwagi na łamanie przez PiS praworządności - jest w Europie marginalizowana. Wokół Polski nie organizują się żadne koalicje. Polska jest kojarzona z eurofobią i fochami, a polscy kandydaci są raczej sekowani. Taka jest cena utraty reputacji. PiS ciągle mówi, że reputacja nie jest ważna, ponieważ są jakieś inne interesy czy rzeczy, które wygrywają. Ja tych rzeczy, dzięki którym PiS miałby wygrać, nie widzę. 

W Polsce trwają przygotowania do kampanii przed wyborami do parlamentu. Czy PO porozumiała się już z PSL w sprawie wspólnego startu? 

- Jak się porówna osiągnięcia rządu PO-PSL z ostatnimi czterema laty, to mamy być z czego dumni. To była najdłuższa zgodna koalicja i bardzo bym się cieszył, gdybyśmy tę formułę zastosowali w tych wyborach.

Ale potwierdza pan, że jest umowa między PO i PSL? 

- Nie. Są dwie możliwości - kupą mości panowie albo dwa bardziej skrojone bloki: centrowy i lewicowy. 

Pan ku której się skłania? 

- W systemie d’Hondta nie ma premii za wielkość po przekroczeniu 15 proc. poparcia. Zatem jeśli lewicowa część opozycji dostanie co najmniej 15 proc., to szkody będą ograniczone. Natomiast ja oczywiście uważam, że w Polsce jest zagrożona praworządność i pluralizm, dlatego wolałbym szeroką koalicję. Ale jeśli taka nie jest możliwa, to myślę, że elektorat zrozumie i wybaczy nam stworzenie dwóch bloków. 

Jak to możliwe, że na trzy miesiące przed wyborami PiS jest już po konwencji, jeździ po kraju z konkretnymi postulatami, a PO jeszcze się zastanawia, co robić? 

- To jest taka sama różnica jak miedzy tym parlamentem a parlamentem białoruskim. Na Białorusi w ciągu dwóch dni po tak zwanych wyborach można podjąć wszystkie decyzje pod jednolitym kierunkiem nieomylnego przywódcy. I w PiS jest tak samo, bo jest jeden nieomylny przywódca. A w demokracji trzeba uzgadniać. 

Tylko czy to nie jest problem dla wyborców? Oni nadal nie wiedzą, na kogo mogą głosować. 

- Ale niedługo już będą wiedzieli. Po naszej stronie są ludzie, którzy mają swoje poglądy. Nie jesteśmy skrojeni na obraz i podobieństwo prezesa. Dlatego dogadanie stanowisk zabiera trochę czasu. Ale właśnie o to walczymy, bo Polska była pluralistyczna, a nie na jedno narodowo-socjalistyczne kopyto.         

Agnieszka Waś-Turecka, Bruksela


***


Zobacz również:

Waszczykowski: To jest nowe zjawisko w Parlamencie Europejskim

Lewandowski: To świadectwo niechęci wobec polityków PiS

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy